Archiwa blogu

Another Story na marginesie ACTA

Trochę z przekory, bo sieciosfera żyje od kilku dni SOPA, PIPA i ACTAmi, rzecz będzie o fotografii. Zresztą z perspektywy Moderna Museet w Sztokholmie i tego, co robili oglądający wystawę „En annan historia / Another Story. 1000 Photographs from the Moderna Museet Collection”, cała ta historia jawi się jeszcze inaczej. Nie, żeby lekceważyć nieustanną presję korporacji zawiadujących zawartością i dobrami kultury – celowo nie chcę tutaj posługiwać się terminem „własnosci intelektualnej” w świetle nadzwyczaj wątpliwych praktyk (rownież w świecie akademickim) zupełnie zmieniających sens tego określenia – ale obserwacja codziennych praktyk każe przede wszystkim współczuć politykom oderwanym od rzeczywistości i najwyraźniej nieświadomym tego, że nie zmienią już biegu rzeki. Otóż na wystawie prezentującej niezwykle bogatą kolekcję fotograficzną ze zbiorów Moderna Museet (a jest to jedna z najcenniejszych kolekcji w Europie) fotografowali wszyscy. Niektórzy nawet nie pokusili się o wyłączenie w swoich smartfonach lamp błyskowych. Dołączyłam się i ja, co nie wywołało żadnej reakcji stojącej za moimi plecami strażniczki. Nie mogłam sobie przecież odmówić takiego oto obrazka: Jest to bowiem skondensowana historia fotografia zamknięta w jednym geście: sfotografowanego za pomocą iPhone’a (i od razu zamieszczonego w sieci) dagerotypu nieznanego autora z 1845 roku. Na wystawie, jak już wspomniałam, robili to wszyscy. Najwyraźniej personel muzeum wychodzi ze zdroworozsądkowego przekonania, że trudno byłoby w tym przypadku zupełnie zignorować istotną zmianę kultury, jaka dokonała się na naszych oczach. Wbrew temu, co wydaje się legislatorom i ich mocodawcom (uroczy zwrot często stosowany w czasach minionych), zmiany już się dokonały – teraz chodzi już tylko o to, żebyśmy wszyscy byli świadomi, o czym mówimy, mówiąc o „prawach własności intelektualnej”. Czy chodzi także o korporacyjne posunięcia wydawców ksiażek naukowych, którzy domagają się scedowania na nich całości praw? Czy zabezpieczenie tych praw zawsze musi oznaczać dychotomię złodziej – okradany? A może nie ma żadnej kradzieży w sensie, do którego przyzwyczaił nas świat atomów (żeby posłużyć się niezbyt już aktualnym rozróżnieniem na świat atomów i świat bitów)? Dobrze, że wreszcie ta dyskusja w Polsce przestaje być karykaturą rzetelnej debaty, (chyba) niedobrze, że zaangażowane jest w to tyle emocji. Nie odnosiłam wrażenia, żeby Szwedzi spacerujący po ulicach Sztokholmu ruszali na barykady w obronie wolnosci (a to w końcu kraj, w którym działa Pirate Bay i narodzila się partia Piratów), w Polsce natomiast od razu pachnie powstaniem i słychać szczęk broni – może dlatego, że nie jesteśmy przyzwyczajeni do batalii na argumenty.

Wracając jednak do wystawy Another Story – jej ciekawy układ sprawił, że wyraźnie uwidoczniona została kwestia znaczenia pewnych konwencji reprezentacji. Fotografia bardzo silnie jest wciąż kojarzona z mimetycznym odzwierciedleniem, traktuje si ęją jako znak o charakterze wręcz indeksalnym, mającym namacalny i rzeczywisty związek z rzeczywistością – to interpretacja ugruntowana i przez Susan Sontag („O fotografii”) i (zwłaszcza) przez piękną skądinąd książkę Rolanda Barthesa „Swiatło obrazu”. Podążanie za narracją zaproponowaną przez kuratorow wystawy, Daniela Birnbauma i Anne-Sofi Noring, pozwala bardzo mocno zobaczyć, jak silnie o wrażeniu realizmu decydowały aktualne konwencje sztuki wizualnej. Portrety autorstwa Nadara, Julii Margaret Cameron (na marginesie – to naprawdę spory zbiór zdjęć tej wciąż nieznanej fotografki) czy Carla Jacoba Malmberga (nic dziwnego, że fotografia skandynawska jest reprezentowana pbficie) ujawnia obecność konwencji wypracowanych jeszcze w malarstwie portretowym. Ta cecha wczesnej fotografii jest wręcz uderzająca, gdyż najwcześniejsze obiekty, z lat 1840-1930, mieszczą się w części trzeciej, zatytułowanej „Written in Light”. Docieramy do tej sali przemierzając wcześniej dwie inne:”See the World” 1920-1980 i „Possessed by the Camera” 1970-2010, a więc w porządku odwrotnym, zrywającym z linearnością tradycyjnego ujęcia historycznego. Inną ciekawą refleksją, jaka narzuca się w czasie totalnego zanurzenia w fotografię, jest myśl o płynności kategoryzacji. Fotografia reportażowa spod znaku Henri Cartiera-Bressona, agencji Magnum i magazynu „Life” ma dziisaj wyraźnie estetyzujący charakter. To wiąże się z kolejną refleksją „na gorąco” – fotografia była pierwszym medium obrazowym, które sprawiło, że podział na kopię i oryginał stał się problematyczny. A jednak… oglądanie oryginałów odbitek Steichena, Steglietza, Adamsa ma dzisiaj charakter kontaktu z dziełem sztuki, bo ujawniają one dzisiaj działanie czasu; długo po tym, jak zakończył się sam proces fotochemiczny. Krótko mówiąc, fotografia (obiekt, artefakt) żyje długo po swoim zaistnieniu. Nie da się także ukryć, że na widok fotografii Wiliama Foxa Talbota z 1844 roku zatytułowanej „Cztery półki z książkami”, ogarnia widza wzruszenie i ekscytacja. I jest wreszcie coś w tym, że złote lata fotografii, jej swoisty „wiek klasyczny” to fotografia czarno-biała, w dodatku amerykańska. Coś być może jest takiego w amerykanskiej wrażliwości, że nawet reporterskie zdjęcią Weegee’go są najwyższą formą sztuki fotograficznej. Nie umniejsza to genisuzu Brassaia, Atgeta, Nadara, Sandera (żeby pozostać przy konwencjonalnej historii fotografii) – niemniej jednak to dla Amerykanów i w amerykańskich realiach fotografia staje się tym szczególnym środkiem wyrazu ujawniającym specyficzny związek z przestrzenią (miejską lub pejzażem).

Nieliczne polskie akcenty na wystawie to Zofia Kulik i…Julia Pirotte, polskiej Zydowki z Warszawy (wyemigrowala z Polski w 1934 roku po to, żeby powrocić w 1946 roku i udokumentować okres po pogromie kieleckim w 1946 roku),  której autoportret z Marsylii, z 1942 roku, jest bardzo świadomą, autotematyczną i refleksyjną wypowiedzią na temat medium fotografii:

Niemal trzygodzinny, nieśpieszny spacer po wielu zakątkach tej wystawy, to i tak zbyt mało – prócz samych fotografii do dyspozycji zwiedzajacych są albumy, katalogi i książki (w każdej z trzech części), poswięcone wybranym tematom. Moim odkryciem była czarno-biała fotografia skandynawska, czyli Åke Hedström, Tuija Lindström, Georg Oddner, Tom Sandberg, Gunnar Smolianksy i – zwłaszcza – Gerry Johansson. W dobie nieustannego eksploatowania intymności – często z irytującym wręcz narcyzmem – na uwagę zasługuje niezwykle zmysłowy, mocny cykl Evy Klasson z 1976 roku, The Third Angle i późniejszy z 1978, Ur serien Parasiten.

I jeszcze na zakończenie: czy i jak naruszyłam prawa własności intelektualnej zamieszczając pierwsze ze zdjęć w tym wpisie? Co przedstawia to zdjęcie? Nagród nie będzie. Mam nadzieję pozostawać na wolności jeszcze przez jakiś czas, choć w ramach treningu wybrałam w Sztokholmie hostel mieszczący się w byłym więzieniu na wyspie Långholmen.

Reklamy