Archiwa blogu

Cyfrowa humanistyka raz jeszcze

okladkaW przerwie między wpisami anglojęzycznymi (nowość! 🙂 ) podsumowującymi doroczną konferencję Electronic Literature Organization: ukazał się numer specjalny „Czasu Kultury” poświęcony game studies oraz humanistyce cyfrowej. Udostępniam mój artykuł „Cyfrowa sztuka na styku sztuki, nauki i technologii” – jeśli redakcja zaprotestuje, to oczywiście zdejmę; liczę jednak na to, że zechcecie kupić cały numer, bo zdecydowanie warto. Choćby dla niezwykle ciekawych i/lub przydatnych w dydaktyce materiałów: wywiadu z Nickiem Montfortem (Piotr Marecki), wprowadzenia do game studies (Piotr Sterczewski) czy krytycznego podsumowania dorobku badań gier (Mirosław Filiciak). Cały numer jest godny zakupu, ale te trzy artykuły zdążyłam przeczytać i wydają mi się bardzo inspirujące.

Bardzo się cieszę, że mogłam wziąć udział w tym projekcie – jestem też bardzo wdzięczna za cierpliwość redakcji (moje relacje z deadline’ami są coraz bardziej skomplikowane 🙂 Jest jednak pewien aspekt całości, który potwierdza moją tezę o wielu nieporozumieniach towarzyszących humanistyce cyfrowej w Polsce – jest szczególnie ironiczne (zdaje się, że w niezamierzony sposób), że numer o takiej tematyce istnieje, póki co, w wersji wyłącznie papierowej. Jeśli jest to coś, o czym mamy dyskutować, nie może wylądować w „silosie z danymi”, których pełna jest sieć (i gdzie kończy spora część projektów digitalizacyjnych spod znaku #DH). Mogłabym powiedzieć, że piekło cyfrowych humanistów wybrukowane jest archiwami zdigitalizowanej zawartości, z której nikt nie korzysta oraz ambitnie zamierzonymi, ale zamkniętymi dla szerszego grona LVE, tworzonymi najczęściej na potrzeby kilku placówek zrzeszonych w konsorcja badawcze.

Tytułem postscriptum: #alt-academy

… do poprzedniego wpisu, który zresztą cieszył się dużym zainteresowaniem. Dziękuję za wszystkie komentarze, te na blogu i te za pośrednictwem komunikatora. Radosław Bomba, inicjator i organizator konferencji „Zwrot cyfrowy w humanistyce”, słusznie zauważył:

Dorzuciłbym tu jeszcze brak miejsc, w których można publikować materiały multimedialne (filmy, prezentacje, wizualizacje), które byłby punktowane i niedocenianie przez MNiSW najprostszych form multimedialnych jak chociażby blogi. Od naukowców żąda się innowacyjności, ale jej wyobrażenie wywodzi się z XIX wiecznej mentalności „koksu i stali”

Mam nadzieję, że autor wybaczy mi upublicznienie naszej komunikatorowej konwersacji :-). Ponieważ w dalszym ciągu drążę temat (zazębia się zresztą również z książką, nad którą się mozolę), to tytułem postscriptum przedstawię dwie ciekawe formy, które zupełnie zmieniają myślenie o publikacjach akademickich, w tym również o modelu open access. Dyskusja, która toczy się w Poslce jest już olbrzymim tematem, ale wciąż cala energia dyskutantów koncentruje się niemal wyłącznie na tym jak (bo już raczej nie „czy”) po prostu udostępniać zasoby. Jest zresztą kilka bardzo dobrych przykładow repozytoriów, w tym repozytorium Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (nazwane nieco poetycko 🙂 AMURem). Wydaje mi się, że wciaż jednak zbyt mało uwagi poświęcamy nowatorskim formułom: versioning książek naukowych, „otwarte” publikacje – to wszystko całkiem dobrze już funkcjonuje (jak np. cytowana przeze mnie w poprzednim wpisie książka, Digital_Humanities) tam, gdzie dyskusja nad możliwościami „sieciowej” humanistyki ma trochę dłuższą historię.

Sądzę, że nie bez powodu jedna z tych innowacyjnych form, które chcę przedstawić, figuruje jako #alt-academy: proponuje bowiem zarówno dyskusję nad alternatywnymi modelami kariery akademickiej, jak i interesujący model publikacji. Można uznać ją za formę mieszaną: między zbiorem redagowanym, numerem tematycznym czasopisma a tematycznym forum dyskusyjnym. Wątki w serwisie  są pogrupowane w klastry i otwarte na komentarze oraz wkład nowych autorów. Jak piszą sami twórcy:

#Alt-Academy is both an edited collection and a grassroots, publish-then-filter approach to networked scholarly communication. All MediaCommons community members can comment on existing essays and freely publish relevant work as part of this site, thereby making their content available at a stable URL and discoverable through search.

Bethany Nowviskie, która jest redaktorką serwisu, napisała bardzo ciekawy artykuł, który z polskiej perspektywy może mieć nieco frustrujący efekt dla czytelnika. Otóż sektor #alt-academy jest najwyraźniej niewidocznym, acz kluczowym aktorem akademickiej innowacji. Można tylko byłoby życzyć sobie, żeby kiedyś i u nas pojawiły się organizacje, które będą widziały swoją misję polegającą na tym samym, co robi Scholarly Communication Institute:

SCI (from the insider’s point of view) is about listening, helping, and nudging.

Kto wie, może w naszym warunkach taką instytucją stanie się kiedyś np. CITTRU, funkcjonujące w mojej macierzystej Alma Mater? Wymagałoby to jednak chyba czegoś więcej niż wydawania kolorowego magazynu na pełnej kredzie, fanpage’a na Facebooku i organizacji rozlicznych szkoleń (skądinąd, działalności chwalebnej). Wymagałoby to dokładnie tego, o czym mówił Radek: zmiany koncepcji innowacyjności rodem z XIX wieku, wpisanej w bardzo ograniczony model biznesowy.

Cała formuła MediaCommons Press jest świetnym źródlem inspiracji i nieprzypadkowo (acz bardzo celnie) domena nosi w nazwie „futureofthebooks”. Jak mogą wyglądać książki naukowe, pokazuje przykład najnowszej książki Kathleen Fitzpatrick, Planned Obsolence. Publishing, Technology, and the Future of Academy. Rodziła się właśnie w takim otwartym dostępie – do tej pory można zresztą przeczytać komentarze, które towarzyszyły publikacji pierwszych wersji tekstu (za pomocą oprogramowania budowanego przez Institute for the Future of Book z laboratorium Software Studies Initiative zespołu Lva Manovicha,  CommentPress).

Tym bardziej jednak podtrzymuję oinię, którą wyraziłam jakiś czas temu – nie da się tego robić „z doskoku”. Jak widać, jest to poważny proces, dokładnie takiej samej wagi, jak pisanie książki. Dlatego może nie jest od rzeczy rozpocząć dyskusję nad tym, czy prowadzenie akademickich blogów nie powinno być zauważone i docenione. Choć boję się jednocześnie mówić o tym głośno – obawiam się, że jedynym narzędziem, które miałoby oceniać „wartość” bloga stałoby się, przy obecnym parametryzacyjnym obłędzie, Google Analytics… Takie dyskusje już zresztą się toczą tu i ówdzie – np. czy i jak obecność w twittosferze przekłada się na znaczenie i wagę pracy akademickiej.

I jeszcze – skoro postscriptum: Debates in Digital Humanities została udostępniona online, o czym nie tak dawno pisał Marcin Wilkowski na blogu Historia i Media. W czasie, kiedy czytałam Debates… po raz pierwszy, widniała dopiero informacja o projekcie sieciowym w przyszłości, ale szczegóły nie były jeszcze znane. Dziękuję Marcinowi za przypomnienie.

Niezły patent

Wszystko zaczęło się od razu podejrzanie – pewnego dnia trafił do mojej skrzynki mailowej post z zapytaniem o to, czy byłabym zainteresowana publikacją w międzynarodowym periodyku (autor korespondencji twierdził, że zauważył mój referat na konferencji międzynarodowej – faktycznie podał tytuł wystąpienia z konferencji, gdzie figurowałam jako współautorka). Korespondencja sporządzona była z wszelkimi rygorami, numerem ISSN rzeczonego czasopisma, więc oczywiście przykuła moją uwagę. Odpisałam z pytaniem o dealine i otrzymałam odpowiedź dosyć ogólną, bez szczegółów co do terminu, ale z kolejną propozycją – czy nie zostałabym recenzentką. To już wzbudziło już pewne moje wątpliwości, choć właściwie po dokładniejszej lekturze pierwszego maila zdałam sobie sprawę, że osoby kontaktujące się w imieniu wydawnictwa raczej nie podpisują się „Emma”. Swoją drogą, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że koresponduję nie z osobą, a z botem. Strona wydawnictwa wyglądała, well, dziwnie. Sprawdziłam zatem David Publishing Company i oto co się okazało: to znany w światku naukowym scam, czyli coś w rodzaju metody „na wnuczka”, tyle że w tym przypadku „na publikację w języku angielskim”. Dyskutowano o tym tu i ówdzie. Interesujące jest, że ofiarą takich pełnych inwencji form padają naukowcy z Nigerii, gdzie – jak pisze autor zlinkowanego artykułu – gwałtownie zmieniono reguły akademickiej gry, wymuszając „umiędzynarodowienie” i dając prymat publikacjom przede wszystkim w języku angielskim. Brzmi znajomo? Dlatego przerażają mnie głosy takie, jak Kazimierza Ostowskiego i Macieja Zylicza, przytoczone przez Emanuela Kulczyckiego z debaty w PAU. Nikt rozsądny oczywiście nie będzie dzisiaj negował konieczności publikacji w języku angielskim, ale obawiam się, że fetyszyzacja „umiędzynarodowienia” polskiej nauki oraz brak subtelniejszego zniuansowania w odniesieniu do humanistyki stawia nas w jednym rzędzie z Nigerią (i nie chodzi o to, że Nigeria nie ma zasłużonych kadr badawczych, nie funkcjonuje też tutaj jako przysłowiowy „zacofany”). Taka lekcja teorii postkolonialnej i aliansu nauki z biznesem. Rzeczywiście niezły patent.