Archiwa blogu

Nowa nauka? Z punktu widzenia enfant terrible (cz. 1)

Udział w Forum Nowej Nauki był bez wątpienia bardzo inspirującym doświadczeniem – za takie bowiem uznaję zdarzenia, które wywołują spory ruch myśli zarówno w trakcie trwania sesji, jak i w jakiś czas po jej zakończeniu. Przypadło mi w udziale uczestnictwo w panelu zatytułowanym „Nauka i marketing”, w korespondencji organizatorzy poprosili o odpowiedź na pytanie, w jaki sposób naukowiec może tworzyć swój wizerunek i do czego to może w ogóle służyć. Muszę przyznać, że było to spore wyzwanie, bo na codzień raczej nie myślę o podejmowanych działaniach w kategoriach „tworzenia wizerunku” (kojarzy mi się to raczej z podporządkowywaniem swoich działań image’owi). Po głębszym zastanowieniu doszlam jednak do wniosku, że – istotnie – uczestnicząc w wielu sieciach wymiany myśli i wielu obiegach informacji, tworzymy jednocześnie pewien wizerunek nie tyle siebie, ile raczej – za sprawą swojej biografii – wizerunek tego, czym jest nauka, kim jest naukowiec (naukowczyni) i co to znaczy uprawiać naukę. Z perspektywy dyskusji, które toczą się w środowisku ważna wydała mi się kwestia przekraczania granic; zwłaszcza zaś wykraczania poza academię. Nieprzypadkiem najciekawsze i najbardziej stymulujące intelektualnie wydarzenia ubiegłego roku, w jakich brałam udział, odbywały się poza murami uniwersytetu, na styku nauki, sztuki, aktywności społecznej i technologii (zaliczyłabym tutaj przede wszystkim część konferencyjną ubiegłorocznej Ars Electroniki w Linzu, tegoroczne transmediale w Berlinie, a przede wszystkim chyba lubelski MINDWARE: Technologie dialogu. To, co łączyło te trzy okazje, to fakt, że spotkały się tam bardzo różne środowiska, w tym także ludzie bardzo krytyczni w stosunku nauki i naukowców, skłonni do zadawania niewygodnych pytań np. o sposoby legitymizacji faktu naukowego, o możliwości uprawiania nauki zaangażowanej itp. Jednym słowem, przekraczanie granic rozumiałam na potrzeby tego wystąpienia bardzo szeroko: nie jest bowiem jakąś szczególną tajemnicą, że zdarza mi się funkcjonować między różnymi środowiskami rownież z tego powodu, że zajmuję się muzyką i twórczością w ramach sceny niezależnej (czymkolwiek ona dzisiaj jest). Przestrzenią, w której to przekraczanie granic najlepiej widać na codzień, jest sposób naszego funkcjonowania w sieci – profil na Facebooku czy konto na Twitterze stają się takimi „terminalami” naszych tożsamości: to tutaj nasi „znajomi” (pochodzący z bardzo różnych środowisk) widzą nasze wybory, komentarze i działania. To tutaj często przekracza się jeszcze jedną granicę: między badaniami a dydaktyką. IMHO naruszenie tej granicy wydaje się szczególnie symptomatyczne w kontekście zmiany paradygmatu polegającego na rosnącej roli form wspólnotowego i partycypacyjnego wytwarzania wiedzy (nie chcę tutaj oczywiście popadać w naiwność, o złudzeniach co do szczególnie twórczej roli uczestników kultury partycypacji pisano tu i ówdzie – faktem jest jednak, że wobec mnożenia się memów, trendów, nowych seriali itp. studenci często pełnią podczas zajęć rolę przewodników, krótko mówiąc przepływ działa w obie strony, bo nikt w pojedynkę nie jest w stanie zmapować oblicza dzisiejszej sieci). Drugą ważną tezą mojej prezentacji było to, że środowisko tak mocno zsieciowanych, błyskawicznych obiegów informacji, jest środowiskiem ryzykownym, gdyż należy pożegnać się ze złudzeniem, że będziemy w stanie nasz wizerunek kontrolować. Jest on nadzwyczaj podatny na przejęcia, zniekształcenia i przekłamania, to jest pewne konieczne ryzyko, które trzeba podjąć. Osobiście nie czuję się gotowa, żeby podjąć ryzyko publikacji artykułu w wersji „beta”, ale nie dlatego, że boję się krytyki, jak to dopowiedzieli sobie niektórzy (jeden z panelistów aż jęknął z dezaprobatą i do końca traktował mnie nieco protekcjonalnie, co jest zresztą świetnie znaną mi tradycją wymian na linii nauki ścisłe – humanistyka w Polsce). Póki co, nie publikuję artykułów w wersji beta dlatego, że nie jestem w stanie odpowiedzieć na oczywistą w takich warunkach poważną i wymagającą staranności dyskusję. Nie w tych warunkach, w jakich pracujemy; nie przy tych obciążeniach, nie przy specyfice pracy humanisty, która wymaga przemyślenia nie tylko argumentu, ale także formy, jaką ów przybiera itp. Uzasadniłam to zresztą w komentarzu, jakim zareagowałam na wspomnianą w linku w poprzendim zdaniu relację „Nauko, otwórz się” w serwisie „Nauka w Polsce” (NB: świetnie widać problem, o którym piszę, bo nadużywam bezpośrednio po sobie „dyskusji” pisząc w nieustannej presji czasu)

Szkoda, że Pani Rybicka z całej mojej prezentacji zapamiętała tylko dwa ostatnie zdania i to w dodatku zupełnie wyrwała je z kontekstu – mówiłam o tym, że środowisko mediów zsieciowanych jest trudną przestrzenią komunikacji i oznacza konieczność otwarcia się na ryzyko. W przypadku humanistów nie publikuje się po prostu „wyników badań”, a czasami dość złożone wywody, które muszą mieć jednak dopracowany charakter. Lęk jest związany więc nie tyle z obawą przed krytyką, ile z tym, że taka dyskusja będzie wymagała błyskawicznych reakcji i obszernej dyskusji, za którą trudno nadążyć. Gdybym obawiała się krytyki, nie zabierałabym głosu w tego typu konferencji. Rzeczy zamieszczone w sieci żyją swoim życiem i nie możemy ich kontrolować – kryją się w tym istotne szanse, ale w tej sytuacji trzeba rzeczywiście starannie dobierać narzędzia komunikacji: taki był generalny wniosek mojego wystąpienia.

To zresztą przypadek potwierdzający moją tezę, podobnie, jak wymiana zdań z , która miała miejsce jeszcze w czasie trwania sesji:

Dzięki szybkiej komunikacji na Twitterze udało się wyprostować przynajmniej jedno nieporozumienie. A jednak poczucie „not getting it” towarzyszyło  wielu uczestnikom tej debaty i może warto byłoby do tych dyskusji powrócić przy jakiejś sprzyjającej okazji? Nam, humanistom (mówię tutaj w pewnym sensie także za innych uczestników tego spotkania) trudno było zrozumieć zupełne lekceważenie dla nowych form komunikacji, które przekładają się nie tylko na zmianę praktyk kulturowych, ale na postrzeganie przedsięwziecia „nauka” w ogóle i nie chodzi tutaj tylko o prowadzenie badań za pomocą narzędzi społecznościowych; dla przedstawicieli „science” z kolei wystąpienie z Facebookiem i Twitterem w tle było najwyraźniej całkowicie trywialne. Sądzę, że tutaj kryje się największe nieporozumienie tej debaty – nauki nie wystarczy dzisiaj „popularyzować”, ani „promować”; nie chodzi tylko o innowacyjne projekty edukacyjne i zachęcanie uczniów, żeby chcieli być odkrywcami. To też się liczy i jest pewnie ważne. Nie zmienia to jednak niczego, jeśli chodzi o sposoby komunikowania naukowców ze swiatem „zewnętrznym” – a wydaje się, że jednym z naszych największych wyzwań obecnie jest załamanie tego wygodnego złudzenia, że „nauka” jest jakąś izolowaną wyspą i świątynią wiedzy. IMHO żeby przywrócić jakiś rodzaj spolecznego zaufania do faktów naukowych, warto może pomyśleć o zmianie całościowej koncepcji tej komunikacji – podeprę się tutaj artykułem Alice Bell oraz dyskusją, jaka mu towarzyszy i wrócę do tego wątku w kolejnym wpisie. Wątek będzie także dotyczył relacji między „nauką” a „rozrywką”. Powróce też jeszcze do owych nieszczęsnych wymian między „science” a „humanities” w Polsce, bo ten wątek już się tutaj pojawiał i chyba czas ku temu powoli dojrzewa.

P.S. A teraz się narażę: oczywiście, że naukowcy (mam na myśli „science”) mogą się mylić, to jest przecież część metody; wolałabym jednak, żeby robili to nieco taniej niż w przypadku LHC. Albo żeby potrafili to lepiej wytłumaczyć tym, którzy na pomyłki się zrzucają (bo mówimy o finansach publicznych).

P.S. 2 Podziękowania należą się CITTRU za stworzenie przestrzeni dla bardzo ciekawej debaty. Załuję, że nie mogłam uczestniczyć w całej konferencji, na szczęście są dokładniejsze relacje w portalu Historia i media oraz na stronie Radosława Bomby.

Reklamy