Archiwa blogu

Znajome, nieznajome – chwila przerwy między poważnymi tematami

Mam w głowie (oraz w notatkach i odpowiednich folderach Zotero) przynajmniej dwa poważne wpisy: jeden o narodowej dyskusji – choć właściwsze byłoby określenia „histeria” – wokół gender (a niech tam, dołożę się i ja; zwłaszcza, że od nowego semestru znowu będę prowadzić kurs zatytułowany „Cyberfeminizm” w ramach specjalizacji „Cyberkultura” w Instytucie Kulturoznawstwa UMCS w Lublinie), drugi wpis o wizualizacji naukowej (ale od kompletnie innej strony; być może nawet samo sformułowanie jest w tym przypadku mylące). Póki co, mały off topic, na marginesie książki, którą powoli finalizuję.

Rzecz dotyczy… New Jersey Turnpike. Otóż tropiąc przeróżne genealogie sztuki mediów lokacyjnych (jeden z podrozdziałów książki) sprawdzam nieco dokładniej, niż to zazwyczaj się czyni, wątek związków z land artem. Co dokładnie wytropiłam, będzie można przeczytać w książce 🙂 (a chyba uda mi się wyjść poza zwyczajową, „ekologiczną” interpretację tego nurtu – sądzę, że można zaryzykować powiązanie koncepcji postmediów w wydaniu Rosalind Krauss właśnie z twórczością m.in. Roberta Smithsona). Poboczny wątek dotyczy jednego z pierwszych dzialań artystycznych, które według autora monumentalnej monografii poświęconej land artowi, Gillesa A. Tiberghiena, można postrzegać jako swoisty akt założycielski – wycieczki samochodowej zbudowaną już wówczas, ale jeszcze nie oddaną do użytku autostrady New Jersey Turnpike, na którą wybrał się w 1951 roku Tony Smith. Wrażenia z tej wyprawy zostały przez artystę podsumowane dopiero 15 lat później, w wywiadzie na łamach Artforum z grudnia 1966 roku. Czytałam, jak to Smith wybrał się z trzema studentami z Cooper Union (gdzie wtedy wykładał) na przejazd między Meadows i New Brunswick, jak artysta – podążając w ciemności anonimową (bez namalowanego jeszcze oznaczenia poziomego, bez znaków, i bez oświetlenia) wstęgą asfaltu – doznał olśnienia: że ma do czynienia z wytworzonym przez człowieka krajobrazem i obiektem, które jednak nie mogą być uznane za sztukę; a przecież doświadcza czegoś, czego sztuka do tej pory nie była mu w stanie zaoferować i że uwalnia się radykalnie od wielu związanych z nią wyobrażeń. Ten opis mówiący o „ciemnym pasie płynącym przez równinę, obramowanym wzgórzami w oddali, ale punktowanym przez składowiska, wieże, dymy i kolorowe światła” olśnił i mnie: natychmiast wywołał z zakamarków pamięci obraz, co więcej obrazowi towarzyszyły niezapomniana ścieżka dźwiękowa. Jeszcze ułamek sekundy… i tak, właśnie tak:

New Jersey Turnpike ma oczywiście więcej śladów w amerkańskiej kulturze popularnej, a zdaniem Davida Salomona wrażliwość amerykańskich minimalistów: Tony’ego Smitha, Roberta Smithsona, Donalda Judda i Dana Grahama ukształtowały amerykańskie suburbia, wraz z ich monotonią i powtarzalnością form nie-miejsca. Dla mnie jednak jest to przede wszystkim przykład na to, jakim uproszczeniem obciążona jest popularna teoria Clifforda Nassa i Byrona Reevesa – gdzieś u podstaw tkwi przekonanie, że rzeczywistość medialna i „realna” rozdzielone są ostrym cięciem (bo tylko wtedy można je ze sobą zrównywać, a problemem staje się „personalne” traktowanie mediów). Znacznie bardziej przemawia do mnie inna narracja, podążająca bardziej w stronę myślenia o rzeczywistości społecznej jako pewnym kontinuum, hybrydowej mieszance, w której doświadczenie „realnosci” nie jest przeciwstawione obrazom medialnym: wyjaśniał to Greg Dickinson na konferencji w Leeds, o której pisałam w czerwcu 2013. To właśnie przykład na to, jak obrazy medialne wpływają na procesy kognitywne na najgłębszym poziomie, pomagając „oswoić” miejsce. Dla mnie New Jersey Turnpike, którą jechałam w 2001 i 2006 roku, ta z projektu Tony’ego Smitha i ta z czołówki serialu Rodzina Soprano to w gruncie rzeczy jedna przestrzeń, której poszczególne składniki zacierają się, bo być może nigdy nie były oddzielne.

Pora na integrację

Integrację projektu dydaktycznego oczywiście. To już trzeci cykl,  w którym posługuję się blogami w ramach kursu poświęconego teorii telewizji. Pierwszy był taki sobie (dla studentów chyba też, więc jestem wdzięczna grupie za to, że nie buntowala się zbyt wyraźnie pełnieniu roli królików doświadczalnych :-). Ubiegłoroczna odsłona była fscynująca dla mnie – sądząc  z ankiet, studentom chyba też przypadla do gustu. Powstawały świetne wpisy, które dawały nam mnóstwo materiału do dyskusji na zajęciach. I wreszcie odsłona tegoroczna, którą niniejszym ujawnię nieco bardziej publicznie – blogi z natury rzeczy (a raczej sieci) są publiczne, ale wiemy wszyscy aż nadto dobrze, że samo zamieszczenie wpisów nie wystarcza, żeby znaleźli się czytelnicy. Temat dla mnie dosyć niewdzięczny, z kilku powodów. Po pierwsze, dotyczy jednego z obowiązkowych, klasycznych tekstów, które po prostu trzeba w ramach takiego kursu zrealizować – Francesco Casetti i Roger Odin, Od paleo- do neo-telewizji. W perspektywie semiopragmatyki (rzecz jasna, Teledyskursy. Telewizja w badaniach współczesnych pod redakcją R.C. Allena, Kielce 1997). Zabawna rzecz, tytuł antologii odzwierciedla „badania współczesne” i ich stan na drugą połowę lat 80., oryginalnie książka Channel of Discourse, Television and contemporary criticism ukazała się w 1987 roku. Z tym właśnie wiąże się przyczyna mojej niechęci do tego tekstu numer dwa, czyli… Po drugie. Najwyraźniej w Polsce tekst cAsettiego i Odina wciąż jest traktowany z dużą atencją, zważywszy na to, jak często występuje w charakterze najważniejszego punktu odniesienia albo rzeczywiście „współczesnej” propozycji (zżymalam się kiedyś nad tym w recenzji dla Kwartalnika Filmowego, więc nie będę się tutaj powtarzać). Nie wiedzieć dlaczego – pożyteczne skąidnąd bardzo – Teledyskursy  (pewnie ze względu na ich podtytuł) są traktowane absolutnie ahistorycznie, jako „współczesne” w każdej sytuacji. Muszę więc przyznać, że kiedy słyszę na konferencjach, że neotelewizja wciąż jest głównym pojeciem, za pomocą którego opisuje się przemiany obecnie współczesnej telewizji (a nie tej z lat 80-tych), to przewracam oczami i ziewam. Trochę jednak też się irytuję, bo ludzie ze stopniami dr (nie mowiąc już o większej ilości pomniejszych literek przed nazwiskiem) mogliby czasem zaktualizować swoje listy lekturowe. Jak można nie sięgnąć choćby do znakomitej antologii pod redakcją Tomasza Bielaka, Mirosława Filiciaka i Grzegorza Ptaszka, celnie zatytułowanej Zmierzch telewizji? Przemiany medium (bezpiecznie nie pojawia się tutaj określenie „współczesna”)? Od czasów,  w których powstawał tekst CAstteiego i Odina – jeśli chodzi o telewizję – dzieli nas tak wiele, że można wręcz mowić o innej epoce.  Nie będę pastwić się dalej przywołując co najmniej dwie antologie, w których tytulach pojawiło się sformułowanie „po telewizji”, „koniec telewizji”, oczywiście zaopatrzone w pytajniki, uczyniłam to we wspominanej recenzji. Reasumując, ten tekst nie należy do moich ulubionych – nie z powodu samego tekstu, ale raczej jego rodzimego dyskursywnego otoczenia. Co tu kryć, jest to dzisiaj już propozycja historyczna i należy do klasyki badań telewizji. I z tego powodu wciąż znajduje się w sylabusie, a ja co roku mam mały kłopot – jak sprawić, żeby mój dystans nie był zbyt widoczny, bo przecież tekst pożyteczny i celnie opisujący niektóre telewizyjne zjawiska.

I tutaj w sukurs przychodzą blogi. Lektura wyraźnie pokazuje mi, że to, co dla mnie oczywiste, ustabilizowane i trąci trochę myszką, wciąż może być inspirujące dla osób, które dopiero zaczynają orientować się, że jest taka dziedzina, jak badania telewizji. Niektórzy w dodatku dzielą moje zastrzeżenia. Inni linkują (odkrywczo!) archeologiczne pokłady historii telewizji śniadaniowej. W zasadzie każdy wpis jest obszerną analizą, którą w dodatku nieźle się czyta (lepiej niż większość rodzimej prasowej krytyki telewizyjnej). Niezły punkt wyjścia do dyskusji nad zmianami w sposobie uprawiania klasycznej formuły dydaktycznej, rolą eksperta itp., w którą będę niebawem zamieszana w eterze, na falach Radiofonii. Ale o tym oddzielnie. W kazdym lektura blogów moich studentów inspiruje znacznie bardziej, niż lektura Odina i CAsettiego (i żadnej w tym nie winy obu znakomitych autorów).

„po nocach śnią mi się głodne psy”

Gwoli ścisłości, głodne psy śnią się po nocach bohaterce programu „Opowiedz nam swoją historię„, którym aktualnie wciąż ubogaca nas duchowo (a uczestników także i materialnie) TVP2. Przypomnijmy, zanim zagłębimy się w meritum, że chodzi o jeden z kanałów (jak mowią Anglicy, „pun intended”) polskiej telewizji publicznej. Program określony jako „społecznie zaangażowany” talk-show jest absolutnym kuriozum z kilku względów. Po pierwsze idea (brzmi dumnie):

„Uczestnikiem programu może być każdy, kto ma postawiony przed sobą konkretny cel w życiu. Bohaterami kolejnych odcinków będą osoby mocno doświadczone przez los, w trudnej sytuacji finansowej, zdrowotnej, ale także pasjonaci, hobbyści i typowi społecznicy. Nie liczy się płeć ani wiek, ważne by mieć pomysł na zmianę kursu swojego życia, na realizację marzeń i osiągnięcie wyznaczonego celu.

Głównym przesłaniem programu jest pomoc tym, którzy na to zasłużyli i będą potrafili wykorzystać daną im szansę.”

A teraz praktyka: oglądałam (na razie) dwa programy. W jednym z nich bohater(k)ami byli / były: 1) kobieta doświadczająca objawień religijnych, którą z tego powodu uznano za niepoczytalną i straciła prawa rodzicielskie (opowiadała m.in. o ostracyzmie społecznym, fikcji badań psychiatrycznych i przemocy aparatu państwowego) 2) młody człowiek głęboko dotknięty chorobą powodującą łamliwość kości i poruszający się na wózku (opowiadał o chorobie, ale i swojej pasji muzycznej i lekcjach śpiewu udzielanych za pomocą Skype’a, prowadzący Michał Wiśniewski swatał go podając na wizji telefon, pod który miały dzwonić zainteresowane panie) 3) drag queen (opowiadał/a o swojej karierze i pracy). W tym drugim pojawili się: 1) alkoholik, który jakiś czas spędził w Afryce, leczy się, staje na nogi i stara się prowadzić „normalne życie” 2) 72-letnia kobieta, która z własnej renty karmi bezpańskie psy i dla których założyła nieformalne schronisko 3) były zakonnik, który wystąpił z klasztoru i założył rodzinę.

Sedno sprawy: za każdym razem chodzi o to, komu z nich wręczyć 10 tysięcy złotych, którą to jałmużnę określa się na stronie programu jako „grant” („Każda z zaproszonych osób ma 5 minut na prezentację i przekonanie Komisji, że to właśnie ona powinna otrzymać czek.”).

Po drugie: komisja. Za stołem zasiadają (i oceniają nieszczęśników):

„Przewodniczącą komisji jest Małgorzata Kalicińska – autorka bestsellerowej powieści „Dom nad rozlewiskiem”.

Ponadto w skład komisji wchodzą:
– przedstawiciele Grupy Aviva Polska – Edyta Dobrzańska, Dominika Kraśko-Białek
– krytyk literacki – Kazimiera Szczuka
– psycholog – Maria Rotkiel”

Wydawałoby się, że w polskiej telewizji nic już nie zdziwi i że widzieliśmy już wszystko. Ten program bije jednak rekordy niesmacznego żerowania na ludzkim nieszczęściu, które zostawiają daleko w tyle najdziwaczniejsze zestawy prezentowane w TVNowskich „Rozmowach w toku”. O ile bowiem „Rozmowy w toku” (jako talk-show konfesyjny, choć bywa, że z elementami combat) oraz rozmaite programy typu make-over wpisują się w to, co Anthony Giddens i inni określali mianem kultury terapeutycznej, to tutaj mamy do czynienia raczej z czymś innym. Anna McCarthy określiła (w artykule zamieszczonym w numerze „Social Text” z 2007 roku) reality TV jako „neoliberalny teatr cierpienia” i ta formuła wydaje się znakomicie opisywać to, w czym szacowne i mniej szacowne grono producentow programu bierze udział. Nie wspominając już o „zwykłej” wiktymizacji i zdroworozsądkowym żerowaniu na ludzkich nieszczęściach. Jest oczywiście podnoszony przez McCarthy i innych wątek przekształcania publicznych programów państwa w sprywatyzowane polityki lifestylowego makeover, ale rozważanie „Opowiedz nam swoją historię” w takich kategoriach byłoby chyba jednak zbyt ambitne (choć symptomatyczne). Najbardziej zastanawia jednak w tym programie udział Kazimiery Szczuki jako „krytyka literackiego” (każdy ma, rzecz jasna, przypisaną w tym teatrze rolę, rola Kazi, jest jak zwykle, rolą naczelnej dziwaczki Rzeczpospolitej) – co ma „krytyk literacki” (podpisana jednakowoż w samym programie jako „publicystka”) do… tego w opisie programu już nie znajdziemy, ale czy to ta sama persona medialna, którą znjdziemy w zespole lewicowej „Krytyki Politycznej”? Jeśli tak, to podział na lewicę i prawicę w tym kontinuum jawi się jako kolejny medialny teatr bez głębszego znaczenia. Najbardziej na miejscu jest tutaj chyba Michał Wiśniewski, przekonująco i bez wysiłku podtrzymujący rolę gospodarza/hegemona programu.

Rzecz jasna, w tle pobrzmiewają echa formuły typu „freakshow”, tak chętnie wykorzystywanej przez showbiznes (w tym również „naukę” – bo czym innym, jak nie zbiorem efektownych i zabawnych gadżetów jest Centrum Nauki Kopernik?), to wątek dość oczywisty.

Po dwóch programach wciąż jednak siedzę przed ekranem w pewnym oszołomieniu i rozdarciu: bo ludzkie i psie historie są wstrząsające. Budzi mnie z tego oszołomienia pytanie członkini Komisji reprezentującej Avivę: „Na co przeznaczysz te 10 tysięcy?”. I to pytanie od kilku dni walczy o moją pamięć i uwagę z urywkiem zdania 72-letniej beneficjentki: „Po nocach śnią mi się głodne psy”.

update no. 1

Jak doskonale widać, przez ładnych kilka meisięcy nie udało mi się znaleźć nawet chwili, żeby tutaj zajrzeć, nie mowiąc już o zapisaniu czegoś sensownego. Skończyłam za to kilka tekstow, które ukażą się w książkach wydawanych w mikroskopijnych nakładach, czytanych przez nielicznych (zazwyczaj autorów zamieszczonych tam artykułów), czyli mówiąc krótko – w tomach pokonferencyjnych. Powiedzmy, że jest to ciepła autoironia.

Postanowiłam jednak eksperymentalnie wykorzystać blogosferę na potrzeby kursu z teorii telewizji, jaki prowadzę w semestrze letnim 2009/2010 w ISzA UJ i dlatego znakomita część mojej energii znajdzie ujście tutaj: http://tv-underdog.blogspot.com Idea polega na tym, że studenci w grupach prowadzą własne blogi poświęcone telewizji (tematyczne bądź eklektyczne, zależnie od ich własnych upodobań). Pierwsze efekty ich pracy napawają optymizmem, blogi są zlinkowane z moim underdogiem.