Czy tylko „solucjonizm”? O potrzebie krytyki bardziej zniuansowanej

IMG_3582Jutro będę gościć w Poznaniu – w ramach cyklu wykładów Pracowni Pytań Granicznych opowiem o subwersywnych strategiach medialnych. Chcę odnieść się do pytania, które określiło cały cykl: „Współczesne media – upadek czy wszechwładza?”. Muszę przyznać, że tego rodzaju pytania retoryczne wywołują zazwyczaj moją niemałą konsternację, bo dla każdego, kto czyta odrobinę więcej niż steretypowa popularyzatorska publicystyka w dziale „Technologie” (w rozmaitych outletach medialnych), oczywista jest odpowiedź: ani jedno, ani drugie. Co więcej, jasne staje się także, że takie postawienie pytania więcej zaciemnia niż rozjaśnia. Będę więc starała się pokazać, dlaczego podejścia krytyczne uprawiane w stylu Evgeny Morozova (albo, żeby sięgnąć na polskie podwórko, Wojciecha Orlińskiego) to krytyka pozorna, choć radykalna (jej radykalność zazwyczaj rozgrywa się bardziej w sferze retoryki, niż radykalności myślenia – co nie oznacza, że pozycje zarówno Morozova, jak i Orlińskiego nie wznieciły twórczej dyskusji, której ślad niesie na przykład blog Orlinskiego). Sądzę, że w dzisiejszym pejzażu medialnym, postmedialnym i postcyfrowym, potrzebujemy znacznie bardziej zniuansowanej krytyki – jedną z możliwości zasygnalizował Mirosław Filiciak w swojej recenzji książki Internet, czas się bać zatytułowanej celnie „Kapitalizm, czas się bać”

Dlaczego uważam, że to krytyka pozorna? Odpowiem pośrednio, anegdotą: w jednej ze stacji radiowych wystąpiłam w charakterze gościa zaproszonego do studia, by w godzinach przedpołudniowych odpowiedzieć na kilka pytań właśnie na kanwie wspomianej książki. Przerażona dziennikarka zaczęła z wysokiego tonu (emocjonalnego): Czy to prawda, że jesteśmy dzisiaj całkowicie inwigilowani i że dzisiaj wszyscy mogą znaleźć wszystkie dane na mój temat wrzucając moje nazwisko do Google’a? (Na szczęście ta część rozmowy odbywała się poza anteną, bo przyznam, oniemiałam). Kiedy odzyskałam głos i rozsądek odpowiedziałam pytaniem, czy dziennikarka próbowała kiedyś znaleźć czyjeś wszystkie dane wrzucając jego/jej nazwisko do Google’a? Nie. Co więcej, w trakcie dalszej pozaantenowej konwersacji okazało się, że – miła skądinąd osoba – nie tylko nie posiada konta na Facebooku, ale nawet nie do końca wie, jak to w ogóle działa. Nie podjęłam się już tłumaczenia, na czym polega kultura algorytmiczna ani co to jest „głęboka” lub „ukryta” sieć (w  rodzaju TORa). Jedyne, co miła pani prowadząca miała w zanadrzu, to niewzruszone przekonanie o diaboliczności internetu oparte na całkowicie wyimaginowanej wizji zaczerpniętej ze skrawków opowieści, jakie sączą podobne jej osoby w innych medialnych outletach.

Nie będę oczywiście polemizować z szanownymi oponentami; piszę raczej o pewnym typie czy rodzaju krytyki (a nie o tych konkretnych przypadkach) nieprzypadkowo – nie jest ona pozbawiona swojej historii i wpisuje się w pewien gatunek analiz twoarzyszący mediom masowym od samych ich początków (a internet jest dzisiaj medium masowym). Będę raczej próbowała zaproponować bardziej zniuansowaną krytykę. Nie oznacza to jednak postawy „pośrodku” wyznaczonej przez bieguny na osi kalifornijski mesjanizm technologiczny a la Wired vs. luddyzm a la Morozow –  fundamentem mojej propozycji jest konieczność wykonania poważniejszej pracy przy zmianie perspektyw: przy przechodzeniu z poziomu globalnego (CALY internet, korporacje, NSA itp.) na poziom znacznie bardziej lokalny (konkretne i zawsze zanurzone w kontekście praktyki i projekty). Przeciwstawienie tych dwu poziomów jest czysto operacyjne, problem polega na tym, że nie moża tracić z oczu obu skal. Bruno Latour tak pisał o kolei (rozciągając tę cechę na wszystkie sieci technologiczne):

“Czy kolej jest lokalna, czy globalna? Ani taka, ani taka. W każdym swym punkcie jest lokalna, ponieważ wszędzie znajdziecie przejazdy kolejowe, kolejarzy, a czasem też stacje i automaty do sprzedaży biletów. Jest jednocześnie globalna, skoro może cię zawieźć z Madrytu do Berlina i z Brześcia do Władywostoku.”
(Bruno Latour, Nigdy nie byliśmy nowocześni. Studium z antropologii symetrycznej, przeł. M. Gdula, Warszawa 2011, s. 166)

Bardziej zniuansowane spojrzenie jest konieczne z jeszcze jednego powodu. Mówiąc o postmediach, odwołam się do niezupełnie nowego rozumienia tego pojęcia, jakie zaproponował na przełomie lat 80. i 90. Felix Guattari (coraz częściej jego nazwisko pojawia się w kontekście nowszej refleksji nad mediami cyfrowymi), w cyklu artykułów na łamach „Le Monde” i czasopisma „Chimere” oraz – częściowo – we wcześniejszej książce La Revolution moleculaire. Warto odnotować, że koncepcja Guattariego rodziła się w odniesieniu do Minitela, sieci uważanej za w pewnym sensie alternatywną wobec internetu w jego początkach. Otóż charakterystyczne dla kondycji postmedialnej jest zjawisko, które celnie opisali autorzy wstępu do najnowszej antologii na ten temat, Provocative Alloys (książka w wolnym dostępie):

“(…) żyjemy w warunkach, w których komunikacja >>z góry na dół<< pochodząca od aktorów korporacyjnych oraz specyficzne [singular] i szczególne oddolne akty komunikacyjne [enunciations] wędrują w tym samym medium, ale w rozmaitych kanałach.”

I to właśnie ta sytuacja – między innymi – powoduje, że warto zmienić perspektywę na to, czym są (i czym mogą być) dzisiaj subwersywne strategie medialne. Oprę się na kilku konkretnych przykładach aplikacji mobilnych – rownież dlatego, że cały ekologia medialna zorganizowana wokół systemu dystrybucji „apek” jest tak często przedmiotem krytyki (zasłużenie). Jeśli jednak zmienić soczewki i przyjrzeć się bliżej, obraz staje się nieoc bardziej granularny (by nie rzec ziarnisty). Czy tzw. solution apps wpisują się w tak napiętnowany przez Morozowa „solucjonizm”? O tym mam nadzieję podyskutować z przybyłymi na jutrzejszy wykład. A póki co, spróbujcie ściągnąć sobie Buycott albo… Smok Smog (jeśli trapi Was krakowskie powietrze).

Dla zainteresowanych koncepcją postmediów: poświecił temu pojęciu swoją książkę Postmedia. Cyfrowy kod i bazy danych Piotr Celiński (dostępna do ściągnięcia). Jest bardzo ciekawa, co znaczy, że prowokuje do dyskusji i małej polemiki, co przy innej okazji :-).

Gdzie i kiedy: Sala Kuraszkiewicza, Collegium Maius UAM, ul. Fredry 10, Poznań, wtorek, 14.01.2014, godz. 18.45

Aha, nowa szata graficzna i nowy tytuł bloga jest wynikiem zakończonego już procesu dłuższych rozmyślań nad sensem jego prowadzenia oraz formułą. Co jakiś czas dopada mnie kryzys motywacji, ta jego odsłona pozytywnie i szczęśliwie się zakończyła, a zatem – to be continued.

Reklamy

Rubieże kultury popularnej w podróży, część 1.

Jak już co najmniej kilkakrotnie się chwaliłam, ukazała się moja książka „Rubieże kultury popularnej. Popkultura w świecie przepływów” (Galeria Miejska Arsenał, Poznań 2012). I oto za moment (prawie dosłownie) wsiadam do autobusu i ruszam w pierwszą część trasy, na której mam nadzieję spotkać niektórych czytelników tego bloga 🙂 Dwa rozdziały zamiesciłam na moim scribdzie: wstęp oraz rozdział 10 („Rewolucja ubrana w gadżety, czyli wyblakły urok hipsterstwa”). Z szacunku i lojalności dla wydawnictwa, które w ogóle robi dobrą robotę, na razie nie zamieszczam więcej. Będziemy o tym rozmawiać, ale pewnie dopiero, jak się skończy nakład papierowy. Galeria Miejska Arsenał publikuje książki nie tylko świetne, ale i pięknie wydane (w tej samej serii m.in. „Niecne memy” MAgdaleny Kamińskiej, „Ciało filmu” Marty Kosińskiej, książka Honzy Zamojskiego, zresztą warto sprawdzić na własną rękę). Ekipa realizująca projekty wydawnicze wkłada przy tym w nie tyle serca i dobrej energii, że naprawdę warto poprzeć to dokonując zakupu. Nie chciałabym, żeby kultura wolnego dostępu oznaczała, że będziemy uważać, iż wszystko należy się za darmo (a że jest to przekonanie krzywdzące dla zwolenników open access i możliwości ściągania dóbr kultury z sieci, wiem najlepiej, bo mimo udostępniania muzyki za darmo online, płyty moja niewielka labela wciąż sprzedaje czasem płyty). Nie udostępniam więc całości książki (na razie) z lojalności wobec fantastycznych współpracowników / czek z wydawnictwa, bo powoduje nimi nie korporacyjna rządza zysku, a chęć stworzenia kilku ciekawych propozycji. O tym i o innych rzeczach możemy zresztą porozmawiać face to face, w cyklu spotkań, którym czasem towarzyszą koncerty. Pełny plan wygląda tak (a zaczynam już dzisiaj z moim projektem muzycznym), zapraszam serdecznie i biegnę na autobus do Katowic!

6.10, (sobota) Chorzów, Rebel Garden, Al. gen. J. Ziętka 7 (obok bramy ZOO) godz. 20.00 – koncert Projektu Karpaty Magiczne (w składzie: Anna Nacher, Marek Styczyński, Małgorzata “Tekla” Tekiel – gitara basowa)

7.10, niedziela, Katowice, Dobra Karma, ul. św. Jacka 1, godz. 18.00 – spotkanie dyskusyjne wokoł książki “Rubieże kultury popularnej”, prowadzi dr Monika Górska-Olesińska

8.10, poniedziałek, Wrocław, Tajne Komplety, Przejście Garncarskie 2, godz. 18.00 – spotkanie dyskusyjne wokół książki „Rubieże kultury popularnej” Anny Nacher i „Zielnik podróżny. Rośliny w tradycji Karpat i BAłkanów”, godz. 19.00 – koncert Projektu Karpaty Magiczne (w składzie: Anna Nacher & Marek Styczyński).

9.10, wtorek, Poznań, Galeria Miejska Arsenał i Klub Meskalina, Stary Rynek 6, godz. 18.00 spotkanie dyskusyjne wokół książki Anny Nacher, godz. 20.00 w Klubie Meskalina naprzeciw Galerii – koncert Projektu Karpaty Magiczne (w składzie: Anna Nacher & Marek Styczyński)