Uniwersytet: strefa martwej wyobraźni

Wygląda na to, że wątek korpouni rozrasta się niepomiernie (czy kogoś to dziwi?). Chociaż przytoczony przez Marka Carrigana we wpisie, który reblogguję, fragment z książki Davida Graebera dotyczy nauk społecznych, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że równie dobrze opisuje całość academii, w tym również bliskie nam zakątki. Coraz częściej „strefy martwej wyobraźni” wydają mi się dosyć oczywistym opisem sytuacji – wszystko zaczyna być w academii bardzo regulowane i… martwe: nowe budynki, ujednolicone godziny zajęć dla calego wydziału, czysto statystyczne i -metryczne zasady oceny dorobku naukowego (a więc potencjału intelektualnego) pracowników, doktorantów i studentów, konieczność planowania z rocznym wyprzedzeniem, nawet uczelniane bufety z daniami z mikrofali i uczelniane tablice ogłoszeń, na których widnieją przewidywalne plakaty o przewidywalnych ewentach. Wspominałam o tym pisząc co nieco o skromnej próbie prowadzenia kursu w formie projektu. Im więcej bicia piany o „innowacyjności”, tym więcej martwoty i tym mniej przestrzeni na niekonwencjonalne myślenie, wykraczające poza szablony (tworzone najczęściej w Excelu i rozpowszechniane w postaci kiepskiego makro w Wordzie).

Proszę więc o wybaczenie osobistego tonu i osobistego wątku – ponieważ nadarzyła się możliwość, postanowiłam wdrożyć jakiś rodzaj strefy autonomicznej zupełnie gdzie indziej. Mam nadzieję, że będzie to zdecydowanie miejsce dla żywej wyobraźni i kształtowania żywych form wymiany wiedzy, doświadczeń i dyskusji. Krótko mówiąc, zakładam własny ośrodek w oczekiwaniu na czasy, kiedy uciekinierzy z murów martwej akademii będą szukać miejsc, gdzie można naprawdę pracować 🙂

Proszę w dodatku o wsparcie (najważniejsze jest finansowe, ale nie tylko ono się liczy) – działa już projekt Biotop Lechnica na PolakPotrafi.pl. Pierwsze dni dają dużo optymizmu i sporą nadzieję, mimo świątecznej przerwy. Można też przeczytać tam znacznie więcej o samej idei miejsca – jego przeznaczeniem jest być otwartym, nie wykluczam więc, że będą tam odbywały się alternatywne spotkania o charakterze akademickim 🙂 Jest to jednocześnie oferta i propozycja dla tych z Was, którzy o takich zdarzeniach myślą i szukają na nie miejsca. Póki co jednak, mamy tutaj zaledwie słabej jakości połączenie z siecią 🙂

Nie, żebym porzucała academię (a przynajmniej nie teraz), bezpowrotnie porzuciła mnie raczej nadzieja, żę w tych ramach da się realnie stworzyć miejsce dla żywej wyobraźni i myślenia wykraczającego poza schemat. Jeśli się mylę, to dobrze; jeśli się nie mylę, nadzieje są gdzie indziej.

Reklamy

Dostarczyciele kontentu czy wspólnota akademików?

60290341Jak (ostatnio) nieco ponad 19 milionów akademików, mam swój profil na Academia.edu – założony w 2008 roku. Zdążyłam więc w tym czasie doświadczyć kilku zmian. Najbardziej znaczącą z perspektywy czasu wydaje mi się wprowadzenie „sesji”, czyli moderowanych dyskusji wokół prezentowanej na Acdemia.edu zawartości. Muszę przyznać, że początkowo ogarnął mnie entuzjazm – rodzaj Facebooka dla akademików w 2008 – 2009 roku jawił się dosyć obiecująco (zwłaszcza, że szybko pojawiła się opcja logowania przez Facebooka i możliwość podpięcia Academia.edu do rozlicznych aplikacji i serwisów w uniwersum FB). Sceptycym ogarnął mnie jednak nie tylko za sprawą kierunku, w jakim zmierza Facebook oraz dyskusji, jaka toczyła się na liście AoiR jakiś czas temu (niestety, nie mam do niej dostępu, bo chwilowo archiwa listy są niedostępne). Jej leitmotivem była myśl o udostępnianiu swojej pracy wprawdzie w na poły otwartej formie (żeby korzystać z Academia.edu trzeba mieć tam profil lub logować się przez Facebooka), ale w systemie, nad którym nie mamy zbyt wielkiej kontroli.

Mocniejsza fala sceptycyzmu ogarnęła mnie po doświadczeniach z serwisem Scribd. Przypadku modelowym, jak się wydaje, dla pewnych procesów związanych z mediami „społecznościowymi” (wspominałam o tym już tutaj). Otóż Scribd powstał właśnie około 2007 roku – wg Wikipedii narodził się z dyskusji dotyczącej trudności z publikacją artykułów naukowych. Ciekawostką jest jednak to, że hasło w Wikipedii nie wspomina ani słowem o kluczowym dla serwisu wydarzeniu: mianowicie między 2011 a 2013 rokiem Scribd zmienił charakter. Z serwisu udostępniania dokumentów zamienił się w serwis subskrypcyjny, w modelu abonamentowym (za 8,99$ można czytać dowolną liczbę tekstów). To także zresztą charakterystyczne – opisy firm na Wikipedii mają charakter nie tyle informacji, ile reklamy (ślad dyskusji na ten temat można znaleźć w historii edycji hasła, w zakładce „Talk”). Choć trzeba przyznać, że forpoczta tej zmiany mogla pojawić się wcześniej, w 2009 roku, pod postacią gestu premiującego autorów zamieszczających swoje utwory i chcących za nie otrzymywać wynagrodzenie. Na czym polega mój problem ze Scribdem? Wcale nie na tym, że nagle zażądano płatności (rzeczywiście niezbyt wygórowanej) za coś, co wcześniej miało charakter darmowy. I nawet nie na tym, że kiedy chciałam ściągnąć swój własny tekst, to musiałam zapłacić za opcję „Premium” (bo gdzieś zapodziała się ostateczna wersja). Choć właściwie, jeśli się zastanowić – to ostatnie zdarzenie uzmysłowiło mi, że mam do czyneinai z pewną tendencją a Scribd stał się tylko jej wyrazistym symptomem. Firma po prostu skapitalizowała naszą dobrowolną aktywność – prezentując się początkowo jako serwis „wymiany” a nie „subskrypcji”, zachęcała użytkowników do „współdzielenia” i zwykłej aktywności w rodzaju „lubienia”, „zaznaczania”, embeddingu itp. Kiedy w 2008 roku Scribd uzyskał status serwisu należącego do czołówki platform społecznościowych (wg jednego z rankingów przytoczonego w haśle Wikipedii), było oczywiste, że zdołał tym samym przyciągnąć odpowiednią liczbę użytkowników (co nie jest, biorąc pod uwagę spektakularną klęskę Google+, takie gwarantowane). Rok później podpisano umowy z czołowymi wydawnictwami i stopniowo zaczęto zmierzać w stronę serwisu subskrypcyjnego. Nie bez znaczenia jest zapewne fakt, że po drodze pozyskano znaczny kapitał z Redpoint Ventures – to jednak temat na zupełnie inny, choć też znaczący artykuł (nic bowiem w kapitalizmie informacyjnym nie jest „rynkowe” w uproszczonej wersji, w ktorej „rynek” opiera się po prostu na sprzedaży produktów).

Jeśli piszę, że to symptom szerszego procesu, to głównie dlatego, że nie brakuje podobnych przykładów. Jedną z takich historii – angażowania i wykorzystywania aktywności odbiorców po to tylko, by ostatecznie potraktować ich jak zbędny balast – mogłabym opisać przywołując to, co Google zrobił z serwisem Panoramio. Niewielka firma oferowała od 2005 roku serwis z geolokalizowalnymi zdjęciami, który w 2007 przejął Google i włączył w swoje serwisy mapowe.  W wrześniu 2014 Evan Rapoport, menadżer tworzonego przez Google własnego serwisu Views, oficjalnie oznajmił na forum Panoramio, że oba serwisy zostaną połączone, a dokładniej, że „zawartosć Panoramio migruje na Google”. Oznaczało to jednak przejęcie tylko zawartości, a pominięcie rozbudowanego forum oraz pozostałych narzędzi społecznościowych, jakie w trakcie użytkowania zostały przez społeczność wypracowane. Decyzja spotkala się oczywiście z żywiołowym protestem „Panoramian” i proces negocjacyjny się rozpoczął (choć przypomina raczej potyczkę mrówki ze słoniem). Ta perspektywa obrazuje nie tyle nawet instrumentalne podejście korporacji do wspólnot kształtujących się wokół zawartości, ile raczej głębokie niezrozumienie tworzenia, roli i znaczenia wspólnoty (powtórzę: nie jest to zaskoczenie – fakt, że w Google nie rozumieją społeczności, najlepiej pokazują losy Google+). [mówiłam o tym w Bergen w grudniu 2014, aktualnie piszę tekst]

Dlatego trudno mi całkowicie cieszyć się z platformy Academia.edu, nawet jeśli oferuje teraz rzeczywiście ciekawe narzędzie umożliwiające dyskusję nad zamieszczonymi tam tekstami. I nawet, jeśli te dyskusje są bardzo inspirujące. Oznacza to bowiem przesunięcie dyskusji, które – owszem, przedtem trudniejsze do poprowadzenia, bardziej rozproszone, mniej stabilne i mniej być może dostępne – w orbitę przestrzeni korporacyjnej. Dyskusje, które przedtem mogły (?) toczyć się choćby między blogami, teraz będą się toczyć na platformie sygnowanej Academia.edu, co do której celów i strategii rozwoju nie wiemy nic – jest to bowiem kolejne przedsięwzięcie oparte o venture capital (z funduszami pozyskanymi m.in. ze Spark Capital), a zatem prędzej czy później osiągany zysk stanie się sprawą wagi zasadniczej.

I choć osiąganie zysku – zwłaszcza w sposób zrównoważony, oparty na ciekawych pomysłach i na zasadach „fair” – jest godne szacunku, to jednak nie do końca ufam (na razie) Academia.edu. Czas pokaże, czy zostaliśmy rzeczywiscie zaprojektowani jako wspólnota akademików czy też raczej jako dostarczyciele zawartości (i danych). Czy to jest rzeczywiście przejaw otwartego dostępu i otwartej nauki, jak głosi hasło w Wikipedii? (I nie tylko ja mam takie wątpliwości, sądząc po dyskusji edytorskiej). Chyba zbyt mało wiemy o tym modelu biznesowym, żeby podejść do tego bezkrytycznie. Skądinąd krzepiące, że założyciel Academia.edu, Richard Price, jest humanistą (pracuje nad doktoratem z filozofii) – moje wątpliwości dotyczą zresztą nie tyle domniemanych intencji twórcow obu serwisów (czyli Scribda i Academia.edu), ile uwarunkowań kapitalizmu informacyjnego, które stanowią podłoże dla funkcjonowania podobnych serwisów.

Co do tego, że potrzebujemy nieco innych przestrzeni konwersacyjnych niż Facebook i Twitter, raczej nie ma wątplwości – najświeższą taką próbą jest propozycja czasopisma e-flux: platforma nazwana Conversation, która proponuje miejsce dla pogłębionych wymian zdań.

Pisząc to wszystko oczywiście jestem świadoma, że posługuję się WordPressem i że zapewne to wszystko tak czy owak wyląduje na Facebooku, gdzie najczęściej toczą się dyskusje. Nie jest to, wbrew pozorom, głos o zupełną autonomię od sieciowych seriwsów (co nie jest raczej możliwe), raczej zdanie relacji z kilku wątpliwości. Tak czy owak, mam nadzieję, że – mimo mojego sceptycyzmu – zaproszenia do sesji Academia.edu nie przestaną napływać 🙂

Jeszcze o USOSie (i nie tylko) – uniwersytet jako code/space

punkt_log copyPoprzedni wpis zakończyłam P.S., który zaczął się na tyle rozrastać, że dostarczył materiału na kontynuację. Niniejszym przenoszę więc P.S.:

P.S. W wyniku małej dyskusji pod niniejszym wpisem (za którą bardzo dziękuję!) oraz szybkiej akcji na FB (dziękuję!) dowiedziałam, się, że USOS był (jest?) przedmiotem zainteresowania Krzysztofa Abriszewskiego. Opublikował poświęcony mu tekst Jak nowe media tworzą nowe środowisko. Przypadek USOSa w książce Nowe media w systemie komunikowania: edukacja i cyfryzacja, red. Marek Jeziński, Toruń: Wydawnictwo Adam Marszałek, 2011, s. 76-94. Tekst jest dostępny w repozytorium UMK, tutaj.

Abriszewski bardzo interesująco analizuje moment wprowadzenia USOSa – patrząc na datę publikacji domyślam się jednak, że była to faza pionierska (zważywszy, ile czasu mija od napisania tekstu do jego publikacji w formie książkowej lub czasopiśmienniczej). Tekst jednak się nie zdezaktualizował przynajmniej z paru powodów. Jednym z nich jest demonstracja, jak złożonym procesem jest w gruncie rzeczy „wdrażanie” rozwiązań o charakterze pozornie czysto technicznym. W tym sensie mój poprzedni wpis cechuje się oczywiście nieuniknionymi uproszczeniami – dotyczy jednak nieco innego aspektu sprawy. Jak już wspomniałam, mała dyskusja pod poprzednim postem oraz na FB (za które bardzo dziękuję Andrzejowi W. Nowakowi, Karolowi Krzyżosiakowi i Janowi Argasińskiemu) przyniosła kilka innych tropów i mam nadzieję, że temat doczeka się rozwinięcia – może ktoś skorzysta z inspiracji, bo moja kolejka pisarska jest na razie za długa 🙂 W tekście Abriszewskiego najbardziej zainteresowały mnie kwestie związane z niestabilnością technologii, w tym również informatycznych (tzn. zazwyczaj postrzegamy je jako gotowy produkt, który nie ma swojej historii, zwłaszcza zaś historii negocjacji z użytkownikami. Jest to także oczywiście pochodna pewnego typu projektowania (to znacznie większy temat) – artykuł pokazuje zresztą, jak ciekawe rzeczy można dostrzec traktując technologię jako „wiązkę procesów”. W przypadku oprogramowania takiego, jak USOS, mówimy o groupware, czyli oprogramowaniu do pracy grupowej. Abriszewski przywołuje nienowy już dzisiaj artykuł Martina Lea oraz Richarda Giordano dotyczący groupware’ów (kiedyś, w zamierzchłych czasach początku pierwszej dekady XXI wieku nieustanie czytało się o innowacyjnych rozwiązań, które w efekcie miały dać właśnie wirtualne grupowe środowiska pracy – tak, jak dzisiaj czyta się o internecie rzeczy). Dzisiaj groupware’y stały się jednak naszym chlebem powszednim (bo nie tylko USOS, ale w przypadku mojego uniwersytetu oparta na Moodle e-learningowa platforma Pegaz oraz system CMSu, w którym tworzone są strony internetowe). Zresztą, nic tak wyraźnie nie pokazuje wiatru zmian w tym zakresie, jak fakt, że wszystkie rozwiązania e-learningowe oraz samo hasło e-learning (tak „gorące” jeszcze kilka lat temu) dzisiaj stały się ywposażeniem lamusa. Nawet MOOC straciły jakby swoją moc, choć moduły interaktywne to może być pewne zagrożenie (ech, tematy, którymi warto się zająć, leżą na ulicy; aż się nie chce wierzyć, że wszyscy w kółko chcą tylko krytykować Facebooka).

Słowem, nie tylko USOS domaga się pogłębionej refleksji, ale cały szereg systemów informatycznych, na których opiera się dzisiaj academia – i upieram się przy tym, że jakkolwiek strefa negocjacji istnieje, to jednak coraz mniej jest to wspomaganie, a coraz bardziej uniwersytet zamienia się w formę code/space, o której pisali Kitchin i Dodge wspomniani przez mnie w poprzednim wpisie. To zaś oznacza, że przestrzeń i kod wzajemnie się konstytuują, ale funkcjonowanie przestrzeni w dużej mierze zależy od kodu (stopień tej zależności może być zróżnicowany; wszyscy jednak zgodzimy się, że większość polskich uniwersytetów bez USOSa nie jest w stanie wypełniać najistotniejszych funkcji) – co nie oznacza jednak, że powstający amalgamat nie jest podatny na nieciągłości, negocjacje i pękniecia. Nie jest to więc determinizm (i, na marginesie, odruchowe przywoływanie w tym kontekście McLuhana domagałoby się na tyle pogłębionego uzasadnienia, że traci na sensowności). Jak piszą Kitchin i Dodge:

” (…) code/space [proponuję kod/przestrzeń zupełnie roboczo] jest ciągle w stanie wyłaniania się, wytwarzany w indywidualnych aktach performatywnych oraz interakcjach społecznych, które są mediowane (świadomie lub nieświadomie) w relacji do wzajemnego konstytuowania się kodu/przestrzeni. W tym sensie, kod/przestrzenie mogą być rozumiane i konceptualizowane jako relacyjne i emergentne obszary, w ktorych oprogramowanie dostarcza ramy dla tego, co się odsłania, ale go nie determinuje.” (s. 74)

I dlatego właśnie interesuje mnie kwestia historii, i to ona domagałaby się poważniejszego opisu. O USOSie wiadomo, że powstał w 2000 roku (!) na Uniwersytecie WArszawskim i że od tamtej pory rozwija się w ramach konsorcjum. Dokumentacja jest oczywiście dostępna. Prawdziwa kopalnia wiedzy kryje się jednak w dokumentacji wdrożeniowej, co wymagałoby pogłębionej, uważnej lektury, do której warto byłoby dodać badania o charakterze etnograficznym z wdrożenia USOSa na poszczególnych uczelniach. Co być może dałoby odpowiedź na pytanie, jak przebiegają procesy negocjacji, gdzie zachodzą nieciągłości, w jakim stopniu system jest otwarty na emergencję i czy istotnie jest tak sztywny, jak się wydaje, czy też jest to tylko taktyka poszczególnych pionów i poziomów administracyjnych.

Przepis na ciekawy artykuł (a może książkę?) gotowy, uprzejmie proszę choćby o podziękowania za inspirację w przypadku realizacji 🙂

W tym wszystkim, co często czytamy o kryzysie akademii ten obszar – kwestia przemiany uniwersytetu w kod/przestrzeń jest zupełnie nieobecna, choć groupware’y ramują nasze codzienne doświadczenie w stopniu znacznie większym, niż nam się wydaje.

Poza cyfrową humanistykę, albo zautomatyzowane zarządzanie w korpouni

usos copyPiątkowe biuletyny z zarządzeniami administracji trafiające do skrzynek mailowych pracowników nie są zazwyczaj „gorącą” lekturą – podejrzewam, że większość z nas kasuje je bez namysłu (a to błąd; bardzo często sprytnie ukryte w ogłoszeniach zamieszczonych na BIPie są rzeczy Bardzo Ważne i Fundamentalne). Przyznaję, czasem zadaję sobie trud otwarcia kilku plików pdf, w których – jak podejrzewam – mogą być ukryte miny, na których mój reżim czasowy wywraca się później do góry nogami. Tym razem to nie mina, tym razem oficjalnie weszliśmy w epokę zautomatyzowanego zarządzania. W jednym z „pism okólnych” czytamy: „Ze względu na zautomatyzowanie przebiegu procesu planowania i rozliczania zajęć dydaktycznych przy wsparciu systemów USOS oraz SAP, zobowiązuje się wszystkie jednostki do terminowego i poprawnego wprowadzania danych do USOS, a w szczególności (…)” Tu oczywiście następuje wyliczenie owych szczególności. I, zaiste, zautomatyzowany ten przebieg jest w pełni, ech. To jedna z cech korpouni, którą określiłabym jako zasadniczą – skrajny brak elastyczności. W przypadku „zarządzania przebiegiem” polega to choćby na tym, że nie mam uprawnień administracyjnych pozwalających mi na przykład na dodawanie studentów do grupy. Wszystko – wbrew pozorom – w USOSie jest bowiem skrajnie scentralizowane, włącznie z funkcjonalnościami na poziomie globalnym (co staje się upiorne dla wszystkich, którzy próbowali kiedykolwiek modułowego programu studiów). Nie nad USOSem jednak chciałabym się rozwodzić, który jest jedną z większych porażek informatycznych, z jakimi miałam w życiu do czynienia (przynajmniej w zakresie projektowania user experience :-).

Chodzi – jak zwykle – o kwestię ogólniejszej natury. W książce Code/Space. Software and Everyday Life Roba Kitchina i i Martina Dodge’a znalazłam fragmenty, które doskonale opisują rzeczywistość uniwersytetu zmierzającego w stronę korpouni, opartego przezde wszystkim na automatyzacji zarządzania. Przytoczę dłuższe fragmenty z książki, która jest zresztą świetnym wprowadzeniem do tego, jak oprogramowania przenika i organizuje nasze życie codzienne (często na poziomie, który znika z pola widzenia i z naszej świadomości, bo jest tak błahy, banalny i zwyczajny, że natychmiast się doń przyzwyczajamy). Otóż otwierając zdaniem mówiącym o tym, że „oprogramowanie jest kluczowym aktorem w tworzeniu społeczeństwa kontroli”, Kitchin i Dodge kontynuują, powołując się na artykuł Philipa E. Agre „Surveillance and capture: two models of privacy” (z – bagatela! – 1994 roku):

„(…) mechanizmy, za pomocą których dane są produkowane

[Kitchin i Dodge konsekwentnie posługują się terminem capta w miejsce data – co Kitchin uzasadnia w swojej książce z ubiegłego roku, The Data Revolution. Big Data, Open Data, Data Infrastructures and Their Consequences, lekturze równie ważnej dla cyfrowych humanistow, jak Code/Space],

w coraz większym stopniu stają się integralną częścią systemu, który mają monitorować i regulować – te mechanizmy zaś w efekcie redefiniują i rekonfigurują ów system, często w czasie realnym.” (s. 86).

Przykłady przytaczane przez autorów dotyczą raczej zupełnie innej domeny: tak jest na przykład w przypadku skanowania produktów przez pracowniczki kas w hipermarkecie (to wciąż sfeminizowana, nisko opłacana praca z gatunku tych najbardziej „śmieciowych” i podatnych na wyzysk). To coś więcej niż tylko akt sprzedaży – z danych można odczytać częstotliwość i przebiegi czasowych poszczególnych operacji każdej pracownicy. System służy oczywiście do zautomatyzowanej sprzedaży, ale jednocześnie pozwala monitorować pracowników i ustalać ramy ich „efektywności”. Kitchin i Dodge podsumowują:

„Innymi słowy, zamiast monitorować pracownika za pomocą zewnętrznego systemu nadzoru, który wzmacnia samodyscyplinę, sprawdza się pracownika stosując proces całkowicie zinternalizowany, który w aktywny sposób kształtuje jego efektywność.”(s. 87).

Wszystkie procedury, które mamy do wykonania w USOSie (ocenianie, wypełnianie protokołów, ich zatwierdzanie, drukowanie i dostarczanie) można opisać za pomocą „gramatyki działania” (określenie Philipe’a Agre), czyli

„sformalizowanego zestawu zasad, które zapewniają, że poszczególne zadania są wypełniane w określony sposób, biorąc pod uwagę pewne kryteria i dane na wejściu.” (s. 87).

Zatrzymam się, póki co, w tym miejscu (pozostawiając na boku bardzo interesujące terminy „cyfrowego cienia” i „cyfrowego śladu” – u Kitchina i Dodge’a odpowiednio „capta shadow” i „capta trail” (s. 90). Czy wiemy, co się z nimi w związku z naszymi operacjami w USOSie dzieje? Nie. Nie w dobie masywnego handlu danymi na wielu różnych poziomach – i to może być niepokojące.

Być moze jest więc tak, że biurokratyzacja, na którą wszyscy narzekamy i która, jak czujemy podskórnie, jest absolutnie przytłaczająca – jest pochodną właśnie owych „gramatyk działania”, bez których oparty na oprogramowaniu, zarządzany automatycznie uniwersytet już nie moze się obejść. „Oparty”, nie zaś zaledwie „wspomagany”, jak łudzi nazwa „Zintegrowanego Informatycznego Systemu Wspomagania Zarządzania Uczelnią”. (Tak, tak się to nazywa).

Bo tego uczy kulturoznawcze myślenie o mediach – nie są „tylko” narzędziami, nie są przezroczytse ani niewinne (i w tym kontekscie historia korporacyjnego SAPa jawi się szczególnie interesująco). Cyfrowa humanistyka? Zaczyna się od refleksyjnego logowania do USOSa.

Gram praktyki…

Bez nazwy 1

Rzadko piszę o dydaktyce – zwłaszcza, kiedy zdarzy się tak, jak w zakończonym właśnie semestrze, że zajęć mam całkiem sporo (generalnie staram się unikać sytuacji przekraczania pensum, ale czasem bywa to niemożliwe). W każdym razie dydaktyka staje się coraz większym wyzwaniem – z tysiąca różnych powodów; nie chcę jednak uruchamiać tematów, o których pasjami i emocjonalnie się dyskutuje, ale niezwykle rzadko coś z tych dyskusji wynika (zgromadziłabym je zbiorczo pod szyldem „kryzys humanistyki”). W tym semestrze chciałam przede wszystkim podejść eksperymentalnie do pytania o formułę zajęć, które zazwyczaj mają u nas jednak charakter teoretyczny (choć wcale nie muszą). Dzisiaj będzie o jednym z tych eksperymentów: kursie z historii mediów dla pierwszego roku kierunku filmoznawstwo i wiedza o nowych mediach (w semestrze zimowym 2014/2015). Już w poprzednim cyklu zajęciowym zauważyłam, że chyba najlepszy kontakt z przedmiotem, o którym traktuje kurs studenci złapali przy okazji badania rodzinnych archiwów medialnych: dyskusja podczas zajęć była bardzo ciekawa, zaangażowane zostały emocje, nawiązana relacja między teorią a własnymi doświadczeniami itp. Najważniejszym impulsem były jednak warsztaty kuratorskie z Kathi Inman Berens podczas tegorocznego październikowego Festiwalu Ha!Wangarda, o którym już tutaj pisałam. Wpadł mi wtedy do głowy niebezpieczny pomysł: dlaczego nie zrealizować tego kursu w formie przygotowania wystawy? Tak; było już właściwie za późno – kurs rozpoczynał się za kilka dni, miałam przygotowany sylabus z ubiegłego roku (po małych zmianach zamierzalam go realizować również w 2014/2015), nie mialam pojęcia, jak rozwiązać konieczną w takich sytuacjach logistykę, nie mialam na to żadnych funduszy, nigdy wcześniej (przyznaję) takiego projektu nie realizowałam, nie znałam grupy, z którą będę pracować. Krótko mówiąc – realizacja tego projektu wymagała mocnego wyjścia poza strefę bezpieczeństwa, na wielu poziomach. Oczywiście bałam się porażki, bo porażka także mogła nastąpić na wielu poziomach i mogłaby być spektakularna. Formuła zajęć warsztatowych także nie jest łatwa do przeprowadzenia w murach instytucji, gdzie „posiadanie wiedzy” wciąż jest ważniejsze niż wypracowanie umiejętności.

Bardzo dużo czasu (chyba z pół semestru) musiało upłynąć, zanim studenci przyjęli do wiadomości, że to na poważnie. Bardzo dużo czasu (niemal cały semestr) musiało upłynąć, zanim zweryfikowałam moje idealistyczne założenia (że pomysł będzie od początku do końca wypracowany przez studentów, włącznie z lokalizacją, formułą i koncepcją). Bardzo dużo czasu musiało upłynąć (prawie cały semestr) zanim zwalczyłam ostatnie wątpliwości i obawy przed porażką. Ostatecznie nastąpiło to dopiero wtedy, gdy przekonałam się, że obawa przed porażką jest wspólna dla mnie i dla studentów :-).

W ramach kursu zrealizowaliśmy przy współpracy z fotografikiem Bogdanem Kiwakiem ze stowarzyszenia Grupa Twórcza Widzi Się! warsztaty z archaicznych technik fotograficznych (fotografia otworkowa) – była nawet ciemnia!

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Studenci zgromadzili także znakomite materiały prowadząc wywiady z członkami rodzin lub znajomymi starszymi o pokolenie na temat obecności i roli w życiu codziennym PRLu technologii medialnych i pamięci o nich. Założyli bloga, gdzie te materiały wylądują, z myślą o przyszłym cyklu zajęciowym (chcę w przyszłym roku wykorzystać ten temat jako leitmotiv). Studenci wykonywali także własne osie czasu rozwoju mediów (co najmniej trzy z nich zostały wykorzystane w trakcie wystawy). Wreszcie – studenci przeprowadzili kwerendy i zdobyli wszystkie eksponaty zaprezentowane podczas wystawy, która ostatecznie została zlokalizowana w naszej Instytutowej wideotece. Jeszcze jeden pomysł przyniesie kontynuację w przyszłym roku: wraz z P. Gabrielą Fedorowicz zorganizujemy warsztaty robienia traumatropów i fenakistiskopów (te zrobione w tym roku przez P. Gabrielę – świetny pomysł! – natchnęły mnie takim pomysłem, przy jej gotowości do współpracy). W ogóle chciałabym, żeby grupa tegoroczna pełnila w przyszłym roku role konsultantów zajęć przyszłorocznych – jeśli taka formuła coś pokazuje wyraźnie, to przede wszystkim to, jak pomysły się rozwijają i że często wyrastają poza sam kurs…

Bywałam zaskakiwana kreatywnością, jak w przypadku nietypowego pomysłu na promocję wydarzenia (realizacja: Filip Habiniak):

hist_med

Powstała oczywiście strona wydarzenia na FB, gdzie pojawiały się na bieżąco materiały z wernisażu i gdzie widać ożywione kontakty.

Chciałabym, żeby konkluzja brzmiała jednoznacznie optymistycznie, jak w krzepiących hollywoodzkich narracjach. W dużym stopniu mam ku temu powody: wystawa okazała się sukcesem, sądząc po tym, ile osób przyszło obejrzeć nasze działania podczas wernisażu (z konieczności pozbawionego przecież wina! 🙂 i jak zażarty był bój o główną nagrodę w quizie, winyl Beatelsów 🙂 (żeby odpowiedzieć na wszystkie pytania, rzeczywiście trzeba było zobaczyć wystawę).

Przy okazji jednak ten projekt pokazał mi jeszcze wyraźniej to, co widzę od dawna: zmierzamy w stronę korpouni (uniwersytetu-korporacji) osadzonego w dodatku na niewietrzonym, zaśniedziałym korpusie ociężałego mastodonta. Elastyczne formy pracy są tutaj bardzo trudne, by nie rzec niemożliwe – najczęściej z banalnego powodu: w żadnych rubrykach programów do zarządzania finansami i procesem dydaktycznym nie mieści się formuła zajęć warsztatowych prowadzonych przez eksperta z zewnątrz. Nie da się także stosować form pracy, które nie mieszczą się w przedzialach 90 minutowych, które są oparte na swobodnym przepływie czasu charakterystycznym dla procesu twórczego. Pomysły na niestandardowe rozwiązania trzeba zgłaszać z rocznym wyprzedzeniem. W tej postaci uniwersytet jest aboslutnie nieprzyjazny wobec życia opartego na fluktuacjach, elastyczności, pewnej dozie nieprzewidywalności, na tym, że pracujemy z nierównomiernym rozkładem wysiłku. Na marginesie: dużej dozy energii wymaga przebudowanie relacji – w salach, które jednoznacznie ustawiają relacje między mną a studentami jako relacje oparte na władzy (w mojej ławki i siedzenia są na trwałe przymocowane do podłogi i nie można ich przesunąć), bardzo trudno jest przekonać grupę studentów, że istotnie chodzi o ICH wysiłek, ICH decyzje i ICH inicjatywę. Nawet próby zmiany habitusu (w rodzaju organizacji zajęć w grupach tak, że można było siedzieć na podłodze albo wyjść na korytarz) działaly tylko jednorazowo i na krótką metę. I dotyczy to nie tylko studentów – wyjście poza habitus jest dla mnie równie trudne (choćby przymus wystawiania ocen w USOSie po zakończeniu kursu i ewaluacji poszczególnych wkładow pracy).

Zeby wszystko było jasne: nie jestem naiwną przeciwniczką optymalizacji, zarządzania procesami i urzędniczej sprawności. Tyle tylko, że naszej uniwersyteckiej codzienności porządki uległy radykalnemu odwróceniu – to my jesteśmy dodatkiem do arkuszy kalkulacyjnych, sprawozdawczości i USOSa, nie odwrotnie. Nie zmienią tego jednak nawet najbardziej płomienne polemiki i nie zmieni tego strajk humanistów. Może zadzialać (i mówię to z wahaniem oraz niepewnością) mrowcza praca w pogryzaniu fundamentów tego systemu – wtedy widać jego korzenie, specyfikę i modusy operacji w całej rozciągłości. W tym przypadku – jak zwykle zresztą – gram praktyki jest lepszy niż tona teorii.

Last but not least, moje serdeczne podziękowania należą się zespołowi studentów realizujących w semestrze 2014/2015 wystawę NeverEnding Story – bez Państwa gotowości, kreatywności, wyrozumiałosci, energii i poczucia humoru cala rzecz nie mogłaby się była wydarzyć. Pozwalam sobie zacytować PAństwa własne opisy.

PLAN WYSTAWY „NeverEnding Story”

Grupa 1: Katarzyna Okońska, Joanna Kańka, Paulina Richert, Eliza Skarbucha, Sylwia Wieleba
Nasze zadanie polega na przygotowaniu wywiadów z osobami ze starszego pokolenia i zebraniu eksponatów, o których w wywiadach wspomniano. Eksponat będzie połączony z wydrukowanym krótkim fragmentem wywiadu dotyczącym go oraz z imieniem i wiekiem osoby, z którą wywiad był przeprowadzony. Takich eksponatów planujemy przygotować ok 10.

Grupa 2: Gabriela Bobowska, Aleksandra Brzana, Klara Pawlicka, Maja Radwańska, Wojciech Ślusarczyk
Gry i zabawy interaktywne. Historia mediów przedstawiona w sposób interaktywny. Założeniem jest włączenie odbiorcy w aktywny udział w prezentowanych treściach poprzez zabawy interaktywne.

Grupa 3: Maria Nóżka, Katarzyna Panas, Marta Mazanek, Natalia Klejdysz
Grupa zajmuje się przygotowaniem krótkiego „filmiku/slajdowiska” dotyczącego warsztatów z fotografii otworkowej.

Grupa 4: Mi Lekler, Ola Stańczyk, Adam Szeligowski
Grupa tłumaczeniowa.

Grupa 5: Katarzyna Kowalczyk, Pamela Jakiel, Jan Szafraniec
Zakres działalności – montaż i oprawa graficzna wystawy.

Grupa 6: Weronika Fudała, Katarzyna Panas, Agnieszka Jancik, Natalia Klejdysz, Weronika Ciągała
Organizacja panelu dyskusyjnego (zaplanowany na 5 marca).

Grupa 7: Iga Wójtowicz, Marta Hetman, Kinga Wybraniec, Natalia Tokarczyk, Paweł Gęza
Grupa zajmuje się historią fotografii. Planujemy zrobić oś czasu składającą się ze zdjęć, od najstarszych (lata 30.) do tych najnowszych. Pod zdjęciami chcemy umieścić krótkie opisy rozwoju technik fotografii i zabytkowe aparaty.

Grupa 8: Gabriela Fedorowicz
Zabawki optyczne: Fenakistiskop i Taumatrop.

Grupa 9: Syliwa Wieleba
Dostarcza eksponaty (lista w mailu od Nacher).

Grupa 10: Maciej Jasikowski
Historia praw autorskich – timeline.

Grupa 11: Andriy Kondratenko, Krzysztof Krysa
Gry w mediach – filmik i prezentacja

Grupa 12: Jakub Nurzyński, Natalia Wojtas, Adam Wasiak, Kalina Dąbrowska
Media a Pornografia, historia przełomowych wydarzeń dla przemysłu pornograficznego, a raczej pierwsze próby łamania tabu  obrazkami, zabawkami, czasopismami i wreszcie filmami.

Grupa 13: Piotr Szubra, Jakub Gomółka, Piotr Janusz, Miłosz Niemiec
Prezentacja modeli (lub zdjęć) odbiorników radiowych z różnych epok włącznie z komentarzem – od pierwszych prototypów do wysoce zaawansowanych urządzeń używanych współcześnie. Projekcja timeline’u (dipity.pl) dotyczącego najważniejszych wydarzeń z historii radia (wykonanego już przez naszą grupę) na jednej ze ścian “pomieszczenia radiowego” za pomocą projektora. Radiowa Aleja Gwiazd – prezentacja najsłynniejszych polskich dziennikarzy i redaktorów radiowych (Mann, Niedźwiecki, Baron, Andrus, Metz, Zimoch, Czejarek, Kaczkowski, Beksiński), w postaci miniaturowych modeli. Radio w popkulturze.

Grupa 14 PROMOCJA: Justyna Płaneta: zaproszenia; Dominika Laszczyk: plakaty; Julia Gawrońska i Diana Urina – drukowanie materiałów, działania terenowe; Klaudia Czekaj, Emilia Walus, Katarzyna Wiewiór i Katarzyna Tylek – promocja na Facebook’u; Marcel Opaliński: prezentacja/prowadzenie wystawy; Filip Habiniak: sprawy organizacyjne.

Przy okazji kolejnego mojego projektu z tego semestru będzie konkretnie o wyzwaniach i zdobyczach takiej formuły zajęciowej. Ciekawa jestem wszelkich uwag i spostrzeżeń ze strony wszystkich, którzy realizują zajęcia w podobnych formułach (czyli starają się realizować projekty praktyczne jako formę podbudowaną teoretycznie).

Rubieże kultury popularnej

okladka montaz copy

Dla wszystkich – w prezencie świątecznym. Nawet nie wiecie, jak się cieszę 🙂 Bierzcie, czytajcie, szerujcie, róbcie z tym, co chcecie, byle opatrzone moim nazwiskiem 🙂 (wiadomo, cytowalność).

Przy okazji to jest oznaka zmian – zamierzam powrócić do oldskulowej filozofii: „moje teksty na mojej własnej stronie”. Nie wiem, czy zauważyliście – Scribd jest za paywallem, a ja nie czuję wielkiej potrzeby, żeby napędzać korpo ruchu na stronie i mikropłatności za korzystanie. Jest oczywiscie Academia.edu, gdzie jestem obecna. Praktyka jednak pokazuje, że coraz wnikliwiej trzeba przyglądać się ideologiom dzielenia się zawartością – ważne jest kto i dlaczego mówi o otwartym dostępie, a gdzie otwarty dostęp jest tylko strategią przyciągania ruchu i trackingu danych. Wyjątkowo brzmię dzisiaj jak pozornie krytyczni czarnowidze (pisałam o tym tutaj już kiedyś). Zamierzam zatem przyciągać ruch użytkowników na moją stronę (no dobrze, niech będzie – na WordPressa), nie zaś kierować go gdzieś, gdzie jest elementem testowania nowego produktu. Tym bardziej, że wkrótce będę też mogła podzielić się interesującą zawartością obecnych i byłych studentów. W ogóle koniec 2014 roku oznacza dla mnie wyraźniej, niż kiedykolwiek wcześniej formułującą się wizję akademii w oparach iluzji, złudzeń i naciąganej reotyrki (na przyklad o innowacyjności) przy praktyce, która polega na czymś kompletnie innym: zamienianiu uniwersytetu w korpo. O tym też było i jeszcze o tym będzie. Zanim zatem powstanie zapowiadane szumnie repozytorium UJ (a nawet jeśli już powstanie), zamierzam kultywować / celebrować moją niezupełnie prywatną Tymczasową Strefę Autonomiczną.

Rzeczywiście bardzo się cieszę (i z ochoczego ściągania, szerowania i linkowania), o tak:

„W ogóle to ci ludzie to ciekawa scena jest…”

hawangardaTytuł wpisu jest inspirowany rezonansem, jaki wzbudził Międzynarodowy Festiwal Literatury Eksperymentalnej Ha!awangarda na forum demoscenowym (courtesy of Piotr Marecki, który nie omieszkał rozesłać wici o tym wydarzeniu i o feedbacku). Rzecz będzie dotyczyć właśnie tego znaczącego z kilku powodów eventu, który wrasta w akademicką tradycję, bo od tego właśnie zaczynam październik. Zapewnia nam stosunkowo miękkie lądowanie po wakacjach (kiedy radośnie oddajemy się iluzjom i inspiracjom pod hasłem ile-super-rzeczy-można-byłoby-napisać-zrobić) na dość twardy grunt academii, gdzie szybko okazuje się to, co zwykle – że owszem, można, ale tylko nadludzką mocą, którą mają wyłącznie herosi. Tak czy owak, Ha!wangarda z początkiem października, gość w dom etc. Muszę od razu przyznać się bez bicia – nie udało mi się uczestniczyć nawet w 30% tegorocznego festiwalu, może w połowie eventów ubiegłorocznego, ale poziom inspiracji jest i tak niebywale wysoki. Po pierwsze, w ubiegłym roku, podczas prezentacji Zenona Fajfera i spotkania z Michalem Joycem dane było mi olśnienie w postaci konwersacji z młodą osobą (chyba studentką…) w kolejce do toalety w Czułym Barbarzyńcy, gdzie oba zdarzenia miały miejsce (wiadomo, że kolejki do damskiej toalety to forum z gruntu demokratyczne). Osoba wyznała z nadzwyczaj szczerą radością i świeżością, że kompletnie nie ma pojęcia o tym, co to jest e-literatura, ale impreza jest świetna i ten starszy pan (Michael Joyce) mówił takie ciekawe rzeczy. Jak dla mnie, to jest właśnie najgłębszy sens Ha!wangardy – wbrew tytułowi (bo prócz awangardowych podtekstów także „Międzynarodowy Festiwal Literatury Eksperymentalnej”) to zdarzenie jest jednym z najciekawszych interfejsów łączących akademickie dysputy ze światem zewnętrznym. Mało tego, mam poczucie, że zachodzi tutaj głęboki, poważny i twórczy kontakt wielu światów, w tym świata tych, którzy nie mają pojęcia o e-literaturze i tych, którzy ją praktykują, badają lub… się snobują (w czym nie ma nic złego). Tak czy owak, gdyby ktoś jeszcze parę lat temu powiedział, że w Krakowie będziemy mieć możliwość zobaczenia wystawy i uczestniczenia w warsztatach prowadzonych przez Nicka Montforta i że Michael Joyce będzie tutaj opowiadał o swoich związkach z Polska i nowym projekcie powieści lokacyjnej (2013), że będzie można spotkać całą scenę e-literacką Europy Srodkowej i Wschodniej (z Zuzaną Husarovą ze Słowacji i Natalią Fedorovą z Rosji) (2013), że Mariusz Pisarski z Techstów (prosto z Londynu) będzie oferował fascynujące wykłady i warsztaty literatury w przestrzeni wzbogaconej (2014) i że będziemy gościć Kathi Inman Berens z Annenberg School of Communication – krótko mówiąc, to wszystko dla ludzi choćby całkiem luźno związanych z lietraturą eksperymentalną, teorią mediów czy sztuką mediów brzmi zupełnie jak marzenie, które zawsze się pielęgnowało, ale nie miało się odwagi go wyjawić. W tym wszystkim znakomite eventy artystyczne – w 2014 roku moim absolutnym faworytem stał się „Cyberżulerski performans zaprawiony ZUSWAVEM i POORWAVEM, z przypisami podwieszonymi w kosmosie – Leszek Onak / Łukasz Podgórni / Piotr Puldzian Płucienniczak”, czyli niepowtarzalna Rozdzielczość Chleba. Do tego dochodzą wydawnictwa Korporacji Ha!art: w 2013 roku m.in. „Opowieści graficzne” Juliana Antonisza (trwała Antoniszowa passa; dopiero co zakończyla się wystawa w Muzeum NArodowym w Krakowie, przeniesiona z Zachęty), w 2014 po pierwsze: „Zegar światowy” Nicka Montforta (w tłumaczeniu i z posłowiem PIotra Mareckiego), po drugie: rzecz tak fundamentalna, jak Cybertekst Espena Aarsetha w przekładzie zbiorowym (Dorota Sikora i Mariusz Pisarski (rozdział 1), Paweł Schreiber (rozdziały 2, 3, 5, 7), Michał Tabaczyński (rozdziały 4, 6, 8, 9). W międzyczasie: „Przestrzeń pisma” Jaya Davida Boltera. Do tego trzeba byłoby dorzucić kilka innych bardzo ważnych tytułów (jak cała seria liberatury redagowana przez Katarzynę Bazarnik i Zenona Fajfera czy jak kolejna podstawa: „XAnadu. Hipertekstowe przemiany prozy” Mariusza Pisarskiego) oraz specjalne numery Ha!artu wydawane właśnie z okazji lub w związku z festiwalem.

Ha!wangarda jest jednym z przykładow takich miejsc, gdzie wszystko to, co najlepsze z academii spotyka się z wieloma przestrzeniami zupełnie w niej na codzień nieobecnymi (albo obecnymi z wielkim trudem); gdzie wzajemne uczenie się ma formę atrakcyjną i inspirującą; gdzie nabiera sensu cały dyskurs związany z przemianami form produkcji wiedzy w kontekście pozaakademickim. Co decyduje o jakości uczelni? Ludzie, jacy tam pracują. Dlaczego muszą / chcą realizować swoje pomysły poza jej murami? To kolejne pytanie, na które można odpowiedzieć na znacznie więcej sposobów, niż aktualnie przyjdzie nam do głowy. W każdym razie studenci więcej mogą się nauczyć uczestnicząc przez kilka dni w festiwalu, niż przez cały semestr niejednych zajęć.