Zaległości publikacyjne, cz. 1

Uzupełniłam bibliotekę plików w zakładce „Publikacje” (oczywiście linkuję na Academia.edu, ale pliki zamieszczam jednak u siebie, zgodnie z maksymą, że „Chmura nie istnieje, to tylko komputer kogoś innego” :-). Wszystko to publikacje, które ukazywały się na przestrzeni ostatnich miesięcy. Rozpoczynam od rozdziału w książce o Stelarku – niezwykle się cieszę, że moglam w tym projekcie uczestniczyć i jestem wdzięczna redaktorowi, Ryszardowi Kluszczyńskiemu, za zaproszenie do pisania. Pracowałam nad tym tekstem dokładnie rok temu, dosłownie w pocie czoła, bo jak zwykle w czasie krakowskiej fali upałów – czasem odpowiadając na pytania korekty na schodach sklepiku koło stacji kolejowej w Gållivare za kręgiem polarnym, łapiąc nerwowo ostatni sygnał WiFi przed dwutygodniowym trekkingem w tundrze. Krótko mówiąc, każdy tekst wywołuje całą paletę wspomnień.

Tutaj plik mojego rozdziału:

Stelarc i jego doświadczeniowe machinarium / Stelarc and His Experiential Machinarium [w:] red. R. W. Kluszczyński, STELARC: Mięso metal i kod / rozchwiane chimery – STELARC: Meat, metal & Code / Contestable Chimeras, Centrum Sztuki Współczesnej Laźnia, Gdańsk 2014, s. 174-206

Tutaj można nabyć książkę.

Mam nadzieję, że sięgniecie po całą książkę (właściwie katalog wystawy), jest tego warta, spis treści wygląda imponująco – podobnie jak warstwa ilustracyjna.

Stelarc_spis copy

Uniwersytet: strefa martwej wyobraźni

Wygląda na to, że wątek korpouni rozrasta się niepomiernie (czy kogoś to dziwi?). Chociaż przytoczony przez Marka Carrigana we wpisie, który reblogguję, fragment z książki Davida Graebera dotyczy nauk społecznych, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że równie dobrze opisuje całość academii, w tym również bliskie nam zakątki. Coraz częściej „strefy martwej wyobraźni” wydają mi się dosyć oczywistym opisem sytuacji – wszystko zaczyna być w academii bardzo regulowane i… martwe: nowe budynki, ujednolicone godziny zajęć dla calego wydziału, czysto statystyczne i -metryczne zasady oceny dorobku naukowego (a więc potencjału intelektualnego) pracowników, doktorantów i studentów, konieczność planowania z rocznym wyprzedzeniem, nawet uczelniane bufety z daniami z mikrofali i uczelniane tablice ogłoszeń, na których widnieją przewidywalne plakaty o przewidywalnych ewentach. Wspominałam o tym pisząc co nieco o skromnej próbie prowadzenia kursu w formie projektu. Im więcej bicia piany o „innowacyjności”, tym więcej martwoty i tym mniej przestrzeni na niekonwencjonalne myślenie, wykraczające poza szablony (tworzone najczęściej w Excelu i rozpowszechniane w postaci kiepskiego makro w Wordzie).

Proszę więc o wybaczenie osobistego tonu i osobistego wątku – ponieważ nadarzyła się możliwość, postanowiłam wdrożyć jakiś rodzaj strefy autonomicznej zupełnie gdzie indziej. Mam nadzieję, że będzie to zdecydowanie miejsce dla żywej wyobraźni i kształtowania żywych form wymiany wiedzy, doświadczeń i dyskusji. Krótko mówiąc, zakładam własny ośrodek w oczekiwaniu na czasy, kiedy uciekinierzy z murów martwej akademii będą szukać miejsc, gdzie można naprawdę pracować 🙂

Proszę w dodatku o wsparcie (najważniejsze jest finansowe, ale nie tylko ono się liczy) – działa już projekt Biotop Lechnica na PolakPotrafi.pl. Pierwsze dni dają dużo optymizmu i sporą nadzieję, mimo świątecznej przerwy. Można też przeczytać tam znacznie więcej o samej idei miejsca – jego przeznaczeniem jest być otwartym, nie wykluczam więc, że będą tam odbywały się alternatywne spotkania o charakterze akademickim 🙂 Jest to jednocześnie oferta i propozycja dla tych z Was, którzy o takich zdarzeniach myślą i szukają na nie miejsca. Póki co jednak, mamy tutaj zaledwie słabej jakości połączenie z siecią 🙂

Nie, żebym porzucała academię (a przynajmniej nie teraz), bezpowrotnie porzuciła mnie raczej nadzieja, żę w tych ramach da się realnie stworzyć miejsce dla żywej wyobraźni i myślenia wykraczającego poza schemat. Jeśli się mylę, to dobrze; jeśli się nie mylę, nadzieje są gdzie indziej.

Dostarczyciele kontentu czy wspólnota akademików?

60290341Jak (ostatnio) nieco ponad 19 milionów akademików, mam swój profil na Academia.edu – założony w 2008 roku. Zdążyłam więc w tym czasie doświadczyć kilku zmian. Najbardziej znaczącą z perspektywy czasu wydaje mi się wprowadzenie „sesji”, czyli moderowanych dyskusji wokół prezentowanej na Acdemia.edu zawartości. Muszę przyznać, że początkowo ogarnął mnie entuzjazm – rodzaj Facebooka dla akademików w 2008 – 2009 roku jawił się dosyć obiecująco (zwłaszcza, że szybko pojawiła się opcja logowania przez Facebooka i możliwość podpięcia Academia.edu do rozlicznych aplikacji i serwisów w uniwersum FB). Sceptycym ogarnął mnie jednak nie tylko za sprawą kierunku, w jakim zmierza Facebook oraz dyskusji, jaka toczyła się na liście AoiR jakiś czas temu (niestety, nie mam do niej dostępu, bo chwilowo archiwa listy są niedostępne). Jej leitmotivem była myśl o udostępnianiu swojej pracy wprawdzie w na poły otwartej formie (żeby korzystać z Academia.edu trzeba mieć tam profil lub logować się przez Facebooka), ale w systemie, nad którym nie mamy zbyt wielkiej kontroli.

Mocniejsza fala sceptycyzmu ogarnęła mnie po doświadczeniach z serwisem Scribd. Przypadku modelowym, jak się wydaje, dla pewnych procesów związanych z mediami „społecznościowymi” (wspominałam o tym już tutaj). Otóż Scribd powstał właśnie około 2007 roku – wg Wikipedii narodził się z dyskusji dotyczącej trudności z publikacją artykułów naukowych. Ciekawostką jest jednak to, że hasło w Wikipedii nie wspomina ani słowem o kluczowym dla serwisu wydarzeniu: mianowicie między 2011 a 2013 rokiem Scribd zmienił charakter. Z serwisu udostępniania dokumentów zamienił się w serwis subskrypcyjny, w modelu abonamentowym (za 8,99$ można czytać dowolną liczbę tekstów). To także zresztą charakterystyczne – opisy firm na Wikipedii mają charakter nie tyle informacji, ile reklamy (ślad dyskusji na ten temat można znaleźć w historii edycji hasła, w zakładce „Talk”). Choć trzeba przyznać, że forpoczta tej zmiany mogla pojawić się wcześniej, w 2009 roku, pod postacią gestu premiującego autorów zamieszczających swoje utwory i chcących za nie otrzymywać wynagrodzenie. Na czym polega mój problem ze Scribdem? Wcale nie na tym, że nagle zażądano płatności (rzeczywiście niezbyt wygórowanej) za coś, co wcześniej miało charakter darmowy. I nawet nie na tym, że kiedy chciałam ściągnąć swój własny tekst, to musiałam zapłacić za opcję „Premium” (bo gdzieś zapodziała się ostateczna wersja). Choć właściwie, jeśli się zastanowić – to ostatnie zdarzenie uzmysłowiło mi, że mam do czyneinai z pewną tendencją a Scribd stał się tylko jej wyrazistym symptomem. Firma po prostu skapitalizowała naszą dobrowolną aktywność – prezentując się początkowo jako serwis „wymiany” a nie „subskrypcji”, zachęcała użytkowników do „współdzielenia” i zwykłej aktywności w rodzaju „lubienia”, „zaznaczania”, embeddingu itp. Kiedy w 2008 roku Scribd uzyskał status serwisu należącego do czołówki platform społecznościowych (wg jednego z rankingów przytoczonego w haśle Wikipedii), było oczywiste, że zdołał tym samym przyciągnąć odpowiednią liczbę użytkowników (co nie jest, biorąc pod uwagę spektakularną klęskę Google+, takie gwarantowane). Rok później podpisano umowy z czołowymi wydawnictwami i stopniowo zaczęto zmierzać w stronę serwisu subskrypcyjnego. Nie bez znaczenia jest zapewne fakt, że po drodze pozyskano znaczny kapitał z Redpoint Ventures – to jednak temat na zupełnie inny, choć też znaczący artykuł (nic bowiem w kapitalizmie informacyjnym nie jest „rynkowe” w uproszczonej wersji, w ktorej „rynek” opiera się po prostu na sprzedaży produktów).

Jeśli piszę, że to symptom szerszego procesu, to głównie dlatego, że nie brakuje podobnych przykładów. Jedną z takich historii – angażowania i wykorzystywania aktywności odbiorców po to tylko, by ostatecznie potraktować ich jak zbędny balast – mogłabym opisać przywołując to, co Google zrobił z serwisem Panoramio. Niewielka firma oferowała od 2005 roku serwis z geolokalizowalnymi zdjęciami, który w 2007 przejął Google i włączył w swoje serwisy mapowe.  W wrześniu 2014 Evan Rapoport, menadżer tworzonego przez Google własnego serwisu Views, oficjalnie oznajmił na forum Panoramio, że oba serwisy zostaną połączone, a dokładniej, że „zawartosć Panoramio migruje na Google”. Oznaczało to jednak przejęcie tylko zawartości, a pominięcie rozbudowanego forum oraz pozostałych narzędzi społecznościowych, jakie w trakcie użytkowania zostały przez społeczność wypracowane. Decyzja spotkala się oczywiście z żywiołowym protestem „Panoramian” i proces negocjacyjny się rozpoczął (choć przypomina raczej potyczkę mrówki ze słoniem). Ta perspektywa obrazuje nie tyle nawet instrumentalne podejście korporacji do wspólnot kształtujących się wokół zawartości, ile raczej głębokie niezrozumienie tworzenia, roli i znaczenia wspólnoty (powtórzę: nie jest to zaskoczenie – fakt, że w Google nie rozumieją społeczności, najlepiej pokazują losy Google+). [mówiłam o tym w Bergen w grudniu 2014, aktualnie piszę tekst]

Dlatego trudno mi całkowicie cieszyć się z platformy Academia.edu, nawet jeśli oferuje teraz rzeczywiście ciekawe narzędzie umożliwiające dyskusję nad zamieszczonymi tam tekstami. I nawet, jeśli te dyskusje są bardzo inspirujące. Oznacza to bowiem przesunięcie dyskusji, które – owszem, przedtem trudniejsze do poprowadzenia, bardziej rozproszone, mniej stabilne i mniej być może dostępne – w orbitę przestrzeni korporacyjnej. Dyskusje, które przedtem mogły (?) toczyć się choćby między blogami, teraz będą się toczyć na platformie sygnowanej Academia.edu, co do której celów i strategii rozwoju nie wiemy nic – jest to bowiem kolejne przedsięwzięcie oparte o venture capital (z funduszami pozyskanymi m.in. ze Spark Capital), a zatem prędzej czy później osiągany zysk stanie się sprawą wagi zasadniczej.

I choć osiąganie zysku – zwłaszcza w sposób zrównoważony, oparty na ciekawych pomysłach i na zasadach „fair” – jest godne szacunku, to jednak nie do końca ufam (na razie) Academia.edu. Czas pokaże, czy zostaliśmy rzeczywiscie zaprojektowani jako wspólnota akademików czy też raczej jako dostarczyciele zawartości (i danych). Czy to jest rzeczywiście przejaw otwartego dostępu i otwartej nauki, jak głosi hasło w Wikipedii? (I nie tylko ja mam takie wątpliwości, sądząc po dyskusji edytorskiej). Chyba zbyt mało wiemy o tym modelu biznesowym, żeby podejść do tego bezkrytycznie. Skądinąd krzepiące, że założyciel Academia.edu, Richard Price, jest humanistą (pracuje nad doktoratem z filozofii) – moje wątpliwości dotyczą zresztą nie tyle domniemanych intencji twórcow obu serwisów (czyli Scribda i Academia.edu), ile uwarunkowań kapitalizmu informacyjnego, które stanowią podłoże dla funkcjonowania podobnych serwisów.

Co do tego, że potrzebujemy nieco innych przestrzeni konwersacyjnych niż Facebook i Twitter, raczej nie ma wątplwości – najświeższą taką próbą jest propozycja czasopisma e-flux: platforma nazwana Conversation, która proponuje miejsce dla pogłębionych wymian zdań.

Pisząc to wszystko oczywiście jestem świadoma, że posługuję się WordPressem i że zapewne to wszystko tak czy owak wyląduje na Facebooku, gdzie najczęściej toczą się dyskusje. Nie jest to, wbrew pozorom, głos o zupełną autonomię od sieciowych seriwsów (co nie jest raczej możliwe), raczej zdanie relacji z kilku wątpliwości. Tak czy owak, mam nadzieję, że – mimo mojego sceptycyzmu – zaproszenia do sesji Academia.edu nie przestaną napływać 🙂

Jeszcze o USOSie (i nie tylko) – uniwersytet jako code/space

punkt_log copyPoprzedni wpis zakończyłam P.S., który zaczął się na tyle rozrastać, że dostarczył materiału na kontynuację. Niniejszym przenoszę więc P.S.:

P.S. W wyniku małej dyskusji pod niniejszym wpisem (za którą bardzo dziękuję!) oraz szybkiej akcji na FB (dziękuję!) dowiedziałam, się, że USOS był (jest?) przedmiotem zainteresowania Krzysztofa Abriszewskiego. Opublikował poświęcony mu tekst Jak nowe media tworzą nowe środowisko. Przypadek USOSa w książce Nowe media w systemie komunikowania: edukacja i cyfryzacja, red. Marek Jeziński, Toruń: Wydawnictwo Adam Marszałek, 2011, s. 76-94. Tekst jest dostępny w repozytorium UMK, tutaj.

Abriszewski bardzo interesująco analizuje moment wprowadzenia USOSa – patrząc na datę publikacji domyślam się jednak, że była to faza pionierska (zważywszy, ile czasu mija od napisania tekstu do jego publikacji w formie książkowej lub czasopiśmienniczej). Tekst jednak się nie zdezaktualizował przynajmniej z paru powodów. Jednym z nich jest demonstracja, jak złożonym procesem jest w gruncie rzeczy „wdrażanie” rozwiązań o charakterze pozornie czysto technicznym. W tym sensie mój poprzedni wpis cechuje się oczywiście nieuniknionymi uproszczeniami – dotyczy jednak nieco innego aspektu sprawy. Jak już wspomniałam, mała dyskusja pod poprzednim postem oraz na FB (za które bardzo dziękuję Andrzejowi W. Nowakowi, Karolowi Krzyżosiakowi i Janowi Argasińskiemu) przyniosła kilka innych tropów i mam nadzieję, że temat doczeka się rozwinięcia – może ktoś skorzysta z inspiracji, bo moja kolejka pisarska jest na razie za długa 🙂 W tekście Abriszewskiego najbardziej zainteresowały mnie kwestie związane z niestabilnością technologii, w tym również informatycznych (tzn. zazwyczaj postrzegamy je jako gotowy produkt, który nie ma swojej historii, zwłaszcza zaś historii negocjacji z użytkownikami. Jest to także oczywiście pochodna pewnego typu projektowania (to znacznie większy temat) – artykuł pokazuje zresztą, jak ciekawe rzeczy można dostrzec traktując technologię jako „wiązkę procesów”. W przypadku oprogramowania takiego, jak USOS, mówimy o groupware, czyli oprogramowaniu do pracy grupowej. Abriszewski przywołuje nienowy już dzisiaj artykuł Martina Lea oraz Richarda Giordano dotyczący groupware’ów (kiedyś, w zamierzchłych czasach początku pierwszej dekady XXI wieku nieustanie czytało się o innowacyjnych rozwiązań, które w efekcie miały dać właśnie wirtualne grupowe środowiska pracy – tak, jak dzisiaj czyta się o internecie rzeczy). Dzisiaj groupware’y stały się jednak naszym chlebem powszednim (bo nie tylko USOS, ale w przypadku mojego uniwersytetu oparta na Moodle e-learningowa platforma Pegaz oraz system CMSu, w którym tworzone są strony internetowe). Zresztą, nic tak wyraźnie nie pokazuje wiatru zmian w tym zakresie, jak fakt, że wszystkie rozwiązania e-learningowe oraz samo hasło e-learning (tak „gorące” jeszcze kilka lat temu) dzisiaj stały się ywposażeniem lamusa. Nawet MOOC straciły jakby swoją moc, choć moduły interaktywne to może być pewne zagrożenie (ech, tematy, którymi warto się zająć, leżą na ulicy; aż się nie chce wierzyć, że wszyscy w kółko chcą tylko krytykować Facebooka).

Słowem, nie tylko USOS domaga się pogłębionej refleksji, ale cały szereg systemów informatycznych, na których opiera się dzisiaj academia – i upieram się przy tym, że jakkolwiek strefa negocjacji istnieje, to jednak coraz mniej jest to wspomaganie, a coraz bardziej uniwersytet zamienia się w formę code/space, o której pisali Kitchin i Dodge wspomniani przez mnie w poprzednim wpisie. To zaś oznacza, że przestrzeń i kod wzajemnie się konstytuują, ale funkcjonowanie przestrzeni w dużej mierze zależy od kodu (stopień tej zależności może być zróżnicowany; wszyscy jednak zgodzimy się, że większość polskich uniwersytetów bez USOSa nie jest w stanie wypełniać najistotniejszych funkcji) – co nie oznacza jednak, że powstający amalgamat nie jest podatny na nieciągłości, negocjacje i pękniecia. Nie jest to więc determinizm (i, na marginesie, odruchowe przywoływanie w tym kontekście McLuhana domagałoby się na tyle pogłębionego uzasadnienia, że traci na sensowności). Jak piszą Kitchin i Dodge:

” (…) code/space [proponuję kod/przestrzeń zupełnie roboczo] jest ciągle w stanie wyłaniania się, wytwarzany w indywidualnych aktach performatywnych oraz interakcjach społecznych, które są mediowane (świadomie lub nieświadomie) w relacji do wzajemnego konstytuowania się kodu/przestrzeni. W tym sensie, kod/przestrzenie mogą być rozumiane i konceptualizowane jako relacyjne i emergentne obszary, w ktorych oprogramowanie dostarcza ramy dla tego, co się odsłania, ale go nie determinuje.” (s. 74)

I dlatego właśnie interesuje mnie kwestia historii, i to ona domagałaby się poważniejszego opisu. O USOSie wiadomo, że powstał w 2000 roku (!) na Uniwersytecie WArszawskim i że od tamtej pory rozwija się w ramach konsorcjum. Dokumentacja jest oczywiście dostępna. Prawdziwa kopalnia wiedzy kryje się jednak w dokumentacji wdrożeniowej, co wymagałoby pogłębionej, uważnej lektury, do której warto byłoby dodać badania o charakterze etnograficznym z wdrożenia USOSa na poszczególnych uczelniach. Co być może dałoby odpowiedź na pytanie, jak przebiegają procesy negocjacji, gdzie zachodzą nieciągłości, w jakim stopniu system jest otwarty na emergencję i czy istotnie jest tak sztywny, jak się wydaje, czy też jest to tylko taktyka poszczególnych pionów i poziomów administracyjnych.

Przepis na ciekawy artykuł (a może książkę?) gotowy, uprzejmie proszę choćby o podziękowania za inspirację w przypadku realizacji 🙂

W tym wszystkim, co często czytamy o kryzysie akademii ten obszar – kwestia przemiany uniwersytetu w kod/przestrzeń jest zupełnie nieobecna, choć groupware’y ramują nasze codzienne doświadczenie w stopniu znacznie większym, niż nam się wydaje.

Poza cyfrową humanistykę, albo zautomatyzowane zarządzanie w korpouni

usos copyPiątkowe biuletyny z zarządzeniami administracji trafiające do skrzynek mailowych pracowników nie są zazwyczaj „gorącą” lekturą – podejrzewam, że większość z nas kasuje je bez namysłu (a to błąd; bardzo często sprytnie ukryte w ogłoszeniach zamieszczonych na BIPie są rzeczy Bardzo Ważne i Fundamentalne). Przyznaję, czasem zadaję sobie trud otwarcia kilku plików pdf, w których – jak podejrzewam – mogą być ukryte miny, na których mój reżim czasowy wywraca się później do góry nogami. Tym razem to nie mina, tym razem oficjalnie weszliśmy w epokę zautomatyzowanego zarządzania. W jednym z „pism okólnych” czytamy: „Ze względu na zautomatyzowanie przebiegu procesu planowania i rozliczania zajęć dydaktycznych przy wsparciu systemów USOS oraz SAP, zobowiązuje się wszystkie jednostki do terminowego i poprawnego wprowadzania danych do USOS, a w szczególności (…)” Tu oczywiście następuje wyliczenie owych szczególności. I, zaiste, zautomatyzowany ten przebieg jest w pełni, ech. To jedna z cech korpouni, którą określiłabym jako zasadniczą – skrajny brak elastyczności. W przypadku „zarządzania przebiegiem” polega to choćby na tym, że nie mam uprawnień administracyjnych pozwalających mi na przykład na dodawanie studentów do grupy. Wszystko – wbrew pozorom – w USOSie jest bowiem skrajnie scentralizowane, włącznie z funkcjonalnościami na poziomie globalnym (co staje się upiorne dla wszystkich, którzy próbowali kiedykolwiek modułowego programu studiów). Nie nad USOSem jednak chciałabym się rozwodzić, który jest jedną z większych porażek informatycznych, z jakimi miałam w życiu do czynienia (przynajmniej w zakresie projektowania user experience :-).

Chodzi – jak zwykle – o kwestię ogólniejszej natury. W książce Code/Space. Software and Everyday Life Roba Kitchina i i Martina Dodge’a znalazłam fragmenty, które doskonale opisują rzeczywistość uniwersytetu zmierzającego w stronę korpouni, opartego przezde wszystkim na automatyzacji zarządzania. Przytoczę dłuższe fragmenty z książki, która jest zresztą świetnym wprowadzeniem do tego, jak oprogramowania przenika i organizuje nasze życie codzienne (często na poziomie, który znika z pola widzenia i z naszej świadomości, bo jest tak błahy, banalny i zwyczajny, że natychmiast się doń przyzwyczajamy). Otóż otwierając zdaniem mówiącym o tym, że „oprogramowanie jest kluczowym aktorem w tworzeniu społeczeństwa kontroli”, Kitchin i Dodge kontynuują, powołując się na artykuł Philipa E. Agre „Surveillance and capture: two models of privacy” (z – bagatela! – 1994 roku):

„(…) mechanizmy, za pomocą których dane są produkowane

[Kitchin i Dodge konsekwentnie posługują się terminem capta w miejsce data – co Kitchin uzasadnia w swojej książce z ubiegłego roku, The Data Revolution. Big Data, Open Data, Data Infrastructures and Their Consequences, lekturze równie ważnej dla cyfrowych humanistow, jak Code/Space],

w coraz większym stopniu stają się integralną częścią systemu, który mają monitorować i regulować – te mechanizmy zaś w efekcie redefiniują i rekonfigurują ów system, często w czasie realnym.” (s. 86).

Przykłady przytaczane przez autorów dotyczą raczej zupełnie innej domeny: tak jest na przykład w przypadku skanowania produktów przez pracowniczki kas w hipermarkecie (to wciąż sfeminizowana, nisko opłacana praca z gatunku tych najbardziej „śmieciowych” i podatnych na wyzysk). To coś więcej niż tylko akt sprzedaży – z danych można odczytać częstotliwość i przebiegi czasowych poszczególnych operacji każdej pracownicy. System służy oczywiście do zautomatyzowanej sprzedaży, ale jednocześnie pozwala monitorować pracowników i ustalać ramy ich „efektywności”. Kitchin i Dodge podsumowują:

„Innymi słowy, zamiast monitorować pracownika za pomocą zewnętrznego systemu nadzoru, który wzmacnia samodyscyplinę, sprawdza się pracownika stosując proces całkowicie zinternalizowany, który w aktywny sposób kształtuje jego efektywność.”(s. 87).

Wszystkie procedury, które mamy do wykonania w USOSie (ocenianie, wypełnianie protokołów, ich zatwierdzanie, drukowanie i dostarczanie) można opisać za pomocą „gramatyki działania” (określenie Philipe’a Agre), czyli

„sformalizowanego zestawu zasad, które zapewniają, że poszczególne zadania są wypełniane w określony sposób, biorąc pod uwagę pewne kryteria i dane na wejściu.” (s. 87).

Zatrzymam się, póki co, w tym miejscu (pozostawiając na boku bardzo interesujące terminy „cyfrowego cienia” i „cyfrowego śladu” – u Kitchina i Dodge’a odpowiednio „capta shadow” i „capta trail” (s. 90). Czy wiemy, co się z nimi w związku z naszymi operacjami w USOSie dzieje? Nie. Nie w dobie masywnego handlu danymi na wielu różnych poziomach – i to może być niepokojące.

Być moze jest więc tak, że biurokratyzacja, na którą wszyscy narzekamy i która, jak czujemy podskórnie, jest absolutnie przytłaczająca – jest pochodną właśnie owych „gramatyk działania”, bez których oparty na oprogramowaniu, zarządzany automatycznie uniwersytet już nie moze się obejść. „Oparty”, nie zaś zaledwie „wspomagany”, jak łudzi nazwa „Zintegrowanego Informatycznego Systemu Wspomagania Zarządzania Uczelnią”. (Tak, tak się to nazywa).

Bo tego uczy kulturoznawcze myślenie o mediach – nie są „tylko” narzędziami, nie są przezroczytse ani niewinne (i w tym kontekscie historia korporacyjnego SAPa jawi się szczególnie interesująco). Cyfrowa humanistyka? Zaczyna się od refleksyjnego logowania do USOSa.