Archiwa blogu

Konferencje, zjazdy i kongresy

Nie będę już nawet próbować tłumaczyć się z bardzo długiej nieobecności na blogu. Jedyne wyjaśnienie ma związek z intensywną aktywnością naukową 🙂 Sporo mam w tym roku do napisania i często są to projekty wymagające dość intensywnego skupienia. Urlop naukowy okazał się zupełnie nie-wypoczynkowy.

Tym razem będzie bardzo konferencyjnie, bo rok 2013 z pewnością zapisze się jako bardzo intensywny pod tym względem: dopiero co zakończył się I Zjazd Filmoznawców i Medioznawców w Kamieniu Sląskim (6.-8.-06.), po którym niemal natychmiast znalazłam się na międzynarodowej konferencji Communication and the City: Voices, Spaces, Media (14-15.06) na University of Leeds po to, by za kilka dni ruszyć do Berna na Digital Humanities Summer School (26-29.06). Choć ta edycja (jest ich jeszcze kilka w Europie tego lata) jest zorientowana mocno na historyków i organizowana przez infoclio.ch, to dominuje duch interdyscyplinarności a ja już z góry cieszę się na możliwość spotkania z Davidem Berry, reprezentującym krytyczne podejście do cyfrowej humanistyki, autorem m.in. „The Philosophy of Software. Code and Mediation in the Digital Age” (Palgrave Macmillan 2011) oraz na warsztaty prowadzone m.in. przez Susan Schreibman. A przede mną jeszcze tura wrześniowa (prócz zwyczajowego wyjazdu na Prix Ars Electronica 2013 do Linzu, czekają mnie dwa duże wydarzenia: II Zjazd Kulturoznawczy „Więcej niż obraz” (notabene, jest już program z uczestnikami paneli oraz referatami zakwalifikowanymi do sesji okołopanelowych) oraz – to wygląda na highlight of the year – konferencja Electronic Literature Organisation 2013 w Paryżu, pod hasłem „Chercher le Texte. Locating the Text”.  Nie; nie obrabowałam banku, zawdzięczam te możliwości resztkom funduszy na działalność statutową, jakie jeszcze pozostają do dyspozycji uczelni a w przypadku Digital Humanities Summer School – grantowi przyznanemu mi w ramach programu SET funkcjonującemu na mojej macierzystej uczelni (za co jestem niezwykle wdzięczna). Dlaczego o tym w ogóle piszę? Bo od czasu konferencji w Leeds nieodmiennie towarzyszy mi specyficzne poczucie: mam świadomość, że znajduję się w pozycji uprzywilejowanej, a nie powinnam – to powinien być chleb powszedni naszego życia naukowego, nie zdarzenie od wielkiego dzwonu, jeśli ma się imponujący grant wygrany w loterię noszącą znamiona konkursu. Wielu moich kolegów, koleżanek, bliższych i dalszych znajomych nie stać już nawet na ważne konferencje ogólnopolskie (zwłaszcza, że opłaty konferencyjne często oscylują – bywa – wokół kilkuset złotych, czasem przekraczają tysiąc – można sprawdzić, rok mamy w humanistyce wybitnie  kongresowy). Tym bardziej wdzięczność należy się tym organizatorom, którzy nie windują zanadto opłat – obie imprezy naukowe, o których piszę powyżej, zaliczają się właśnie do tego grona.

Najmocniej zainspirowało mnie jednak do podjęcia na nowo trudu blogerskiego doświadczenie konferencyjne w Leeds. Szczerze mówiąc nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę występować na jednej konferencji z Ceesem Hamelinkiem, Markiem Grahamem (tak, tym od „Sentient City – co prawda paper prezentowała jego doktorantka, Heather Ford z Oxford University, ale on sam był obecny w trakcie panelu i sesji plenarnych), Lukiem Pauwelsem czy Gilian Rose (temat badań metodami wizualnymi był jednym z głównych wątków). Pojechałyśmy z dr Magdaleną Zdrodowską z prezentacją wniosków z naszego projektu realizowanego z Malopolskim Instytutem Kultury, „Kultura miejska – węzły i przepływy”, o którym pisałam także na tym blogu. To były niezmiernie intensywne 3 dni, w trakcie których znowu towarzyszyła dosyć uporczywa myśl: wszystko jest tak, jak u nas, tylko, że… zupełnie inaczej. Tym razem jednak spróbuję to „inaczej” sprecyzować. Rzecz dotyczy, rzecz jasna, odmienności kultur konferencyjnych (a także znacznie szerzej – kultur intelektualnych w ogóle). Najpierw o tym, co jest zupełnie takie samo: sprzęt, logistyka, sale konferencyjne i catering. Później natomiast pojawia się to wszystko, co natrętnie każe się zastanawiać: skąd to poczucie bycia po drugiej stronie lustra? Zeby uprościć sprawę, ujmę to w kilka punktów, które są ze sobą powiązane subtelnymi relacjami przyczynowo-skutkowymi:

1. Na konferencję przyjeżdża się do pracy: nie na zakupy (notabane, księgarnia wydawnictwa Blackwell przy uniwersytecie mocno rozczarowuje), nie na zwiedzanie miasta ani też niezupełnie towarzysko. Z tego wynikają punkty kolejne.

2. Bierze się udział w tylu sesjach i panelach, w ilu fizycznie i intelektualnie daje się radę (w zasadzie – prawie cały dzień, od 9:15 do 18.30). „Bierze się udział” oznacza: zabiera się głos w dyskusji; formą preferowaną udziału w dyskusji jest zadawanie pytań prelegentom nie zaś dość długie monologi z cyklu „napisałbym to zupełnie inaczej” (forma genderowa nie jest tutaj przypadkowa). Guilty as charged, mnie też się to czasem zdarzało/zdarza, warto się pilnować.

3. Dyskusja po wystąpieniach jest NAJWAZNIEJSZA; dlatego referaty mają tylko po 15 minut, a przekroczenie limitu czasowego jest równe morderstwu z premedytacją – dlatego też nikt nie streszcza zebranym Foucault’a i innym książek, których znajomość jest STANDARDEM, nie czymś nadzwyczajnym. W ogóle nikt niczego nie streszcza (jeśli już, to streszcza się), prezentuje własne badania, przemyślenia lub własną analizę (konieczna a często imponująca humanistyczna „narzędziówka” jest oczywiście w tle; wyraźnym dla wszystkim, którzy wiedzą; jak ktoś nie wie – trudno, musi nadrobić zaległości).

4. Nie słyszy się w najbardziej luźnych kuluarach żadnych „jeszcze nie wiem, co jutro powiem”, „coś tam jutro sklecę”, „wczoraj siedziałem nad prezentacją do rana”. Jeśli tak jest – jest to słodka tajemnica prelegentów, w każdym razie na 18 wystąpień, które widziałam, jedno sprawiało wrażenie średnio przemyślanego (nic dziwnego, że to jedno wystąpienie w trakcie dyskusji nie stało się przedmiotem żadnego pytania).

5.  Ponieważ zadawanie pytań i dyskusja jest OCZEKIWANYM elementem konferencji, to jest także składową pracy, o której pisałam na początku – w pytaniach nie chodzi jednak o pognębienie prelegenta i wykazanie mu, że a) myli się fundamentalnie b) nie przeczytał kolejnych 10 tysięcy książek, które należałoby przy tej okazji c) źle zaplanował/a badania / przeprowadził/a analizę, etc. Dlaczego nie c)? Bo oczywiście poziom tychże jest generalnie wyrownany, pomylić się albo czegoś nie przeczytać zawsze można (jeśli nie jest to „Nadzorować i karać” wspomnianego Foucault czy „Production of Space” Lefebvre’a, czyli fundamenty, to żaden wstyd).

6. Powyższe punkty powodują, że wszyscy są a) wyluzowani, choć bardziej czy mniej zestresowani przed własnym referatem b) Z GORY DOBRZE NASTAWIENI DO INNYCH PRELEGENTOW (to jest takie podejście „by default”) c) mili d) na bardzo międzynarodowej konferencji nie oczekują perfekcyjnego opanowania jęzka Szekspira od uczestników nieanglojęzycznych (wbrew naszym stereotypowym przekonaniom, jeśli temat zaintryguje, ludzie są skłonni słuchać nawet najbardziej karkołomnych łamańców fonetycznych i gramatycznych); tym, czego się oczekuje jest komunikatywność, nie zaś perfekcyjna i ponadprzeciętna kompetencja językowa. Lepiej raczej mówić niż czytać, choć czytanie uchodzi – wtedy publiczność stara się podążać równie czujnie, nawet jeśli nie jest to łatwe (patrz pkt. 1 – jesteśmy w pracy).

Zupełnie odmienny jest natomiast rodzaj pytań i paradygmatow badawczych: na konferencji gromadzącej specjalistow od komunikacji i mediów z odchyleniem raczej w stronę nauk społecznych (choć o wyraźnie humanistycznym profilu) nikt nie zadał nam pytania o „reprezentatywność” badań i o to, „jak uogólnić”. W ogóle nie było pytań o to, dlaczego tak właśnie a nie inaczej  zaplanowałyśmy badania (najwyraźniej wiedza o tym, na czym naprawdę polega paradygmat jakościowy jest tam bardziej rozpowszechniona). Była natomiast dyskusja o estetyzacji przestrzeni publicznej jako strategii gentryfikacyjnej – coś, o czym swego czasu pisałam, a dyskusja (która przeniosła sięw  kuluary i na przerwę lunchową) potwierdziła wszystkie moje wnioski z napisanego przed kilkoma laty tekstu oraz pokazała mi, jak nośny i aktualny w wielu miejscach jest to temat.

O zawartości konferencji będzie oddzielnie, na razie próbowałam sprecyzować „jak nie tak, jak tak” (mówiąc słowami Ferdynanda Kiepskiego), w czym zapewne nie jestem odkrywcza, bo podobne spostrzeżenie pewnie towarzyszą wszystkim, których uderza ta różnica.

I z fascynującego, stymulującego intelektualnie, globalnego w zasięgu wydarzenia wróciłam prosto w awanturę o „ideologię gender”, nacechowaną takim stężeniem bredni, że polemika z nimi urąga akademickim standardom. Wiem, będzie krzyk, że to postawa elitarna i że nie chcę pokornie nieść kaganka oświaty w lud (w tym przypadku – hierachów Kościoła katolickiego). Drogi ludzie, a idźże na jakikolwiek kurs gender studies na jakiejkolwiek polskiej uczelni, na niektórych to nawet bezpłatne albo przeczytaj dwie lub trzy książki należące do podstawowego repertuaru tej subdyscypliny.

Reklamy

Re:live 2009

Interesująca konferencja zapowiada się w przyszłym roku w Melbourne (strasznie daleko, niestety): „Media Art History 09, Re:live” . Jak piszą organizatorzy: „The event follows the success of the two previous Media Art History conferences, re:fresh (Banff 2005) and re:place (Berlin 2007). The conference series is an initiative of Leonardo/ISAST (International Society for Art, Science and Technology) whose International Advisory Committee will publicise the event and referee papers.” Chairs piastują: dr Paul Thomas oraz prof. Sean Cubitt. Rok temu uczestniczyłam jako słuchaczka w konferencji berlińskiej w 2007 roku i rzeczywiście jest to przedsięwzięcie gigantyczne, trzy dni wypełnione od rana do wieczora, 10 paneli oraz kilka bardzo interesujących imprez towarzyszących, jak eventy w TESLA Media>Art>Lab czy wystawa „From Spark to Pixel” w MArtin-Gropius-Bau. Podczas tak dużej konferencji nie sposób wziać udział we wszystkich zdarzeniach, zwłaszcza, kiedy panele rozgrywają się równolegle. Ponieważ dotarłam z jednodniowym opóźnieniem, praktycznie cały pierwszy dzień odpadł, ale i tak udało mi się wysłuchać kilku bardzo inspisrujących wystąpień. Te najbardziej interesujące to wykład Siegfrieda Zielińskiego („On Deep Time Relations Between Arts, Sciences and Technologies – Questioning the Established Concepts of Media”), referat Michaela Darrocha (z którym spotkałam się zresztą na konferencji w Montrealu) i Janine Marchessault („Anonymus History as Methodology: The Collaborations of Sigfried Giedion, Jacqueline Tyrwhitt, and the Explorations Group”), Erkki Huhtamo („Intercultural Interfaces: Correcting the Pro-Western Bias of Media History”), Cynthii Ward („Minding Realities: Geometries of Cultural Cognition”) czy Kristofera Gansinga („Humans Thinkng like Machines – Incidental  Media Art in the Swedish Welfare State”). Szczególnie odświeżającycm zdarzeniem był natomiast patafizyczny performance konferencyjny Briana Reffina Smitha („Hijack! How the Computer Was Wasted for Art”), którego grę natychmiast zresztą podchwyciło audytorium. Zastanawiałam się, jak zostałoby przyjęte zblendowanie papierowej wersji referatu na którejś z naszych konferencji:-) Poszczególne abstrakty są zresztą dostępne w archiwum, ale niewiele powiedzą o atmosferze całego zdarzenia, które odbywało się w znanym mi z innych wydarzeń (raczej muzycznych) Haus der Kulturen der Welt w Berlinie.

Konferencję berlińską współorganizował Danube University w Krems i z razji badawczych zainteresowań tego ośrodka wiele referatów mieściło się w ramach nowego podejścia badawczego , uprawianego głównie w Europie i znanego jako archeologia mediów. Więcej na ten temat już wkrótce, mam nadzieję.

Intermedial City / La ville intermediale

Początek października przywitałam w Montrealu, gdzie uczestniczyłam w konferencji zatytułowanej „The Intermedial City: Practices, Technologies, Imaginaries / La ville intermédiale: pratiques, techniques, imaginaires” organizowanej przez Centre for Research on Intermediality / Centre de recherche sur l’intermédialité (Université de Montréal) oraz Media@McGill (McGill University). Moje wystąpienie nosiło tytuł „The Augmented Space of a City – Kraków as Nodal Point of Global Capitalism” i poświęcone było  możliwościom zastosowania pojęcia przestrzeni augmentowanej jako narzędzia badawczego w przypadku konkretnego miasta (nic zaskakującego w tym, że jest nim dla mnie Kraków, miejsce, gdzie w 2003 r. uruchomiono pierwszy w Polsce darmowy punkt dostępu WiFi na Rynku Głównym i jednocześnie miasto, z którym czuję się bardzo związana).

Trzy dni przy 3650 Rue McTavish
View Larger Map wypełnione były interesującymi referatami, otwierającymi coraz to nowe ścieżki rozważań nad związkami mediów (a także wzajemnymi relacjami, w jakie ze sobą wchodzą) z miastem. Zasadniczym problemem, który znalazł się w centrum dyskusji było pytanie Friedricha Kittlera: czy (i jak) miasto jest medium? Blisko 30 referentów wzięło na warsztat bardzo różne aspekty zagadnienia, analizując m.in. filmowe miasta wertykalne i relację z tym, co „podziemne” (David L. Pike, American University, Waszyngton, USA), miasto globalne jako obszar intermedialności na przykładzie filmu  Swiat (The World / Shijie) Jia Zhangke (Hudson Moura, Simon Fraser University, Vancouver, Kanada), tworzenie szczególnych pozycji podmiotowych poprzez praktyki kultury wizualnej końca XIX w. w Budapeszcie (Dorothy Barenscott, Trent University, Vancouver, Kanada), ale także praktykę geotaggingu i obszar mediów mobilnych (Imar de Vries, Uniwersytet w Utrechcie, Holandia), aplikacje łączące syntezatory mowy, łączność za pomocą Bluetooth i GPS (Michael Darroch, University of Windsor, Kanada) czy organizację wizualną lotnisk (Vanessa Schwartz, University of Southern California, San Diego USA). Niektóre wystąpienia odbiegały formą od tradycyjnych konferencyjnych „paperów”: Dominique de Courcelles (CNRS – Collége International de Philosophie, Francja) przygotowała film obrazujący związek Mexico City z otaczającym środowiskiem na przykładzie dyskursów wokół gospodarki wodnej w mieście, prezentacja Régine Robin z Université du Québec poświęcona miastu jako tekstowi (Montreal, Kanada) – przywołując obiekt Erica Sadin – miała charakter hipertekstowej instalacji, David Thomson (University of Toronto, Kanada) zaproponował swoisty parkour eseistyczny, przywołując ducha Michela de Certeau.

Wszystko to w mieście, które pilnie strzeże swojej dwujęzyczności – Montreal dzieli się na część zachodnią (anglofońską) i wschodnią (frankofilską), umowną granicą bardzo długo była główna arteria miasta, St. Laurent Boulevard, dzisiaj będąca czymś w rodzaju połączenia berlińskiego Kreuzberga z nowojorskim Soho w okresie jego świetności, oczywiście z zachowaniem proporcji – mieszkańcy Montrealu widzą swoje maisto jako bardzo prowincjonalne. Ulica, przy której robi się zakupy w dziesiątkach butików tworzonych przez miejscowych designerów i gdzie najłatwiej jest usiąść przy kawie (lub olbrzymiej, w amerykańskim stylu, porcji Ceasar Salad). Konferencja także była dwujęzyczna (teksty francuskie i angielskie nie były tłumaczone) a przybysze z Europy szybko zorientowali się, że kwestia wyboru języka – choć na pozór neutralna – jest sprawą wagi politycznej o zaiste wybuchowym potencjale, w którym stawką jest tożsamość regionalna i narodowa. Przekonały mnie o tym również rozmowy ze znajomymi Quebecoises, Denis i Erickiem, oraz  dziesiątki kilometrów (naprawdę! nidzie tyle się nie chodzi, co w wielkich metropoliach!) miejskich spacerów z aparatem fotograficznym w ręku.  To jednak (podobnie jak fakt, że Montreal można uznać za mekkę street artu) zalążek na artykuł, który w wolnej chwili nieustająco mam nadzieję napisać 🙂

Blisko 10 dni na pograniczu trzech języków – to może inspirować!