Archiwa blogu

Karpaty: 1000 lat nowoczesności

Pracując nad kilkoma (!) nowymi projektami, planem książki dla Galerii „Arsenał” podsumowującej moje roczne wykłady w Poznaniu oraz tekstem dla antologii w ramach Mindware – jak to zwykle bywa – sięgnęłam po zupełnie inne na pozór inspiracje. Antologia Tarnów: 1000 lat nowoczesności pod redakcją Ewy Lączyńskiej-Widz i Dawida Radziszewskiego, bardzo starannie i pomysłowo wydana przez Wydawnictwo 40 000 Malarzy okazała się wymarzoną inspiracją i wstępem do wytężonej intelektualnej pracy, bo jest książką, którą czyta się z zapartym tchem i olbrzymią dozą niekłamanej przyjemności – w dużej części jest ona efektem wyraźnej radości i zapału, z jaką ten projekt był realizowany. Jest więc może więcej o Mościcach, niż o samym Tarnowie  – Mościcach, nic dziwnego, widzianych okiem Wilhelma Sasnala, ale także Grzegorza Piątka, który ze swadą i znawstwem opowiada o wyzwaniach projektowania w (dla) przestrzeni; Sebastiana Cichockiego, który przybliża nietuzinkową postać samego Ignacego Mościckiego w intrygującym dialogu z równoważnym wątkiem interpretacji strategii artystycznych Sasnala czy Barbary Bułdys oprowadzającej czytelnika po fenomenie Mościc. Są także eseje fotograficzne Nicolasa Grospierre’a czy Jana Smagi a nie można też pominąć fascynujących rozmów prowadzonych przez redaktorów tomu (i współautorow szerszego projektu, którego częścią jest książka): z wspomnianym już Wilhelmem Sasnalem czy Otto Schierem. Całkowitą rewelacją jest rozdział przybliżający postać wizjonera architektury, Jana Głuszaka Dagaramy, autora projektów, które w pewnym sensie można porównać z Nowym Babilonem Constanta Nieuwenhuisa (członka Międzynarodówki Sytuacjonistycznej i legendarnej grupy COBRA). Wśród projektów Głuszaka, który jest postacią tragiczną, można znaleźć pomysły np. zaprojektowanych specjalnie dla Zakopanego Heliotropów, które mogłyby wędrować za słońcem (czy ta propozycja nie ziściła się dzisiaj w jakimś sensie w projekcie fasady najsłynniejszego hotelu Dubaju, Burj Al Arab, którego fasada staje się o zmierzchu jednym wielkim ekranem odzwierciedlającym barwy zachodu słońca?). Głuszak, jako schizofrenik, przez całe lata funkcjonował na zupełnym marginesie, sklejając pudełka w Spółdzielni Inwalidów czy pracując jako stróż w Muzeum Etnograficznym w Tarnowie, póki nie został „odkryty” przez Jerzego Hryniewieckiego, a jego futurologiczne, inspirowane m.in. prozą Stanisława Lema nie zostały pokazane podczas dwóch Międzynarodowych Wystaw Architektury Intencjonalnej Terra 1 i Terra 2, gdzie oprócz Dagaramy pojawiły się także prace Zofii i Oskara Hansenów, Araty Isozakiego, Rema Koolhasa, Aldo Rossiego.

Wydawnictwo świetnie pokazuje, że małe miasta nie muszą być skazane na małomiasteczkowość. I choć Tarnów wcale nie jest małym miasteczkiem, to jednak utrata statusu miasta wojewódzkiego chyba przyczyniła się – jak w wielu przypadkach innych byłych miast wojewodzkich – do pewnej prowncjonalizacji. Jest to także znakomity przykład twórczego podejścia do tradycji: miasta i miasteczka łuku Karpat mają również – oprócz często  zbyt folklorystycznie i skansenowo traktowanej „kultury tradycyjnej” – inną historię: historię XIX-wiecznej i późniejszej nowoczesności, mają swoją kulturę przemysłową, która często pokazuje, że to, co w latach 50-tych uważano za budowę społeczeństwa industrialnego, w istocie było pewną kontynuacją czy może raczej przyszpieszeniem (i nieuniknioną ideologizacją) czegoś, co istniało już wcześniej. Intrygujące jest, że towarzysząca choćby Gorlicom historia wydobycia ropy w Karpatach oraz pozyskiwania z niej nafty (pierwsze w Austro-Węgrzech oświetlenie naftowe pojawiło się we Lwowie, w którym – prócz Gorlic – pracował przecież Ignacy Lukasiewicz, a nafta stosowana w oświetleniu jednego z wiedeńskich dworców pochodziła właśnie z Karpat, z Drohobycza), mogłaby być powodem do nakreślenia nieco odmiennej logiki układu centrum – peryferie niż ta zmitologizowana wersja centralnego dla Austro-Węgier Wiednia i całej peryferyjnej reszty. Mogłaby też pomóc w odmiennej wersji rewitalizacji regionu, który dzisiaj stacza się ku kulturowej pustce, jakiej nie wypełnią kolejne wersje folderowych obrazków folkloryzmu i Lemkowszczyzny (jej polityczna niewygoda jest w tym turystyczno-folderowym wydaniu przycinana maksymalnie). To prawda, że to dziedzictwo nie zawsze jest łatwe, jak to pokazuje budynek Gorlickiego Centrum Kultury , którego architektura zachwyciła mnie kiedyś specyficznym – nieco złowieszczym, przyznaję – tchnieniem lat 50.:

Wchodząc do sali widowiskowej, w której miały się odbywac koncerty festiwalu Ambient (2006), mialam poczucie, że zaraz rozpocznie się jakaś akademia z tamtych lat lub że ledwo skończyła się jakaś płomienna samokrytyka. To było zupełnie namacalne poczucie tego, co nazywamy duchem czasów. Jednocześnie przecież znam indywidualne i prywatne historie ludzi, dla których praca w Gliniku była właśnie taką życiową szansą, powiewem nowoczesności, otwarciem na coś innego; wiem także, że jest to raczej jeden z wielu zazębiających się ze sobą w przedziwny sposób epizodów historii nowoczesności w Karpatach – jednym z takich ogniw byłaby historia Jozefa Petzvala, Czecha z Moraw, optyka i matematyka ze Spišskiej Beli z doktoratem z Budapesztu i posadą m.in.na uniwersytecie wiedeńskim, któremu fotografia i wczesne kino zawdzięczają słynne obiektywy Petzvala (rownież obiektyw szerokokątny); takim ogniwem mogłaby być o pokolenie późniejsza postać innego mieszkanca tego samego miasteczka, doktora Michala Greisigera, jednej z typowych postaci XIX w., wszechstronnego badacza regionu (lekarz, przyrodnik, geolog i etnograf w jednym). Tylko te dwa ostatnie przykłady są dowodem na to, że warto odwiedzać prowincjonalne muzea w sennych karpackich miasteczkach mijanych po drodze podczas rowerowych wypraw.

To właśnie o takich wycieczkach i o takich inspiracjach przypomniała mi „tarnowska” antologia – i jeszcze o tym, że kontury historii nowoczesności w Karpatach dopiero zaczynamy dostrzegać. Kiedy wyłonią się nieco wyraźniej, ani historie tego tak fascynującego regionu, ani historie nowoczesności nie będą już takie same.