Archiwa blogu

P.S.

Muszę kilka rzeczy we wczorajszym poście doprecyzować (Panie Arturze, dziękuję za uwagi!). Po pierwsze, kiedy piszę o błędach gramatycznych, to mam na myśli rzeczy dużego kalibru (np. „napiętnowująca wypowiedź” w artykule o ks. Bonieckim – ki diabeł? – albo powszechne, szkolne błędy w rodzaju niespójności podmiotu zdania głównego z imiesłowowym równoważnikiem zdania, typu „wychodząc z domu, padał deszcz”). Nie pamiętam już dokładnie gdzie, ale widziałam ostatnio wręcz w którymś z artykułów gazety, że „rząd karze” i nie chodziło wcale o ukaranie… Zainspirowana jednak wyżej wspomnianą uwagą (przekazaną kanałami nieformalnymi) pokażę teraz na własnym przykładzie, co się dzieje, kiedy traktujemy „globalnie” rzeczy (zjawiska, sytuacje), które są zniuansowane i rozpadają się na szereg  pośrednich poziomów – trochę po Latourowsku, żeby trzymać się pograniczy dyskursu naukowego. Otóż Latour w „Nigdy nie byliśmy nowocześni” pokazuje, jak często zbyt szybko „totalizujemy”,  przechodząc na poziom „globalny” i pomijając po drodze etapy pośrednie (trzeba pamiętać, że Latour pisze o dyskursie naukowym). Dotyczy to oczywiście świata, który daje się sensownie ująć tylko za pomocą naczelnego Latourowskiego terminu, czyli sieci. Mówiąc najprościej, jak się da, chodzi o zestawy połączeń czynników ludzkich i nieludzkich – co dzisiaj, w dobie zsieciowanych technologii komunikacyjnych, w których istotnymi partnerami w komunikacji stają się np. programy i interfejsy, zrozumieć całkiem nietrudno. Na marginesie: brak wielkich liter z polską diakrytyką w moich postach jest wynikiem faktu, że ten konkretny „template” WordPressa nie pozwala mi na wpisanie wielkiego „ś”, a literówki mogą być efektem tego, że WordPress w godzinach wieczornych reaguje z pewnym opóźnieniem na sygnały z mojej klawiatury. To, że – wg Latoura – „nawet najdłuższa sieć we wszystkich punktach pozostaje lokalna”, najlepiej wyjaśnia następujący fragment: „Czy kolej jest lokalna czy globalna? Ani taka, ani taka. W każdym swoim punkcie jest lokalna, ponieważ wszędzie znajdziecie przejazdy kolejowe, kolejarzy, a czasem też stacje i automaty do sprzedaży biletów. Jest jednocześnie globalna, skoro może cię zawieźć z Madrytu do Berlina i z Brześcia do Władywostoku.” (B. Latour, Nigdy nie byliśmy nowocześni. Studium z antropologii symetrycznej, przeł. M. Gdula, Warszawa 2011, s. 166). Jesteśmy najczęściej skłonni pomijać w swoim myśleniu fakt, że sieci są globalne i lokalne jednocześnie – czyli że Onet nie składa się tylko z mojego ulubionego chłopca do bicia (działu informacyjnego), ale że ma też zazwyczaj dość sensownie redagowany dział Kultura. Nade wszystko pomija się zaś tę rozciągliwą, zróżnicowaną strukturę sieci: czyli że Onet nie składa się tylko z szefów działów podejmujących decyzje, co ma iść na główną stronę i jak ma wyglądać materiał. Ta sieć jest znacznie rozleglejsza: obejmuje inteligentnych ludzi pracujących w środku molocha (i czasem może też wstydzących się za to, co pojawia się na głównej stronie) starających się rzetelnie wykonywać swoją robotę; mało tego, składa się zapewne ze sprzątaczek pojawiających się zanim ktokolwiek siądzie za biurkiem, ze środków czystości używanych do sprzątania biura (które powodują u co bardziej wrażliwych jednostek ból głowy i problemy z soczewkami kontaktowymi); z serwerów, które same w sobie są sieciami (prąd, metal, kable, półprzewodniki, interfejsy). To wciąż nie koniec – na sieć „Onet” składa się także szereg przekonań i standardów zawodowych, motywowanych profesjonalnie i komercyjnie,  przyjmujących postać hipotezy „czy ludzie będą to klikać” (by nie rzec, „co ja paczę”), a nawet z rytuałów towarzyskich, w trakcie których ustala się, co jest „żenua”, a co jest całkiem sensowne. Tych elementów byłoby znacznie więcej. Siadając do pisania i poddając się emocjom piszę odruchowo „Onet” wyświetlając sobie w pamięci wszystkie te momenty, kiedy kuriozalność artykułów powodowała falę gorąca uderzającą do głowy. Podobnie, jak blokujący strony rządowe, kiedy słyszą ACTA. Mówimy „Nie dla ACTA” – i bardzo, bardzo rozbudowana sieć w ułamku sekundy kompresuje się do płaskiego żetonu, którym posłużymy się w rozgrywce, w której od tego momentu liczy się już tylko to, czy „nasi” wygrają. Lokalność sieci jest nieco ryzykowna (bo nie pozwala kurczowo trzymać się „racji”), ale daje oddech, bo pozwala zobaczyć za molochem „kolej” konkretnego kolejarza, miłego człowieka, który wyjaśnił nam, że nasz wagon ma awarię ogrzewania, ale możemy w związku z tym przejść do wagonu pierwszej klasy.

Reklamy