Archiwa blogu

Poczytaj mi, mamo – na ostro

Zamilkłam na ładnych parę miesięcy; dużo by pisać o powodach – do tych bardziej chwalebnych mogę zaliczyć z pewnością końcówkę pracy nad książką (ukazały się już Rubieże kultury popularnej, o czym doniosłam tylko na Facebooku w zasadzie) oraz intensywny czas pracy nad projektem („Kultura miejska – węzły i przepływy”) realizowanym wraz z Małopolskim Instytutem Kultury. Do tych mniej chwalebnych – okresowo pojawiający się pomysł na zmianę zawodu i pomysłu nad życie (co pozostawię jednak dla siebie). Trudno byłoby mi więc mowić o letargu; już raczej o głębokiej niechęci do dyskusji o kondycji polskiej nauki, a zwłaszcza humanistyki. Jak się zresztą przekonałam choćby w trakcie kuluarowych dyskusji podczas szkoly letniej Media Ecologies, zorganizowanej kolosalnym wysiłkiem woli, wbrew wszystkiemu i wszystkim (na czele zwłaszcza z uczelnianą biurokracją) przez moje dwie koleżanki z Instytutu (niniejszym WIELKIE DZIĘKI: Joanna Walewska i dr Magdalena Zdrodowska!) – takie dyskusje nie są jakąś szczególną polską specyfiką. Czy to w Polsce, czy w Kanadzie, czy w Wielkiej Brytanii – mogliśmy sobie cytować fragmenty mniej i bardziej poważnych wypowiedzi o tym, jak bardzo niepotrzebni światu są humaniści i jak bardzo obciążają budżet (można byłoby sądzić, że to nie skorumpowany świat finansjery, a właśnie neigodziwi humaniści są źródłem obecnego kryzysu światowego). Te same argumenty powtarzane ad nauseam i strategia „grochem o ścianę” wprawiły mnie więc w stan blogowej impotencji – tym bardziej, że trzeba było kończyć książkę i realizować projekt (oraz pojechać na Documenta 13 i Ars Electronicę).

Inspiracji do kolejnego wpisu dostarczył mi wreszcie – po okołowakacyjnej przerwie – znakomity komentarz Emanuela Kulczyckiego do jednego z tego typu artykułów, autorstwa prof. Gorzelaka, a bardziej komentarz samego autora artykułu w „Polityce” zamieszczony pod wpisem. Jest to n-ta wersja wariacji na temat tego, dlaczego z polską humanistyką jest źle. Nie chce mi się tym razem owijać w bawełnę; napiszę mało elegancko, zupełnie wprost i dużymi literami: SZANOWNI KRYTYCY, HOW ABOUT THIS: ADIUNKT NA NAJLEPSZEJ POLSKIEJ UCZELNI ZARABIA MNIEJ NIŻ DYPLOMOWANY NAUCZYCIEL W SZKOLE ŚREDNIEJ. Nie jestem zwolenniczką tezy, że „jaka praca, taka płaca” (i vice versa). Większość z nas ma jeszcze (chyba)wystarczająco dużo entuzjazmu, żeby robić to, co robi – wbrew całemu światu. W tym przypadku rzecz jest jednak znacznie subtelniejsza: większość z nas rzadko ma szansę pracy w mniejszym wymiarze godzinowym niż półtora etatu (albo dwa). Nie zmieni tego żaden zakaz rektorski ani ustawowa regulacja „w trosce o poziom polskiej nauki”. Większość z nas MUSI dorabiać. Zwłaszcza, jeśli pula na projekty NCNowskie dla nauk humanistycznych i społecznych razem wziętych to zaledwie połowa tego, co przeznacza się na nauki biologiczne… Szansa, że dostanie się grant jest dokładnie taka sama, jak wygrana w LOTTO (i jeśli chodzi o mnie, po najświeższych doświadczeniach z oceną projektu, wybieram LOTTO) – wystarczy sprawdzić ilość finansowanych projektów w stosunku do liczby złożonych propozycji. Jeśli więc ktoś ma na tyle hucpy, żeby porównywać sytuację polskich asystentów i adiunktów do sytuacji naszych kolegów w krajach słynących z międzynarodowych sukcesów w humanistyce, to niech najpierw wykona pożyteczne ćwiczenie z arytmetyki i sprawdzi, na ile stron tłumaczenia na język angielski wystarczy średnia pensja adiunkta. A już nie wspomnę o wysokości pensum. (W jeszcze gorszej sytuacji są Ci, którym do pensum liczą się zajęcia na studiach niestacjonarnych). Strategie przeżycia są zresztą bardzo różne, nie zawsze polegają na zawrotnej ilości realizowanych godzin dydaktycznych, ale mają jedną wspólną cechę: są zazwyczaj czaso- i energochłonne. Co robimy w czasie, kiedy nie ubogacamy świata naszymi znakomitymi tekstami w językach kongresowych? Dziesiątki rzeczy, które pozwalają nam nie tylko utrzymać siebie i rodzinę, ale: nadążać za światową literaturą (więksozść z nas znakomicie poradziła sobie po zamknięciu gigapedii, a nawet czasem kupujemy sobie książki legalnie), jeździć na konferencje (fundusze gwałtownie wysychają po ukończeniu 35-tego roku życia… a organizatorzy nie mają litości, jeśli chodzi o wysokość opłat konferencyjnych), wypełniać dziesiątki ankiet samooceny, autooceny i paraoceny; wykonywać niewdzięczną czarną robotę, jak przystało na młodszych stażem pracowników; tym, co mają wyjątkowo awanturniczą żyłkę czasem zaś zechce się coś samemu zorganizować, zredagować albo wprowadzić nowy kurs (a nie daj Boże, specjalizację), nie mówiąc już o publikacjach (kalkulacja jest prosta: punkty potrzebne są tu i teraz – czekanie na publikację anglojęzyczną i nieskończone szlifowanie tekstu, wysyłanie go do kolejnych redakcji, co może potrwać nawet ze 2 lata nie wchodzi w grę w tym stanie rzeczy albo raczej wchodzi w grę kiedyś, gdzieś, w sprzyjających okolicznościach); nie mówiąc o poświęcaniu uwagi studentom i ich projektom, pomysłom oraz zapytaniom, na które ledwo zdążamy odpisać w wiecznym poczuciu winy (bo wiele osób to świetni młodzi ludzie, którzy nie zasługują na katorgę i fikcję egzaminów w postaci testu wyboru). (A teraz zacznę zdanie nieładnie, ale to licentia poetica, dla niewtajemniczonych) Bo, drodzy oponenci, nie wiem, czy kiedyś widzieliście jakikolwiek naukowy tekst humanistyczny: nie wystarczy napisać dwóch akapitów w standardowej angielszczyźnie typu „relacja z badań”; nie przyjmują nam tekstów sygnowanych przez osiem osób, z których każda przez chwilę trzymała podczas badań probówkę (a wiadomo, że musi też być pdpisany szef katedry jako pierwszy); nie wystarczy techniczna biegłość językowa; czasem posługujemy się formułami, które funkcjonują tylko w podglebiu rodzimego języka (i nie tylko my; słyną z tego Niemcy – proszę sięgnąć po jakikolwiek przekład Heideggera i jakikolwiek wstęp do anglojęzycznego przekładu wybranej książki Friedricha Kittlera); Francuzi uczynili trade mark z tego, że głębię ich myśli można doecnić tylko czytając w oryginale; wreszcie – naszym poniekąd obowiązkiem jest zmagać się z rodzimym językiem i w nim drążyć korytarze, nieprawdaż? Na supremację języka angielskiego skarżą się Francuzi, Niemcy i Włosi; znakomita kariera Kittlera w świecie anglojęzycznym zaczęła się w dobre 10-15 lat po tym, jak był już autorytetem w swojej dziedzinie w Niemczech; włoskimi autonomistami zachwyca się dzisiaj anglojęzyczny świat, ale wystarczy policzyć, ile lat upłynęło między włoskimi publikacjami jednego z najoryginalniejszych myślicieli tego kręgu (stosunkowo słabo znanym w przeciwieństwie do Negri), Franco „Bifo” Berardiego a amerykanskim przekładem. Takie przykłady można byłoby mnożyć, włącznie z wymownym przykładem recepcji Juergena Habermasa w Stanach Zjednoczonych, czy Michela de Certeau lub Pierre’a Bourdieu w Wielkiej Brytanii. W polskiej dyskusji jednak tego wątku zupełnie nie ma.

I jeśli nie chce mi się już zabierać głosu w tej dyskusji – bo role zostały rozdane, zanim zaczęliśmy mowić – to głównie z powodu obawy, że zmierza ona w zupełnie niedobrym kierunku. Indeksy H, Google Scholar, cytowalność i parametryzacja – to wszystko przysłania kilka fundamentalnych pytań: czy my w ogóle mamy ludziom coś ciekawego do powiedzenia? Czy od naszych pytań badawczych, publikacji i tekstów coś się zmieni na lepsze choćby dla kilku osób? Czy odpowiadamy w jakikolwiek sposób na wyzwania współczesnego społeczeństwa (excusez le mot) czy tylko zamierzamy sprawniej oliwić technokratyczną machinerię inwestycyjną bezboleśnie włączając się paradygmaty szkodliwe dla jakości życia ludzi, przyrody i świata? Czy jesteśmy w stanie umożliwić dialog, porozumienie i rozmowę w świecie, który definiują rozliczne konflikty? Niby jak, skoro sami między sobą tego robić nie umiemy/nie chcemy (nie uwazam, żeby miala miejsce jakakolwiek dyskusja; najlepsze teksty pozostają w gruncie rzeczy bez odpowiedzi ze strony technokratów; i jest szczególnie smutne, że do rangi niekłamanego autorytetu w dyskusji na temat szkolnictwa wyższego urósł szef PZU – nota bene środowiskom biznesowym chciałoby się czasem po prostu odpowiedzieć: lekarzu, ulecz się sam).

I nie chce mi się także już zabierać głosu  w tej dyskusji z tego powodu, że nie czuję solidarności z humanistyką jako taką – zwłaszcza z jej częścią, która przybiera wyraz debaty „prof.Mikołejko – kontra reszta świata.” Do tej pory myślałam, że showbiznesowe prowokacje w niezbyt dobrym stylu to gatunek telewizyjno-tabloidowy. Ani też nie widzę powodu, żeby bronić takich wynurzeń – krępująco niemądrych, to say the least, dla każdego humanisty, który ma cokolwiek wspólnego ze współczesną mediosferą. Być może nie ma już jednej humanistyki? Kto wie? A może zawsze była domeną zróżnicowaną, niesforną, dialogującą i w sporze? I na tym polega jej – jak dla mnie – największa wartość, że uczy/uczyła słuchać i mówić, ale uczy też milczeć i pracować w ciszy biblioteki (cóż, także biblioteki elektronicznej). Jeśli humanistyka ma zostać sprowadzona do „poczytaj mi, mamo”, czyli usypiania społecznych niepokojów i lęków narkotycznym transem muzealnictwa, to mimo wszystko lepsze to, niż niesutanne popychanie ludzi do wyścigu szczurów i zagryzania się w walce. Bo do tego jesteśmy zachęcani – jako młodzi i niemłodzi naukowcy – na każdym kroku.

Oponentom życzę więc wielu sukcesów na arenie międzynarodowej (i mówię to bez przekąsu, choć nie mogę się oprzeć w tym miejscu złośliwemu podszeptowi z głębi niegodziwej duszy humanistki: oby nie było tak, jak onegdaj ze słynnym niebieskim laserem). Sama zamierzam oddalić się w stronę zaścianka i wznowić przerwane rozmowy ze studentami – są czasem znacznie ciekawsze. I może dlatego wciąż do nas przychodzą, liczniej niż na politechnikę, wbrew strachom, pohukiwaniom i histerii o bezrobociu wśrod humanistów? Bo po prostu chcemy z nimi rozmawiać?

Reklamy