Archiwa blogu

dlaczego (i czy) humaniści nie blogują? cz. 2

Okazuje się, że to pytanie pojawiało się w blogosferze już wcześniej – odpowiedzi w postaci katalogu udziela np. dr Emil Kulczycki z Instytutu Filozofii UAM. Spośród zasobów, z których przy okazji różnych prac okołonaukowych korzystałam (np. poszukując istniejących tłumaczeń obojęzycznych tekstów klasyki historii kultury i socjologii), mogę też wskazać znakomitą stronę poświęconą klasycznej socjologii i socjologii religii, z zamieszczonym na niej „Archiwum Herberta Spencera” prowadzoną przez dra Kamila Kaczmarka (także UAM), który zresztą także bloguje, najczęściej solidnie recenzując (bardzo szlachetna twórczość, którą szczerze podziwiam, bo rzadko starcza mi na to czasu, mimo, że na moim biurku piętrzą się różne stosy książek). Wśród blogujących medioznawców kulturoznawczych jest także dr Anna Maj z Uniwersytetu  Sląskiego, współorganizatorka świetnych, cyklicznie organizowanych Dni Nowych Mediów w Katowicach i współwłaścicielka wydawnictwa exmachina (jej blog w dużej mierze służy dydaktyce).  Trafiają się nawet sieciowe wydawnictwa, jak na przykład redagowana we Wrocławiu Kultura – historia – globalizacja lub internetowa, wordpressowa wersja czasopisma Kultura Współczesna (która ma jednak odmienny ksztalt i odmienną formułę, bardziej blogową niż wersja drukowana), Mała Kultura Współczesna. Dużo czy mało? Nie wiem, wiem za to na pewno, że to dalece nie wszystko.

Reklamy

dlaczego (i czy) polscy humaniści nie blogują?

A jednak nie udało mi się zerwać z blogową hibernacją zimową, co jest o tyle paradoksalne, że dawno nie miałam tylu projektów naukowych i okołonaukowych na tapecie. W dodatku od zamknięcia projektu do jego ujawnienia w świecie zazwyczaj mija tyle czasu, że człowiek ogląda się za siebie i myśli sobie: co z tą krzątaniną? (By nie rzec wręcz, excusez le mot,  WTF? )W każdym razie to jest częsciowa odpowiedź na dyskusję zawartą pod ciekawym skądinąd blogiem, dlaczego polska humanistyka nie bloguje? Nie wiem, może jednak nie jest tak źle? Pokazuje to nie tylko wspomniany w dyskusji blog Izy Kowalczyk, ale i na przykład znakomite miejsce w sieci mojego kolegi z Instytutu, Michała Oleszczyka (nie dosyć, że alfa i omega kina światowego, oraz krytyki filmowej ,to jeszcze Blog Roku (ubiegłego) w kategorii Kultura). Wystartowała właśnie inna moja koleżanka z Instytutu, Joanna Walewska, z niezwykle interesującą propozycją związaną z zajęciami, które u nas prowadzi. Jest także blog Kultura 2.0, w który zaangażowanych jest kilka osób, niektóre z nich z tytułami naukowymi i pracujące na uczelni. Jest świetny blog doktorantki, Anety Rostkowskiej, „o sztuce i filozofii” (to może jest znaczące, że zazwyczaj historycy  i krytycy sztuki blogują intensywnie, co pokazuje także przykład Magdaleny Ujmy). Wszędzie tam jest mnóstwo odsyłaczy do innych miejsc, także tych rodzimych. (To przypomina mi, że muszę zaktualizować mój własny blogroll). Pozostaje mi tylko trzymać kciuki, by wystarczało autorom cierpliwości, przekonania i… czasu.

Zamiast więc, jak zwykle, skupiać się na tym, w czym od reszty świata odstajemy (cóż za powidok postkolonialnego myślenia!), może jednak dostrzec dla odmiany, co  się zmienia? (A zmienia się szybciej niż mogłoby się wydawać) Bo pewnie jest też  tych przykładów więcej, niż te pierwsze z brzegu, jakie przyszły mi do głowy… Abstrahując od żmudnego zbierania punktacji na świetlanej drodze ku (najlepiej szybkiej) habilitacji oraz obciążenia dydaktyczno-biurokratycznego, związanego z uczelnią/uczelniami oraz utrzymania się z tej prestiżowej, acz wszyscy-wiemy-jak-płatnej pracy, pozostaje jeszcze sprawa formuły blogowania. Zawsze dopada mnie dylemat: napisać dłuższy wpis czy poświęcić tę godzinę na kolejne kilka stron artykułu? I czy to ktoś w ogóle czyta? Zazwyczaj unikam użalania się nad losem polskiego naukowca, ale czytając podobne dyskusje, myślę, że to współzawodnictwo, w jakie wszyscy zdają się nas wpychać, nie do końca jest jednak fair. Oto mamy być gwiazdami dydaktyki (a u mnie ankiety oceny zajęć przez studentów nie są tylko dla zachowania pozorów, wręcz przeciwnie), gwiazdami myśli naukowej po polsku, gwiazdami myśli naukowej po angielsku, menadżerami nauki (w myśl nowej filozofii, która zacyzna  obowiązywać w polskiej nauce, „zarabiaj albo giń”), gwiazdami konferencji (najlepiej międzynarodowych) a bywa, że i gwiazdami showbiznesu. Give me a break. Uważam, że jako tako – choć ledwo, ledwo – wyrabiam się w tych konkurencjach, ale z roku na rok staje się to coraz trudniejsze. A później spotykam się na konferencjach z kolegami z mitycznej „zagranicy”, którzy mają do powiedzenia niewiele więcej ponad to, o co chodzi w aktualnie realizowanym przez nich projekcie konsorcyjnym (najlepiej iluś-ramowym), ale są zrelaksowani, bo mają po dwa kursy w semestrze i pensję na oko 3-krotnie większą od mojej. Jak już wspomniałam, staram się nie narzekać, ale nie dam się zwariować i nie zamierzam brać udziału w tym wyścigu szczurów. Nie boli mnie, że „polska humanistyka” nie bloguje, irytuje mnie raczej, że wciąż modne jest myślenie w kategoriach „słoń a sprawa polska”. I że ta krytyka taka miałka…

Polityka Web 2.0

StanislawKracik (@StanislawKracik) is now following your tweets (@nytuan) on Twitter” – taka wiadomość spłynęła dzisiaj do mojej skrzynki. Hmmm. Najpierw się trochę przestrzaszyłam i zaniepokoiłam wizją polityków śledzących moje twity na Twitterze – nie żebym miała coś do ukrycia, ale duża częśćz nich to ludzie, z ktorymi nie chciałabym mieć raczej wiele do czynienia. Rzuciłam jednak okiem na profil kandydata na prezydenta Krakowa i… doceniam dobre chęci, ale widzę, że ani kandydat, ani jego team nie wie na razie zbyt wiele na temat specyfiki mediów społecznosciowych (a Twittera w szczególności) – zapewne oprócz działającego na wyobraźnię casusu Baracka Obamy. Po czym to poznać? Otóż Twitter wbrew pozorom nie służy do ubogacenia świata swoją niewątpliwie atrakcyjną osobowością, ale do włączenia się w strumienie informacji przepływające z zawrotną, to fakt, szybkością w Twittosferze. Kandydat na razie informuje swoich „followersów”, których ma 111 (24.10.2010 o godzinie 22:21) o tym, co zrobił, co zrobi, jakie ma pomysły i co mu się wydaje. Niektórym nawet odpowiada. To już postęp w stosunku do tego, co prezentuje na Twitterze Grzegorz Napieralski, który (lub którego team) nie zdążył się jeszcze nauczyć skracania adresów linkow za pomocą odpowiednich narzędzi. Generalnie wpisy Napieralskiego potwierdzają narcyzm i wyalienowanie polskich polityków – z nikim (oprócz siebie) nie rozmawiają, tylko obwieszczają (taka wizja wyłania się z tego, co widać na Twitterowym profilu polityka). Dla porównania: Obama i Miedwiediew. Sądzę, że już na pierwszy rzut oka można się przekonać, który z profili jest bardziej nastawiony na dialog ze światem. Oczywiście to jak komunikujemy się na Twitterze zależy od tego, w akim celu to robimy – gazety obwieszczają nowości, moje ulubione BBC czasem posuwa się nawet do wrzucania kolejnych playlist, a jedne z moich ulubionych profili Twitterowych, British Film Institute, potrafi w 140 znakach zawrzeć maksimum wiadomości o przepływach informacji. Oddzielnym przypadkiem, który kiedyś opiszę (jak mówią znajomi, soonishly 🙂 był finał serii koncertow BBC Proms, gdzie Twitter był znakomicie włączony w całość wydarzenia, które było modelowym przykładem wieloplatformowego zarządzania zawartością. Wiem, że to brzmi okropnie, ale dobrze oddaje stan, w którym finał BBC Proms został „rozpisany” na RL (czyli real life w Albert Hall), radio BBC3 (tradycyjne i online) oraz telewizję BBC (tutaj nawet wyodrębnienie „tradycyjnej” i „online” traci powoli sens).

O ile Grzegorz Napieralski na razie nie poczynił od ostatniej kampanii zbyt wiekich postępów w posługiwaniu się Twitterem zgodnie z jego specyfiką (czyli przepływami informacji i włączaniem się w społeczność), to Stanisław Kracik rokuje. W końcu klinknęłam „follow”. Jeśli mnie znudzi, to go wyrzucę. Jak będzie – zobaczymy. W kraju,  w którym interdyscyplinarność jest wciąż rzeczą egzotyczną i groźną, a absolwentom ekonomii, zarządzania i informatyki wydaje się, że posiedli wszelką wiedzę na temat nowych mediów (a co gorsza, kultury rownież) pozostaję umiarkowaną pesymistką (na razie). To jednak kolejny temat do osobnego rozwinięcia.

update no. 1

Jak doskonale widać, przez ładnych kilka meisięcy nie udało mi się znaleźć nawet chwili, żeby tutaj zajrzeć, nie mowiąc już o zapisaniu czegoś sensownego. Skończyłam za to kilka tekstow, które ukażą się w książkach wydawanych w mikroskopijnych nakładach, czytanych przez nielicznych (zazwyczaj autorów zamieszczonych tam artykułów), czyli mówiąc krótko – w tomach pokonferencyjnych. Powiedzmy, że jest to ciepła autoironia.

Postanowiłam jednak eksperymentalnie wykorzystać blogosferę na potrzeby kursu z teorii telewizji, jaki prowadzę w semestrze letnim 2009/2010 w ISzA UJ i dlatego znakomita część mojej energii znajdzie ujście tutaj: http://tv-underdog.blogspot.com Idea polega na tym, że studenci w grupach prowadzą własne blogi poświęcone telewizji (tematyczne bądź eklektyczne, zależnie od ich własnych upodobań). Pierwsze efekty ich pracy napawają optymizmem, blogi są zlinkowane z moim underdogiem.

porządki

Trzymiesięczna przerwa to w przypadku bloga wcale nie tak długo 🙂  Wreszcie znalazłam jednak czas, żeby zaprowadzić nieco porządków i uzupełnić zasoby, których nazbierało się w ciągu tych trzech miesięcy prowadzenia zajęć, pisania i wyjazdów konferencyjnych. Po pierwsze: linki. Uprościłam strukturę, która teraz jest kombinacją moich aktualnych zainteresowań badawczych oraz zasobów, które mogą przydać się studentom. Zniknęła kategoria „Alternatywne praktyki mediów nowej generacji”, która miała ułatwić zadanie słuchaczom mojego wykładu monograficznego (semestr zimowy 2008/2009), linki zostały przyporządkowane do innych kategorii. Pojawiły się w związku z tym także nowe kategorie: media taktyczne, folksonomia & Web 2.0 i sztuka nowych mediów. Kategoria „czasopisma” to obecnie „blogi, czasopisma, zasoby”, co odzwierciedla różnorodnosć źródeł i sposobów uprawiania wiedzy oraz szeregu wymian i transferów w tym zakresie. Zniknęły strony z opisem kursów, same opisy pojawią się jako wpisy na stronie głównej, przypisane do odpowiednich kategorii i / lub otagowane. Z czego widać wyraźne, że Internet nowej generacji polega na kategoryzowaniu, tagowaniu, tworzeniu połączeń i wymaga wrażliwości przestrzennej. I jest jeszcze Twitter: zachęcam do kontaktu za pomocą tego nowego, dość niezwykłego z racji kompletnej prostoty i jednocześnie dużej elastyczności tego nowego narzędzia, które jest oczywiście czymś znacznie bardziej wyrafinowanym, niż to opisują media (vide  niedawna „rewolucja twitterowa” w Kiszyniowie). Aktualnie do śledzenia Twittera korzystam z interfejsu TweetDecka.