Archiwa blogu

dlaczego (i czy) polscy humaniści nie blogują?

A jednak nie udało mi się zerwać z blogową hibernacją zimową, co jest o tyle paradoksalne, że dawno nie miałam tylu projektów naukowych i okołonaukowych na tapecie. W dodatku od zamknięcia projektu do jego ujawnienia w świecie zazwyczaj mija tyle czasu, że człowiek ogląda się za siebie i myśli sobie: co z tą krzątaniną? (By nie rzec wręcz, excusez le mot,  WTF? )W każdym razie to jest częsciowa odpowiedź na dyskusję zawartą pod ciekawym skądinąd blogiem, dlaczego polska humanistyka nie bloguje? Nie wiem, może jednak nie jest tak źle? Pokazuje to nie tylko wspomniany w dyskusji blog Izy Kowalczyk, ale i na przykład znakomite miejsce w sieci mojego kolegi z Instytutu, Michała Oleszczyka (nie dosyć, że alfa i omega kina światowego, oraz krytyki filmowej ,to jeszcze Blog Roku (ubiegłego) w kategorii Kultura). Wystartowała właśnie inna moja koleżanka z Instytutu, Joanna Walewska, z niezwykle interesującą propozycją związaną z zajęciami, które u nas prowadzi. Jest także blog Kultura 2.0, w który zaangażowanych jest kilka osób, niektóre z nich z tytułami naukowymi i pracujące na uczelni. Jest świetny blog doktorantki, Anety Rostkowskiej, „o sztuce i filozofii” (to może jest znaczące, że zazwyczaj historycy  i krytycy sztuki blogują intensywnie, co pokazuje także przykład Magdaleny Ujmy). Wszędzie tam jest mnóstwo odsyłaczy do innych miejsc, także tych rodzimych. (To przypomina mi, że muszę zaktualizować mój własny blogroll). Pozostaje mi tylko trzymać kciuki, by wystarczało autorom cierpliwości, przekonania i… czasu.

Zamiast więc, jak zwykle, skupiać się na tym, w czym od reszty świata odstajemy (cóż za powidok postkolonialnego myślenia!), może jednak dostrzec dla odmiany, co  się zmienia? (A zmienia się szybciej niż mogłoby się wydawać) Bo pewnie jest też  tych przykładów więcej, niż te pierwsze z brzegu, jakie przyszły mi do głowy… Abstrahując od żmudnego zbierania punktacji na świetlanej drodze ku (najlepiej szybkiej) habilitacji oraz obciążenia dydaktyczno-biurokratycznego, związanego z uczelnią/uczelniami oraz utrzymania się z tej prestiżowej, acz wszyscy-wiemy-jak-płatnej pracy, pozostaje jeszcze sprawa formuły blogowania. Zawsze dopada mnie dylemat: napisać dłuższy wpis czy poświęcić tę godzinę na kolejne kilka stron artykułu? I czy to ktoś w ogóle czyta? Zazwyczaj unikam użalania się nad losem polskiego naukowca, ale czytając podobne dyskusje, myślę, że to współzawodnictwo, w jakie wszyscy zdają się nas wpychać, nie do końca jest jednak fair. Oto mamy być gwiazdami dydaktyki (a u mnie ankiety oceny zajęć przez studentów nie są tylko dla zachowania pozorów, wręcz przeciwnie), gwiazdami myśli naukowej po polsku, gwiazdami myśli naukowej po angielsku, menadżerami nauki (w myśl nowej filozofii, która zacyzna  obowiązywać w polskiej nauce, „zarabiaj albo giń”), gwiazdami konferencji (najlepiej międzynarodowych) a bywa, że i gwiazdami showbiznesu. Give me a break. Uważam, że jako tako – choć ledwo, ledwo – wyrabiam się w tych konkurencjach, ale z roku na rok staje się to coraz trudniejsze. A później spotykam się na konferencjach z kolegami z mitycznej „zagranicy”, którzy mają do powiedzenia niewiele więcej ponad to, o co chodzi w aktualnie realizowanym przez nich projekcie konsorcyjnym (najlepiej iluś-ramowym), ale są zrelaksowani, bo mają po dwa kursy w semestrze i pensję na oko 3-krotnie większą od mojej. Jak już wspomniałam, staram się nie narzekać, ale nie dam się zwariować i nie zamierzam brać udziału w tym wyścigu szczurów. Nie boli mnie, że „polska humanistyka” nie bloguje, irytuje mnie raczej, że wciąż modne jest myślenie w kategoriach „słoń a sprawa polska”. I że ta krytyka taka miałka…

Reklamy

Beat Generation

Bogaty w wydarzenia weekend rozpocząl się około czwartku, od wspomnianego w poprzednim wpisie „Obmapywania postmodernizmu” – spotkanie pewnie potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdyby zdążył Tomek Majewski, ale zatrzymała go po drodze zima i kłopoty samochodowe.

Sobota to Festiwal Filmu Filozoficznego, który ewoluuje (a jak pamiętam, choć pamieć może mnie mylić, to w sumie chyba trzecia edycja). „Dlaczego Bodhidharma wyruszył na Wschód” to temat na oddzielną refleksję, w każdym razie to fillm, który urzeka absolutnie od pierwszych chwil i który smakuje się na różne sposoby i z różnych powodów. Tym jednak, co w jakimś sensie najmocniej przykuło moją uwagę, była krótka dyskusja podczas wieczoru „Dharma Beat” – wieczoru beatnikowskiego w Bunkrze Sztuki. Po pierwsze, miłym zaskoczeniem jest fakt, że na tego typu imprezie  w sobotni wieczór ludzie tłoczyli się niemiłosiernie, szczelnie wypełniając piwnicę Bunkra. Już sam ten fakt zadaje kłam często powtarzanej (i ujawnionej podczas dyskusji, a jakże) opinii, że rewolucja beatnikowska skończyła się klęską. Jak  miałby wyglądać jej sukces? Czy gdyby William Burroughs albo Gregory Corso zostali prezydentami USA? Po drugie, wydarzenia z tamtych lat są dzisiaj tematem, który należy omawiać z perspektywy historii kultury a nie czegoś aktualnego – po drodze zdarzyło się przecież kilka innych kontrkulturowych ważnych epizodów, a historia beatników liczy sobie już ponad pół wieku. A jeśli to raczej historia niż teoria kultury, to trzeba każdorazowo umieszczać ją w kontekście – tego zazwyczaj brakuje w rodzimych dyskusjach o kontrkulturze (nie żeby teoria miała być kontekstu pozbawiona i nie żeby była od historii odseparowana wyraźną granicą). Jeśli więc znakomita większość sali zupełnie  z niczym nie kojarzy Instytutu Naropa (dzisiaj już Uniwersytetu); nie wie, kim byli Amiri Baraka (czyli LeRoi Jones), Gregory Corso i Albert Hoffman; nie rozpoznaje Meredith Monk (nie wspominając o Colinie Walcottcie, który mignął w króciutkim fragmencie filmu Constanzo Allione), to mamy do czynienia z luką, która uniemożliwia sensowną dyskusję.  Brak tego kontekstu rzeczywiście prowokuje pytania naiwne i/lub wynikające z elementarnej niewiedzy. To nie byłoby samo w sobie niczym złym, gdyby nie to, że najczęściej zarzuty o „wyprzedanie” kontrkultury lat 60-tych są formułowane z perspektywy „my-wiemy-lepiej”. Najbardziej zadziwiające jest dla mnie porównanie z kontekstem amerykańskiej kontrkultury późnych lat 90-tych i początku naszego wieku: odwiedzając ludzi i miejsca w 2001 i 2006, grając koncerty w rozmaitych loftach, wspólnotach, piwnicach, niezależnych radiostacjach i na niezależnych festiwalach, nigdzie nie słyszałam tezy, jakoby kontrkultura lat 60-tych zakończyła się klęską. Wręcz przeciwnie; Patti Smith nagrywa kolejną wersję „Skowytu”, na ścianach Lemur House w Filadelfii  dostrzega się plakaty z Ginsbergiem (bodaj największego loftu, jaki widziałam – 6-ciopiętrowego magazynu fabrycznego, którego jedno piętro ma jakieś 300 m kwadratowych, zasiedlonego przez artystyczną wspólnotę ekipy z Bardo Pond), specyficzne środowisko dźwiękowo-wizualne La Monte Younga i Marian Zazeeli , Dream House, w dalszym ciągu funkcjonuje (po przejściowych kłopotach)… Jednym słowem, we wszelkich środowiskach żywej kontrkultury tamten czas funkcjonuje jako jeden z niekwestionowanych mitow założycielskich – nie oznacza to braku krytyki (zwłaszcza, że dzisiaj wiadomo nieco więcej o tym, jak FBI czynnie rozmontowywało ówczesną alternatywę, do czego być może przyłożył rękę nieszczęsny kosmiczny prorok Timothy Leary).

A może pora na zmianę optyki? Nie jest chyba przypadkiem, że zabrakło i w filmie, i w dyskusji nazwiska jednego z najważniejszych poetów tamtego ruchu – Wielkim Nieobecnym wieczoru był dla mnie Gary Snyder. Może to symptomatyczne, bo jeśli sprowadzić kontrkulturę wyłącznie do stylu życia bohemy, z jej ekscesami seksualnymi i narkotykowymi (aż chciałoby się westchnąć, mój Boże, czy to w ogóle jeszcze kogoś naprawdę szokuje AD 2010, jeśli tak, to chyba wyłącznie bardzo młodych ludzi), z jej powierzchownym zainteresowaniem tzw. „filozofią Wschodu” (co dość często przybiera formę new age’owego poszukiwania przeżycia o charakterze metafizycznym, które nie byłoby obciążone żadną praktyką ani dyscypliną), to Gary Snyder rzeczywiście nie będzie pasował. Snyder, któremu w czasach szaleństwa maccartyzmu rząd  amerykański początkowo odmówił wydania paszportu (zaważyło oskarżenie o komunizm ze względu na aktywność związkową), najpoważniej potraktował ścieżkę zen, którą w końcu studiował w Japonii. Swoją praktykę buddyjską prowadził także pracując fizycznie jako strażnik w lasach Gór Kaskadowych (Northern Cascades), co później wpłynęło na jego stałe zaangażowanie w formujący się wówczas w Stanach ruch ekologiczny.

Te i inne nici – m.in. także początki kontrkultury sieci lub, adekwatniej, rodzącej się technologii komputerowej – prowadzą właśnie do bitników. Dlatego wielka szkoda, że w Polsce najwyraźniej dominującym obrazem wciąż jest ten nadmiernie zobowiązany „mitologii kwasu” i innych halucynogenów, opisany przez Kena Keseya, propagowany zbyt beztrosko przez Leary’ego, a później innych quasi-prorokow w rodzaju Terence’a McKenny. Taka kontrkultura rzeczywiście żadnemu porządkowi nie zagraża.

A relacje między kontrkulturą i „systemem” bywają niezbadane. Po raz pierwszy czytałam „Dharma Bums” w oryginale w roku mniej więcej 1993, pożyczywszy egzemplarz z biblioteki konsulatu amerykańskiego w Krakowie. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy NoMeansNo grało koncert gdzieś w Nowej Hucie, w Krzystzoforach oglądało się kiepsko nagrane koncerty Toma Waitsa na półprywatnych imprezach, gdzie można było dostać gazetkę Kościoła Peyotlowego.

Co z tego zostało u nas? Nic. Albo niewiele. Nawet z niezwykle żywej i dynamicznej kontrkultury punkowej lat 80-tych, o bardziej politycznym wydźwięku. Maria Peszek zachęca mnie codziennie z ekranu telewizora, żeby założyć sobie konto w Intelligo. Ale to nie powód, żeby twierdzić, że wszędzie jest tak samo. Za oceanem Sonic Youth na długo po swoim sukcesie inwestuje w niezależne labele i dystrybucje płyt, a Michael Gira wydaje płytę Devendry Banharta, który jeszcze do niedawna wycierał bruki efemerycznych galerii urządzonych w byłych magazynach w przemysłowej części Bay Area. Podobnie, jak Ginsberg, który – co usłyszeliśmy od Constazo – dzielił się pieniędzmi z innymi poetami, którym mieli mniej farta albo żyli w nieco innych już czasach. Bo uprawianie kontrkultury w wygodnej, starej Europie,  z jej dekadenckimi tradycjami, pełnej programów społecznych, rządowych i unijnych, to kaszka z mleczkiem w porównaniu z podobną aktywnością po drugiej stronie Wielkiej Wody.

I jeszcze jedno: z tych – i innych – powodów znakomicie się stało, że wyszła książka Uli Tes, „Kino Beat Generation”. Bo może dyskusje o bitnikach będą nieco mądrzejsze.

Polityka Web 2.0

StanislawKracik (@StanislawKracik) is now following your tweets (@nytuan) on Twitter” – taka wiadomość spłynęła dzisiaj do mojej skrzynki. Hmmm. Najpierw się trochę przestrzaszyłam i zaniepokoiłam wizją polityków śledzących moje twity na Twitterze – nie żebym miała coś do ukrycia, ale duża częśćz nich to ludzie, z ktorymi nie chciałabym mieć raczej wiele do czynienia. Rzuciłam jednak okiem na profil kandydata na prezydenta Krakowa i… doceniam dobre chęci, ale widzę, że ani kandydat, ani jego team nie wie na razie zbyt wiele na temat specyfiki mediów społecznosciowych (a Twittera w szczególności) – zapewne oprócz działającego na wyobraźnię casusu Baracka Obamy. Po czym to poznać? Otóż Twitter wbrew pozorom nie służy do ubogacenia świata swoją niewątpliwie atrakcyjną osobowością, ale do włączenia się w strumienie informacji przepływające z zawrotną, to fakt, szybkością w Twittosferze. Kandydat na razie informuje swoich „followersów”, których ma 111 (24.10.2010 o godzinie 22:21) o tym, co zrobił, co zrobi, jakie ma pomysły i co mu się wydaje. Niektórym nawet odpowiada. To już postęp w stosunku do tego, co prezentuje na Twitterze Grzegorz Napieralski, który (lub którego team) nie zdążył się jeszcze nauczyć skracania adresów linkow za pomocą odpowiednich narzędzi. Generalnie wpisy Napieralskiego potwierdzają narcyzm i wyalienowanie polskich polityków – z nikim (oprócz siebie) nie rozmawiają, tylko obwieszczają (taka wizja wyłania się z tego, co widać na Twitterowym profilu polityka). Dla porównania: Obama i Miedwiediew. Sądzę, że już na pierwszy rzut oka można się przekonać, który z profili jest bardziej nastawiony na dialog ze światem. Oczywiście to jak komunikujemy się na Twitterze zależy od tego, w akim celu to robimy – gazety obwieszczają nowości, moje ulubione BBC czasem posuwa się nawet do wrzucania kolejnych playlist, a jedne z moich ulubionych profili Twitterowych, British Film Institute, potrafi w 140 znakach zawrzeć maksimum wiadomości o przepływach informacji. Oddzielnym przypadkiem, który kiedyś opiszę (jak mówią znajomi, soonishly 🙂 był finał serii koncertow BBC Proms, gdzie Twitter był znakomicie włączony w całość wydarzenia, które było modelowym przykładem wieloplatformowego zarządzania zawartością. Wiem, że to brzmi okropnie, ale dobrze oddaje stan, w którym finał BBC Proms został „rozpisany” na RL (czyli real life w Albert Hall), radio BBC3 (tradycyjne i online) oraz telewizję BBC (tutaj nawet wyodrębnienie „tradycyjnej” i „online” traci powoli sens).

O ile Grzegorz Napieralski na razie nie poczynił od ostatniej kampanii zbyt wiekich postępów w posługiwaniu się Twitterem zgodnie z jego specyfiką (czyli przepływami informacji i włączaniem się w społeczność), to Stanisław Kracik rokuje. W końcu klinknęłam „follow”. Jeśli mnie znudzi, to go wyrzucę. Jak będzie – zobaczymy. W kraju,  w którym interdyscyplinarność jest wciąż rzeczą egzotyczną i groźną, a absolwentom ekonomii, zarządzania i informatyki wydaje się, że posiedli wszelką wiedzę na temat nowych mediów (a co gorsza, kultury rownież) pozostaję umiarkowaną pesymistką (na razie). To jednak kolejny temat do osobnego rozwinięcia.

wykład 6.: Web 2.0 – kim są społeczności?

Tym razem chciałabym zastanowić się nad kluczowym dla Web 2.0 pojęciem spoleczności, które zdążyło już ulec konwencjonalizacji czy wręcz mitologizacji. Przybrało także swoistą formę gatunkową znaną jako portal społecznościowy. Od MySpace i YouTube po Facebooka od Grono.net, kontrowersyjnej Naszej Klasy po ekskluzywne (bo polegające na systemie rekomendacji) Golden Line – Web 2.0 jawi się jako jeden wielki agregator rozmaicie sprofilowanych grup bliższych i dalszych znajomych. Czy wiemy ile portali społecznościowych w ogóle funkcjonuje w sieci? Czy są automatycznym narzędziem sukcesu? Czy społeczność społeczności równa? Co mówi to zjawisko o kulturze, w której żyjemy? Czy media stają się koniecznym interfejsem relacji społecznych i czy traci na tym nasza prywatność? Jak zmieniają się procedury tworzenia wiedzy? Czy społeczność = kreatywność? To tylko kilka z pytań, które nasuwają się przy te okazji. Mam nadzieję powrócić do tematów, które zostały zasygnalizowane, ale nie doczekały się na razie rozwinięcia (myślę głównie o pojęciu mash-up oraz o blogach jako formie uprawiania nauki). Jako punkt wyjścia: dla czytających po francusku wywiad z Pierrem Levy (w linkowni obok), dla pozbawionych tej umiejętności kilka haseł z Wikipedii: inteligencja zbiorowa (collective intelligence), mash-up (wszystkie definicje tego pojęcia, bo pokazują, że praktyka jest starsza niż technologie 2.0) i oczywiście remiks (to pojęcie będzie dla nas jednak tylko kontekstem, bo otwiera temat zbyt obszerny, było już także przedmiotem niejednej konferencji) . Jako materiał do dyskusji: fragment filmu, który wprowadzi nas także w zagadnienia wikinomii (rozwinę ten temat w kolejnych wykładach), wypowiada się m.in. Don Tapscott:

I kolejny fragment (warto zwrócić uwagę na różnicę w tym, jak rozumie się pojęcie inteligencji zbiorowej w środowisku biznesowym, a jak rozumie je Pierre Levy):