Archiwa blogu

dlaczego (i czy) humaniści nie blogują? cz. 2

Okazuje się, że to pytanie pojawiało się w blogosferze już wcześniej – odpowiedzi w postaci katalogu udziela np. dr Emil Kulczycki z Instytutu Filozofii UAM. Spośród zasobów, z których przy okazji różnych prac okołonaukowych korzystałam (np. poszukując istniejących tłumaczeń obojęzycznych tekstów klasyki historii kultury i socjologii), mogę też wskazać znakomitą stronę poświęconą klasycznej socjologii i socjologii religii, z zamieszczonym na niej „Archiwum Herberta Spencera” prowadzoną przez dra Kamila Kaczmarka (także UAM), który zresztą także bloguje, najczęściej solidnie recenzując (bardzo szlachetna twórczość, którą szczerze podziwiam, bo rzadko starcza mi na to czasu, mimo, że na moim biurku piętrzą się różne stosy książek). Wśród blogujących medioznawców kulturoznawczych jest także dr Anna Maj z Uniwersytetu  Sląskiego, współorganizatorka świetnych, cyklicznie organizowanych Dni Nowych Mediów w Katowicach i współwłaścicielka wydawnictwa exmachina (jej blog w dużej mierze służy dydaktyce).  Trafiają się nawet sieciowe wydawnictwa, jak na przykład redagowana we Wrocławiu Kultura – historia – globalizacja lub internetowa, wordpressowa wersja czasopisma Kultura Współczesna (która ma jednak odmienny ksztalt i odmienną formułę, bardziej blogową niż wersja drukowana), Mała Kultura Współczesna. Dużo czy mało? Nie wiem, wiem za to na pewno, że to dalece nie wszystko.

Polityka Web 2.0

StanislawKracik (@StanislawKracik) is now following your tweets (@nytuan) on Twitter” – taka wiadomość spłynęła dzisiaj do mojej skrzynki. Hmmm. Najpierw się trochę przestrzaszyłam i zaniepokoiłam wizją polityków śledzących moje twity na Twitterze – nie żebym miała coś do ukrycia, ale duża częśćz nich to ludzie, z ktorymi nie chciałabym mieć raczej wiele do czynienia. Rzuciłam jednak okiem na profil kandydata na prezydenta Krakowa i… doceniam dobre chęci, ale widzę, że ani kandydat, ani jego team nie wie na razie zbyt wiele na temat specyfiki mediów społecznosciowych (a Twittera w szczególności) – zapewne oprócz działającego na wyobraźnię casusu Baracka Obamy. Po czym to poznać? Otóż Twitter wbrew pozorom nie służy do ubogacenia świata swoją niewątpliwie atrakcyjną osobowością, ale do włączenia się w strumienie informacji przepływające z zawrotną, to fakt, szybkością w Twittosferze. Kandydat na razie informuje swoich „followersów”, których ma 111 (24.10.2010 o godzinie 22:21) o tym, co zrobił, co zrobi, jakie ma pomysły i co mu się wydaje. Niektórym nawet odpowiada. To już postęp w stosunku do tego, co prezentuje na Twitterze Grzegorz Napieralski, który (lub którego team) nie zdążył się jeszcze nauczyć skracania adresów linkow za pomocą odpowiednich narzędzi. Generalnie wpisy Napieralskiego potwierdzają narcyzm i wyalienowanie polskich polityków – z nikim (oprócz siebie) nie rozmawiają, tylko obwieszczają (taka wizja wyłania się z tego, co widać na Twitterowym profilu polityka). Dla porównania: Obama i Miedwiediew. Sądzę, że już na pierwszy rzut oka można się przekonać, który z profili jest bardziej nastawiony na dialog ze światem. Oczywiście to jak komunikujemy się na Twitterze zależy od tego, w akim celu to robimy – gazety obwieszczają nowości, moje ulubione BBC czasem posuwa się nawet do wrzucania kolejnych playlist, a jedne z moich ulubionych profili Twitterowych, British Film Institute, potrafi w 140 znakach zawrzeć maksimum wiadomości o przepływach informacji. Oddzielnym przypadkiem, który kiedyś opiszę (jak mówią znajomi, soonishly 🙂 był finał serii koncertow BBC Proms, gdzie Twitter był znakomicie włączony w całość wydarzenia, które było modelowym przykładem wieloplatformowego zarządzania zawartością. Wiem, że to brzmi okropnie, ale dobrze oddaje stan, w którym finał BBC Proms został „rozpisany” na RL (czyli real life w Albert Hall), radio BBC3 (tradycyjne i online) oraz telewizję BBC (tutaj nawet wyodrębnienie „tradycyjnej” i „online” traci powoli sens).

O ile Grzegorz Napieralski na razie nie poczynił od ostatniej kampanii zbyt wiekich postępów w posługiwaniu się Twitterem zgodnie z jego specyfiką (czyli przepływami informacji i włączaniem się w społeczność), to Stanisław Kracik rokuje. W końcu klinknęłam „follow”. Jeśli mnie znudzi, to go wyrzucę. Jak będzie – zobaczymy. W kraju,  w którym interdyscyplinarność jest wciąż rzeczą egzotyczną i groźną, a absolwentom ekonomii, zarządzania i informatyki wydaje się, że posiedli wszelką wiedzę na temat nowych mediów (a co gorsza, kultury rownież) pozostaję umiarkowaną pesymistką (na razie). To jednak kolejny temat do osobnego rozwinięcia.

wykład 8. media nowej generacji a praktyki twórcze

Ostatnie wykłady dotyczyły w dużej mierze tematów pokrewnych; nie inaczej będzie i tym razem. Tyle tylko, że punkt ciężkości przesuwa się w kierunku praktyk kreatywnych umożliwianych przez kulturę samplingu, remiksu, mash-upów i plądrofonii. To ostatnie pojęcie jest bardzo udanym przyswojeniem angojęzycznego plunderphonics, terminu zaproponowanego jeszcze w połowie lat 80. przez Johna Oswalda. W centrum moich jutrzejszych rozważań znajdzie się żywo dyskutowana kategoria praw autorskich, a raczej pewnego przemieszczenia w jej obrębie, jakie dokonało się wraz z dominacją korporacjonistycznych polityk późnego kapitalizmu. Inspiracją jest oczywiście znana książka Lawrence’a Lessiga (możliwa do sciągnięcia, patrz linki obok), pojawi się więc problematyka związana z copyleft, kulturą niezależną oraz Creative Commons, ale pretekstu do rozważań dostarczą nam działania kolektywu Negativeland, któremu zawdzięczamy pojęcie culture jamming i który zasłynął m.in. dzięki procesowi wytoczonemu artystom przez Bono i kolegów, czyli U2. Artyści spod znaku Negativeland mają na koncie nie tylko plądrofonię audio, ale i wideo, co zostało zobrazowane w dokumencie Craiga Baldwina „Sonic Oulaws”. Oto fragment filmu dostępne na YouTube:

Przykład krytycznego kolażu video:

Rzecz jasna ważnym kontekstem są tutaj wcześniejsze praktyki artystyczne filmu eksperymentalnego, od cut-ups Burroughsa oraz tzw. found footage poczynając.

wykład 6.: Web 2.0 – kim są społeczności?

Tym razem chciałabym zastanowić się nad kluczowym dla Web 2.0 pojęciem spoleczności, które zdążyło już ulec konwencjonalizacji czy wręcz mitologizacji. Przybrało także swoistą formę gatunkową znaną jako portal społecznościowy. Od MySpace i YouTube po Facebooka od Grono.net, kontrowersyjnej Naszej Klasy po ekskluzywne (bo polegające na systemie rekomendacji) Golden Line – Web 2.0 jawi się jako jeden wielki agregator rozmaicie sprofilowanych grup bliższych i dalszych znajomych. Czy wiemy ile portali społecznościowych w ogóle funkcjonuje w sieci? Czy są automatycznym narzędziem sukcesu? Czy społeczność społeczności równa? Co mówi to zjawisko o kulturze, w której żyjemy? Czy media stają się koniecznym interfejsem relacji społecznych i czy traci na tym nasza prywatność? Jak zmieniają się procedury tworzenia wiedzy? Czy społeczność = kreatywność? To tylko kilka z pytań, które nasuwają się przy te okazji. Mam nadzieję powrócić do tematów, które zostały zasygnalizowane, ale nie doczekały się na razie rozwinięcia (myślę głównie o pojęciu mash-up oraz o blogach jako formie uprawiania nauki). Jako punkt wyjścia: dla czytających po francusku wywiad z Pierrem Levy (w linkowni obok), dla pozbawionych tej umiejętności kilka haseł z Wikipedii: inteligencja zbiorowa (collective intelligence), mash-up (wszystkie definicje tego pojęcia, bo pokazują, że praktyka jest starsza niż technologie 2.0) i oczywiście remiks (to pojęcie będzie dla nas jednak tylko kontekstem, bo otwiera temat zbyt obszerny, było już także przedmiotem niejednej konferencji) . Jako materiał do dyskusji: fragment filmu, który wprowadzi nas także w zagadnienia wikinomii (rozwinę ten temat w kolejnych wykładach), wypowiada się m.in. Don Tapscott:

I kolejny fragment (warto zwrócić uwagę na różnicę w tym, jak rozumie się pojęcie inteligencji zbiorowej w środowisku biznesowym, a jak rozumie je Pierre Levy):

wiejskie biblioteki Microsoftu?

Wczorajsze doniesienia prasowe i telewizyjne szeroko komentowały gest Fundacji Gatesów (np. Wyborcza), ale w licznych fragmentach i pokawałkowanych całościach, które udało mi się wyłowić ze strumienia w ciągu dnia (artykuł czytany w pośpiechu w kawiarni, fragment news radiowego w autobusie, kolejny fragment przeczytany przez ramię pasażerowi w innym autobusie, strzępy magazynu 24 godziny na TVN itp.) nie zauważyłam, żeby ktokolwiek zadał pytanie o to, czy na sprzęcie zafundowanym przez Gatesów będzie można zainstalować open source’owe oprogramowanie? Nurtuje mnie ta kwestia, bo w licznych ośrodkach i organizacjachspołecznych, które widzialam w Europie, ludzie pracują wyłącznie na oprogramowaniu open source, to element pewnego etosu, ale i rozsądku ekonomicznego. Nie dalej, jak bodaj rok temu brytyjskie Ministerstwo Edukacji zaleciło instalowanie w szkołach Linuksa, zamiast upgrade’owania systemów do Visty (postaram się gdzieś znaleźć informację na ten temat). Jeśli komukolwiek rzuci się w oczy choćby zalążek takiej dyskusji wokół – skądinąd chwalebnego – programu uepszenia bibliotek, to będę wdzięczna za sygnał. Pomysł zresztą rzeczywiście jest znakomity – w Szwecji funkcjonuje to świetnie. Jeśli znajdziemy się w małym miasteczku czy wsi na szwedzkiej prowincji (czyli wszędzie poza Sztokholmem, Goeteborgiem i Malmo:-), to pierwsze kroki należy kierować do miejscowej biblioteki. Znajdziemy tam wszyskie potrzebne informacje, a często zjemy też najtańszy posiłek w mieście 🙂