Archiwa blogu

Jeszcze o USOSie (i nie tylko) – uniwersytet jako code/space

punkt_log copyPoprzedni wpis zakończyłam P.S., który zaczął się na tyle rozrastać, że dostarczył materiału na kontynuację. Niniejszym przenoszę więc P.S.:

P.S. W wyniku małej dyskusji pod niniejszym wpisem (za którą bardzo dziękuję!) oraz szybkiej akcji na FB (dziękuję!) dowiedziałam, się, że USOS był (jest?) przedmiotem zainteresowania Krzysztofa Abriszewskiego. Opublikował poświęcony mu tekst Jak nowe media tworzą nowe środowisko. Przypadek USOSa w książce Nowe media w systemie komunikowania: edukacja i cyfryzacja, red. Marek Jeziński, Toruń: Wydawnictwo Adam Marszałek, 2011, s. 76-94. Tekst jest dostępny w repozytorium UMK, tutaj.

Abriszewski bardzo interesująco analizuje moment wprowadzenia USOSa – patrząc na datę publikacji domyślam się jednak, że była to faza pionierska (zważywszy, ile czasu mija od napisania tekstu do jego publikacji w formie książkowej lub czasopiśmienniczej). Tekst jednak się nie zdezaktualizował przynajmniej z paru powodów. Jednym z nich jest demonstracja, jak złożonym procesem jest w gruncie rzeczy „wdrażanie” rozwiązań o charakterze pozornie czysto technicznym. W tym sensie mój poprzedni wpis cechuje się oczywiście nieuniknionymi uproszczeniami – dotyczy jednak nieco innego aspektu sprawy. Jak już wspomniałam, mała dyskusja pod poprzednim postem oraz na FB (za które bardzo dziękuję Andrzejowi W. Nowakowi, Karolowi Krzyżosiakowi i Janowi Argasińskiemu) przyniosła kilka innych tropów i mam nadzieję, że temat doczeka się rozwinięcia – może ktoś skorzysta z inspiracji, bo moja kolejka pisarska jest na razie za długa 🙂 W tekście Abriszewskiego najbardziej zainteresowały mnie kwestie związane z niestabilnością technologii, w tym również informatycznych (tzn. zazwyczaj postrzegamy je jako gotowy produkt, który nie ma swojej historii, zwłaszcza zaś historii negocjacji z użytkownikami. Jest to także oczywiście pochodna pewnego typu projektowania (to znacznie większy temat) – artykuł pokazuje zresztą, jak ciekawe rzeczy można dostrzec traktując technologię jako „wiązkę procesów”. W przypadku oprogramowania takiego, jak USOS, mówimy o groupware, czyli oprogramowaniu do pracy grupowej. Abriszewski przywołuje nienowy już dzisiaj artykuł Martina Lea oraz Richarda Giordano dotyczący groupware’ów (kiedyś, w zamierzchłych czasach początku pierwszej dekady XXI wieku nieustanie czytało się o innowacyjnych rozwiązań, które w efekcie miały dać właśnie wirtualne grupowe środowiska pracy – tak, jak dzisiaj czyta się o internecie rzeczy). Dzisiaj groupware’y stały się jednak naszym chlebem powszednim (bo nie tylko USOS, ale w przypadku mojego uniwersytetu oparta na Moodle e-learningowa platforma Pegaz oraz system CMSu, w którym tworzone są strony internetowe). Zresztą, nic tak wyraźnie nie pokazuje wiatru zmian w tym zakresie, jak fakt, że wszystkie rozwiązania e-learningowe oraz samo hasło e-learning (tak „gorące” jeszcze kilka lat temu) dzisiaj stały się ywposażeniem lamusa. Nawet MOOC straciły jakby swoją moc, choć moduły interaktywne to może być pewne zagrożenie (ech, tematy, którymi warto się zająć, leżą na ulicy; aż się nie chce wierzyć, że wszyscy w kółko chcą tylko krytykować Facebooka).

Słowem, nie tylko USOS domaga się pogłębionej refleksji, ale cały szereg systemów informatycznych, na których opiera się dzisiaj academia – i upieram się przy tym, że jakkolwiek strefa negocjacji istnieje, to jednak coraz mniej jest to wspomaganie, a coraz bardziej uniwersytet zamienia się w formę code/space, o której pisali Kitchin i Dodge wspomniani przez mnie w poprzednim wpisie. To zaś oznacza, że przestrzeń i kod wzajemnie się konstytuują, ale funkcjonowanie przestrzeni w dużej mierze zależy od kodu (stopień tej zależności może być zróżnicowany; wszyscy jednak zgodzimy się, że większość polskich uniwersytetów bez USOSa nie jest w stanie wypełniać najistotniejszych funkcji) – co nie oznacza jednak, że powstający amalgamat nie jest podatny na nieciągłości, negocjacje i pękniecia. Nie jest to więc determinizm (i, na marginesie, odruchowe przywoływanie w tym kontekście McLuhana domagałoby się na tyle pogłębionego uzasadnienia, że traci na sensowności). Jak piszą Kitchin i Dodge:

” (…) code/space [proponuję kod/przestrzeń zupełnie roboczo] jest ciągle w stanie wyłaniania się, wytwarzany w indywidualnych aktach performatywnych oraz interakcjach społecznych, które są mediowane (świadomie lub nieświadomie) w relacji do wzajemnego konstytuowania się kodu/przestrzeni. W tym sensie, kod/przestrzenie mogą być rozumiane i konceptualizowane jako relacyjne i emergentne obszary, w ktorych oprogramowanie dostarcza ramy dla tego, co się odsłania, ale go nie determinuje.” (s. 74)

I dlatego właśnie interesuje mnie kwestia historii, i to ona domagałaby się poważniejszego opisu. O USOSie wiadomo, że powstał w 2000 roku (!) na Uniwersytecie WArszawskim i że od tamtej pory rozwija się w ramach konsorcjum. Dokumentacja jest oczywiście dostępna. Prawdziwa kopalnia wiedzy kryje się jednak w dokumentacji wdrożeniowej, co wymagałoby pogłębionej, uważnej lektury, do której warto byłoby dodać badania o charakterze etnograficznym z wdrożenia USOSa na poszczególnych uczelniach. Co być może dałoby odpowiedź na pytanie, jak przebiegają procesy negocjacji, gdzie zachodzą nieciągłości, w jakim stopniu system jest otwarty na emergencję i czy istotnie jest tak sztywny, jak się wydaje, czy też jest to tylko taktyka poszczególnych pionów i poziomów administracyjnych.

Przepis na ciekawy artykuł (a może książkę?) gotowy, uprzejmie proszę choćby o podziękowania za inspirację w przypadku realizacji 🙂

W tym wszystkim, co często czytamy o kryzysie akademii ten obszar – kwestia przemiany uniwersytetu w kod/przestrzeń jest zupełnie nieobecna, choć groupware’y ramują nasze codzienne doświadczenie w stopniu znacznie większym, niż nam się wydaje.

Reklamy

Znajome, nieznajome – chwila przerwy między poważnymi tematami

Mam w głowie (oraz w notatkach i odpowiednich folderach Zotero) przynajmniej dwa poważne wpisy: jeden o narodowej dyskusji – choć właściwsze byłoby określenia „histeria” – wokół gender (a niech tam, dołożę się i ja; zwłaszcza, że od nowego semestru znowu będę prowadzić kurs zatytułowany „Cyberfeminizm” w ramach specjalizacji „Cyberkultura” w Instytucie Kulturoznawstwa UMCS w Lublinie), drugi wpis o wizualizacji naukowej (ale od kompletnie innej strony; być może nawet samo sformułowanie jest w tym przypadku mylące). Póki co, mały off topic, na marginesie książki, którą powoli finalizuję.

Rzecz dotyczy… New Jersey Turnpike. Otóż tropiąc przeróżne genealogie sztuki mediów lokacyjnych (jeden z podrozdziałów książki) sprawdzam nieco dokładniej, niż to zazwyczaj się czyni, wątek związków z land artem. Co dokładnie wytropiłam, będzie można przeczytać w książce 🙂 (a chyba uda mi się wyjść poza zwyczajową, „ekologiczną” interpretację tego nurtu – sądzę, że można zaryzykować powiązanie koncepcji postmediów w wydaniu Rosalind Krauss właśnie z twórczością m.in. Roberta Smithsona). Poboczny wątek dotyczy jednego z pierwszych dzialań artystycznych, które według autora monumentalnej monografii poświęconej land artowi, Gillesa A. Tiberghiena, można postrzegać jako swoisty akt założycielski – wycieczki samochodowej zbudowaną już wówczas, ale jeszcze nie oddaną do użytku autostrady New Jersey Turnpike, na którą wybrał się w 1951 roku Tony Smith. Wrażenia z tej wyprawy zostały przez artystę podsumowane dopiero 15 lat później, w wywiadzie na łamach Artforum z grudnia 1966 roku. Czytałam, jak to Smith wybrał się z trzema studentami z Cooper Union (gdzie wtedy wykładał) na przejazd między Meadows i New Brunswick, jak artysta – podążając w ciemności anonimową (bez namalowanego jeszcze oznaczenia poziomego, bez znaków, i bez oświetlenia) wstęgą asfaltu – doznał olśnienia: że ma do czynienia z wytworzonym przez człowieka krajobrazem i obiektem, które jednak nie mogą być uznane za sztukę; a przecież doświadcza czegoś, czego sztuka do tej pory nie była mu w stanie zaoferować i że uwalnia się radykalnie od wielu związanych z nią wyobrażeń. Ten opis mówiący o „ciemnym pasie płynącym przez równinę, obramowanym wzgórzami w oddali, ale punktowanym przez składowiska, wieże, dymy i kolorowe światła” olśnił i mnie: natychmiast wywołał z zakamarków pamięci obraz, co więcej obrazowi towarzyszyły niezapomniana ścieżka dźwiękowa. Jeszcze ułamek sekundy… i tak, właśnie tak:

New Jersey Turnpike ma oczywiście więcej śladów w amerkańskiej kulturze popularnej, a zdaniem Davida Salomona wrażliwość amerykańskich minimalistów: Tony’ego Smitha, Roberta Smithsona, Donalda Judda i Dana Grahama ukształtowały amerykańskie suburbia, wraz z ich monotonią i powtarzalnością form nie-miejsca. Dla mnie jednak jest to przede wszystkim przykład na to, jakim uproszczeniem obciążona jest popularna teoria Clifforda Nassa i Byrona Reevesa – gdzieś u podstaw tkwi przekonanie, że rzeczywistość medialna i „realna” rozdzielone są ostrym cięciem (bo tylko wtedy można je ze sobą zrównywać, a problemem staje się „personalne” traktowanie mediów). Znacznie bardziej przemawia do mnie inna narracja, podążająca bardziej w stronę myślenia o rzeczywistości społecznej jako pewnym kontinuum, hybrydowej mieszance, w której doświadczenie „realnosci” nie jest przeciwstawione obrazom medialnym: wyjaśniał to Greg Dickinson na konferencji w Leeds, o której pisałam w czerwcu 2013. To właśnie przykład na to, jak obrazy medialne wpływają na procesy kognitywne na najgłębszym poziomie, pomagając „oswoić” miejsce. Dla mnie New Jersey Turnpike, którą jechałam w 2001 i 2006 roku, ta z projektu Tony’ego Smitha i ta z czołówki serialu Rodzina Soprano to w gruncie rzeczy jedna przestrzeń, której poszczególne składniki zacierają się, bo być może nigdy nie były oddzielne.

wykład 10. locative media cz. 1

Kontynuujemy wątek rozpoczęty tydzień temu. Skoncentruję się na pojęciu locative media, zaproponowanym przez Karlisa Kalninsa z Locative Media Lab, grupy artystów i aktywistów zainteresowanych w swojej praktyce rozmaitymi formami mediów mobilnych oraz technologią GPS. Idea pojawiła się jednak znacznie wcześniej, w pierwszej wersji Headmap Manifesto Bena Russela 1999 r. Obecnie pojęcie locative media jest używane nie tylko przez artystów i stało się pojęciem o znacznie szerszym zakresie pojęciowym. Początek tysiąclecia przyniósł bowiem falę zainteresowania związanymi z przestrzenią technologiami komunikacyjnymi, zwłaszcza w ich miejskim wydaniu, co nałożyło się także na dyskusje wokół interfejsów sygnowane mnożącymi się terminami: ubiquitous lub pervasive computing czy też urban computing Granice między sztuką, technologią, przemysłem telekomunikacyjnym i biznesem ulegają destabilizacji (podobnie zresztą jak w latach 60tych, które także przyniosły falę zainteresowania artystów technologiami oraz inżynierow działalnością artystyczną), co niektorym każe oskarżać twórców locative media o swoistą „wyprzedaż” idei obywatelskiego oporu. Wydaje się jednak, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana (dotyczy także technologii nadzoru rozumianego jako „namierzanie” (tracking), co pokazał przykład Transborder Immigrant Tool z poprzedniego wykładu) – czy można aktywnie angażować się w szersze debaty kulturowe i społeczne z pozycji zupełnie od dominującego dyskursu niezależnych? Czy taka pozycja jest możliwa? Tym razem odwołam się do projektów HRG (hybrid reality games) prowadzonych przez grupę aktywistów znanych jako Blast Theory, zwłaszcza do gier „Can You See Me Now?” oraz „Uncle Roy All Around You.”

wykład 9. media mobilne – ku praktykom alternatywnym w przestrzeni hybrydowej

Podczas jutrzejszego wykładu rozpocznę wątek, który będzie towarzyszył nam już do końca kursu: technologie mobilne. W jaki sposób telefonia komórkowa (zwłaszcza tzw. trzeciej generacji) oraz inne technologie łączności bezprzewodowej (np. WiFi) zmieniają nasze postrzeganie przestrzeni publicznej?  W jaki sposób umożliwiają nowe formy refleksji krytycznej na temat działalności społecznej, obywatelskiej, kontrkuturowej? Ich genealogia – podobnie jak w przypadku innych mediów elektronicznych, z telewizją włącznie – prowadzi w stronę technologii wojskowych i zastosowań militarnych, czy jednak determinuje to ich charakter? Przykładem, którym posłużę się dla ilustracji niektórych tez będą działania określane mianem flash mobów, jeden z przejawów fenomenu nazwanego przez Howarda Rheingolda „mądrym tłumem” (smart mob). Jednym z bogatych źródeł informacji na temat takich działań (w tym w krajach naszego regionu, np. w Czechach) jest http://flashmobvideos.wordpress.com/. W Polsce podobne akcje odbywały się m.in. w Warszawie, Lęborku i Poznaniu (a przynajmniej ślady tych działań można ondnaleźć w sieci).