Zaległości, cz. 4

TBItool_explanation_1+2Późną jesienią, która jest zazwyczaj dość trudnym czasem, udało mi się napisać tekst dla pisma „Sztuka i dokumentacja”, wydawanego w Łodzi – temat numeru prawie idealnie pasował do moich zainteresowań, przy założeniu, że nieco zmienię główne założenie i skoncentruję się na projektach spoza Europy Środkowej i Wschodniej 🙂 Od dosyć dawna zajmuję się bowiem mediami lokacyjnymi – w tym także praktykami artystycznymi w tym obszarze. Przy tej okazji postanowiłam wrocić do projektu, o którym wspominałam już w Rubieżach kultury popularnej: Transborder Immigrant Tool, realizowane przez Ricardo Domingueza w B.a.n.g. lab na Uniwersytecie Kalifornijskim dosyć mocno na przestrzeni kilku lat ewoluował – od strategii typowej dla Electronic Disturbance Theater, z którym Dominguez był związany, do działania, które ostatecznie zostało przez niego określone mianem dis-locative media. A ja przyjrzałam się sytuacjonistycznym i land artowym projektom opartym na chodzeniu (z inspiracji bardzo ciekawą książką Karen O’Rourke, Walking and Mapping. Artists as Cartographers) z perspektywy „narzędzia dyskursywnego”, jakim jest linia prosta (tutaj z kolei ważna była dla mnie książka Tima Ingolda, Lines. A Brief History). Tak powstał artykuł „Teletechnologie, linie i cyfrowe ślady. Od sytacjonizmu i land artu do sztuki mediów lokacyjnych”. Recenzenci i redakcja byłi łaskawi, tekst ukazał się w 11 numerze „Sztuki i dokumentacji” i jest dostępny do lektury i ściągniecia bezpośrednio na stronie czasopisma. Ilustracja artykułu (dostępna w wersji drukowanej) dzięki uprzejmości Ricardo Domingueza.

Reklamy

Zaległości, cz. 3

florofon copyW 2013 roku spotkaliśmy się w Szczecinie, z okazji festiwalu Digitalia, którego kuratorem był Piotr Zawojski. Oprócz panelu poświęconego sztuce biotechnologicznej, w którym spotkaliśmy się z Piotrem, Moniką Bakke, Maciejem Ożogiem i Michałem Brzezińskim, były także wieczorne koncerty i performanse (niektórzy z nas występowali w podwójnych rolach: akademików i muzyków/performerów 🙂 Zdecydowanie taka formuła jest mi bliższa niż tradycyjna naukowa konferencja. Przepływy są bardziej inspirujące, wiele dyskusji toczy się w kuluarach (dzięki, Michał, za ciekawą rozmowę – kiedyś w końcu tekst dla Ciebie powstanie, obiecuję :-). Nie są to wcale przypadki odosobnione – taka byla także jedna z najciekawszych konferencji ubiegłego roku, Post-technologiczne doświadczenia w HAT Center w Poznaniu. I mam już zaproszenie na podobne wydarzenie w listopadzie, ale o tym będzie oddzielnie. Nie, nie chodzi po prostu o konferencje z programem artystycznym, to coś zupełnie innego. Modelowym przykładem tej nowej, transdyscyplinarnej i otwartej formuły, może być Electronic Literature Organization Conference (w tym roku w Bergen, dwa lata temu bylam w Paryżu i pisałam o tym tutaj). Sam program przyprawia o zawrót głowy, a wiem, że na miejscu zawrót głowy nabierze charakteru odmiennego stanu świadomości 🙂

Tak czy inaczej, po Digitaliach 2013 powstała publikacja. W książce zatytułowanej Bio-techno-logiczny świat. Bio art oraz sztuka technonaukowa w czasach posthumanizmu i transhumanizmu pod redakcją Piotra Zawojskiego mam swój wkład w postaci rozdziału poświęconego badaniom nad dźwiękiem, a konkretniej, eksperymentom z florafonami oraz projektowi Davida Dunna, The Sound of Light in Trees: The Acoustic Ecology of Pinyon Pines. Odnalazłam na potrzeby artykułu numer fascynującego skądinąd czasopisma Electric Experimenter z 1919 roku, gdzie George O. Squier (późniejszy twórca Muzaka) pisze o… drzewie telefonicznym. Plik zamieszczam tutaj (przyznaję, skan nie jest najlepszej jakości, ale możliwy do przeczytania).

Zaległości publikacyjne, cz. 2

trajektorie copyZbiór tekstów podsumowujących II Zjazd Kulturoznawczy „Więcej niż obraz. Kultura współczesna i jej badanie” z 2013 roku wciąż jeszcze jest (na finiszu) w Wydawnictwie Katedra, ale ukazał się już tom z artykułami, które powstały na kanwie panelu „Obrazy nomadyczne i postobrazy”. Książka Trajektorie obrazów. Strategie wizualne w sztuce współczesnej pod red. Ryszarda W. Kluszczyńskiego i Dagmary Rode wyszła (już chwilę temu) w Wydawnictwie Uniwersytetu Łódzkiego.

Nakład, niestety, wyczerpany (tak przynajmniej informuje wydawnictwo), ale plik mojego rozdziału Obraz nie jest rzeczą, do ściągnięcia tutaj.

Trochę hardkorowej teorii (bo to mniej więcej fragment mojej książki habilitacyjnej) jeszcze nikomu nie zaszkodziło 🙂 Poważniej mówiąc, uważam, że w dobie mediów sieciowych, wzmożonych przepływów zawartości oraz komunikacyjnych wiązek technologicznych, których celem nie jest reprezentacja (tym jest internet rzeczy) bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy teorii obrazu, która zrywa z reprezentacjonistycznymi przyzwyczajeniami tradycyjnych badań nad kulturą audiowizualną. O tym będzie książka (którą właśnie piszę). Ten rozdział wyjaśnia, dlaczego sięgam do m.in. do Gilberta Simondona, francuskiego filozofa technologii, którego myśl (niesłusznie) była niemal zupełnie pomijana w kręgu anglojęzycznym, a ostatnio przeżywa wyraźny renesans.

I jeszcze spis treści:

Trajektorie obrazów Spis treści copy 2

Zaległości publikacyjne, cz. 1

Uzupełniłam bibliotekę plików w zakładce „Publikacje” (oczywiście linkuję na Academia.edu, ale pliki zamieszczam jednak u siebie, zgodnie z maksymą, że „Chmura nie istnieje, to tylko komputer kogoś innego” :-). Wszystko to publikacje, które ukazywały się na przestrzeni ostatnich miesięcy. Rozpoczynam od rozdziału w książce o Stelarku – niezwykle się cieszę, że moglam w tym projekcie uczestniczyć i jestem wdzięczna redaktorowi, Ryszardowi Kluszczyńskiemu, za zaproszenie do pisania. Pracowałam nad tym tekstem dokładnie rok temu, dosłownie w pocie czoła, bo jak zwykle w czasie krakowskiej fali upałów – czasem odpowiadając na pytania korekty na schodach sklepiku koło stacji kolejowej w Gållivare za kręgiem polarnym, łapiąc nerwowo ostatni sygnał WiFi przed dwutygodniowym trekkingem w tundrze. Krótko mówiąc, każdy tekst wywołuje całą paletę wspomnień.

Tutaj plik mojego rozdziału:

Stelarc i jego doświadczeniowe machinarium / Stelarc and His Experiential Machinarium [w:] red. R. W. Kluszczyński, STELARC: Mięso metal i kod / rozchwiane chimery – STELARC: Meat, metal & Code / Contestable Chimeras, Centrum Sztuki Współczesnej Laźnia, Gdańsk 2014, s. 174-206

Tutaj można nabyć książkę.

Mam nadzieję, że sięgniecie po całą książkę (właściwie katalog wystawy), jest tego warta, spis treści wygląda imponująco – podobnie jak warstwa ilustracyjna.

Stelarc_spis copy

Rubieże kultury popularnej

okladka montaz copy

Dla wszystkich – w prezencie świątecznym. Nawet nie wiecie, jak się cieszę 🙂 Bierzcie, czytajcie, szerujcie, róbcie z tym, co chcecie, byle opatrzone moim nazwiskiem 🙂 (wiadomo, cytowalność).

Przy okazji to jest oznaka zmian – zamierzam powrócić do oldskulowej filozofii: „moje teksty na mojej własnej stronie”. Nie wiem, czy zauważyliście – Scribd jest za paywallem, a ja nie czuję wielkiej potrzeby, żeby napędzać korpo ruchu na stronie i mikropłatności za korzystanie. Jest oczywiscie Academia.edu, gdzie jestem obecna. Praktyka jednak pokazuje, że coraz wnikliwiej trzeba przyglądać się ideologiom dzielenia się zawartością – ważne jest kto i dlaczego mówi o otwartym dostępie, a gdzie otwarty dostęp jest tylko strategią przyciągania ruchu i trackingu danych. Wyjątkowo brzmię dzisiaj jak pozornie krytyczni czarnowidze (pisałam o tym tutaj już kiedyś). Zamierzam zatem przyciągać ruch użytkowników na moją stronę (no dobrze, niech będzie – na WordPressa), nie zaś kierować go gdzieś, gdzie jest elementem testowania nowego produktu. Tym bardziej, że wkrótce będę też mogła podzielić się interesującą zawartością obecnych i byłych studentów. W ogóle koniec 2014 roku oznacza dla mnie wyraźniej, niż kiedykolwiek wcześniej formułującą się wizję akademii w oparach iluzji, złudzeń i naciąganej reotyrki (na przyklad o innowacyjności) przy praktyce, która polega na czymś kompletnie innym: zamienianiu uniwersytetu w korpo. O tym też było i jeszcze o tym będzie. Zanim zatem powstanie zapowiadane szumnie repozytorium UJ (a nawet jeśli już powstanie), zamierzam kultywować / celebrować moją niezupełnie prywatną Tymczasową Strefę Autonomiczną.

Rzeczywiście bardzo się cieszę (i z ochoczego ściągania, szerowania i linkowania), o tak:

Podgrzewamy (atmosferę)

Nie zdarza się zbyt często, żeby książki naukowe lub okołonaukowe miały jakieś życie po życiu. Raczej nikną w przepastnych czeluściach bibliotek, a jedynym śladem, jaki można dostrzec pytając wyrocznię Google o losy zaginionych są wpisy tytułu w bibliotecznych katalogach albo rekordy na allegro. W najlepszym razie jakaś litościwa dusza sporządzi krótką notkę na lubimyczytac.pl – bardzo dziękuję Magdalenie :-)!  (albo w innym serwisie podobnego typu). Strumień wiedzy toczy się dzisiaj zresztą w zupełnie innym rytmie, a raczej w wielu rytmach i w wielu łożyskach, bo oprócz #OA, twittera, blogów naukowych, nie-konferencji, post-konferencji, quasi-konferencji, festiwali i innych iwentów wcale nie przestają być ważne Sage Publications, śledzenie nowości na Amazonie, Konferencje, Kongresy, Zjazdy i publikacje elity akademickiego star systemu (fe, znowu popadam w anglicyzmy i szarżuję). Pisanie książki oznacza konieczność wyrwania się z tego wartkiego nurtu na dobrych kilkanaście, kilkadziesiąt tygodni, kiedy przyszła autorka zamienia się w istotę zamkniętą w sobie, odburkującą półsłowami i nie na temat albo wręcz przeciwnie – emitującą słowotoki równie nie a propos, zmuszoną często do szukania własnej komórki w lodówce oraz – okazjonalnie – do myślenia na głos, czy winda, którą jedzie, aby na pewno nie skręca. Nie wspominając już o banalnościach: atakach paniki, nocnych koszmarach i napadach (auto)agresji. Mówiąc krótko, pisanie książki  bywa traumą, aktem brawury i zazwyczaj owocuje szeregiem kłopotów na własne życzenie. Może też być niezłą szkołą charakteru; oczywiście pod warunkiem, że uda nam się wyjść z fazy ostrej depresji.

Bo kłopoty zaczynają się i tak dopiero po tym, jak dzieło już się ukaże. Prawda jest bowiem taka, że jako akademicki plankton tworzymy w zasadzie malusieńki wycinek długiego ogona. (Nie pamiętam już i nie udało mi się znaleźć artykułu ilustrującego tę zasadę, zaopatrzonego w stosowną wizualizację, z którego wynikało, że jeśli nie jesteś Pierrem Bourdieu, to niewielką masz szansę, socjolożko, na cytowania). Już zresztą samo wejście do jakiejkolwiek księgarni akademickiej powoduje, że potencjalny (lub realny) autor/ka nabiera pokory. (Mówimy o ksiażkach w języku polskim, bo sam rzut oka na Amazon pełni rolę całkowitej autoblokady). To wszystko oczywistości.

(BTW: Autor, który nabrał pokory wygląda tak:

autor)

Cały ten wstęp #overlyhonestmethods jest konieczny, aby stało się jasne, jak wdzięczny jest autor/ka (a zwłaszcza książki okołonaukowej), jeśli zdarzy się taki cud, że ktoś nieprzypadkiem o jej książce wspomni: nienagabywany i sam/a z siebie. Bardzo więc jestem wdzięczna Samuelowi Nowakowi i Małgorzacie Major, którzy zechcieli poświęcić Rubieżom… aż tyle uwagi, aby 1) przeczytać (przypuszczalnie) całą książkę 2) chcieć o niej porozmawiać 3) rozmowę następnie opublikować. Byłoby z kolei z mojej strony nieładnie, gdybym ten fakt przemilczała – postronni obserwatorzy i sami rozmówcy mogliby pomyśleć, że lekceważę wysiłek recenzentów (a jest przecież zupełnie przeciwnie!). Rozmowa toczyła się w lekkiej atmosferze (trafnym uwagom towarzyszyły wybuchy śmiechu, co starannie zostało odnotowane, – autorka cieszy się więc również, że recenzentów wprawiła w dobry nastrój), ale jest kilka spraw, które inspirują do reakcji nie tylko czysto kurtuazyjnej.

(Uwaga! Nastąpi zmiana rejestru i kalibru)

Przejdźmy do rzeczy.

„Tym razem mamy do czynienia z książką, która – jak deklaruje sama autorka – nie do końca jest publikacją naukową. Decyzja, że nie chce – jak pisze na stronie 17 – czerpać wyłącznie z doświadczenia akademickiego, jest o tyle zrozumiała, że artykuły Nacher zwykle są pisane stylem dosyć ciężkim, tutaj zaś udało się jej nad nim mocno popracować. Dziwi jednak fakt, że gdy otwieramy książkę, widzimy recenzje dwóch profesorów, więc to podejście jest dla mnie nie do końca zrozumiałe.”

Ekhm, ekhm. To nie tylko autor decyduje o tym, co znajdzie się na okładce w charakterze rekomendacji. Partnerem jest zazwyczaj wydawnictwo. Książka „niezupełnie” w pełnym rygorze naukowym nie oznacza, że nie ma być publikacją recenzowaną (a tylko takie liczą się w dorobku akademickim, proszę wybaczyć wprowadzenie elementu brutalnej prozy życia). Dlaczego poza tym nieszczęsny autor miałby nie skorzystać z rekomendacji tylko dlatego, że napisali je profesorowie, cieszący się zresztą w swoich dziedzinach uznaniem, kompetentni w zakresie, o którym traktuje książka i których autor/ka szanuje? Co jest w tym niezrozumiałego? Dla jasności dodajmy: ów niepełny rygor naukowy dotyczy głównie języka, nie zaś zawartości. Istotnie, napracowałam się nad lekkością pióra (a jak się napracowała Karolina Sikorska z wydawnictwa nade mną! 🙂 – dotychczasowe reakcje pokazują, że chyba mi się udało; tym bardziej cieszą te momenty, w których szanowni recenzenci to zauważają.

„Wstęp mi się podobał, ale odnosiłem wrażenie, że jest zbyt wyznaniowy i stanowi listę pt. „kogo spotkałam, kogo widziałam”.”

Z wrażeniami oczywiście trudno polemizować. Pozostawiam więc recenzenta z jego wrażeniem sam na sam (ale na miejscu recenzentki darowałabym sobie passus z A-list, bo jest taki sobie; uszczypliwy, to fakt, ale mało dowcipny). „Wrażenie ma” albo „odnosi” zresztą recenzent na tyle często, że jest to kolejny powód do radości dla autorki: przynajmniej dostarczyła wielu wrażeń. Bo przecież nie jest tak, żeby recenzent skrywał za tą często stosowaną frazą niechęć do konkretniejszego uzasadnienia swoich uwag, n’est-ce pas? Większość z wymienionych przeze mnie osób, sytuacji i miejsc znajduje swoje uzasadnienie w dalszym toku narracji i na tej podstawie śmiem jednak zaoponować: nie chodzi o listę ani o narcystyczne upodobanie do epatowania autobiografią. Uwagi obojga recenzentów dotyczące mieszania trybu biograficznego z teoretycznym są zresztą najlepszym potwierdzeniem tego, o czym pisałam w książce w odniesieniu do tożsamości: o rosnącej kulturowej roli strategii deidentyfikacyjnych i upodobaniu do nich. Jeszcze nie tak dawno temu, w złotych czasach debat wokół polityk tożsamości, taki autobiograficzny background pełnił funkcję powiedzenia „stąd przychodzę”, „taki mam bagaż”. Był przede wszystkim sposobem na wyrażenie krytyki złudzenia, że naukę (zwłaszcza, jeśli idzie o badanie kultury) można uprawiać jako ten Wszechwiedzący, patrzący zewsząd i znikąd. Zabieg często stosowany, dodajmy, w teorii feministycznej (i równie mocno zresztą obśmiany). O niebezpieczeństwach takiego sposobu uprawiania nauki w antropologii opowiadała kiedyś bardzo interesująco podczas wykładu w Krakowie Judith Okely.

W mojej książce pełni on jednak zupełnie inną funkcję i – szczerze mówiąc – dziwię się, że  tak wnikliwy kulturoznawca, jak Samuel Nowak, tego nie dostrzegł. Przede wszystkim ten element „wyznaniowy” pełni rolę najważniejszego filtra interpretacyjnego. To dlatego właśnie piszę o tym, o czym piszę – bo w wielu przypadkach towarzyszy mi doświadczenie uczestniczki, nie tylko obserwatorki. To dlatego też „mam słabość do kontrkultury” (to brzmi w wypowiedzi Małgorzaty Major jak zarzut, co jest o tyle zabawne, że z tą „słabością” zdradzam się już we wstępie expressis verbis). I dlaczego recenzenta „mocno to niepokoi z kulturoznawczego widzenia”?  Na marginesie 1: nie rozumiem, dlaczego Samuel Nowak twierdzi, że „kulturoznawstwo było zawsze podejrzliwe wobec sztuki”? Zważywszy na fakt zwrotu wizualnego, całą linię badań nad wizualnością (przynajmniej po Gombrichu i Warburgu) i fakt, że współczesna historia sztuki  staje się coraz bardziej kulturoznawstwem? Kulturoznawstwo nie oznacza wyłącznie ulubionej przez Samuela Nowaka szkoły z Birmingham: a i w tym przypadku mówiłabym raczej o podejrzliwości do sztuki jako instytucji społecznej oraz kształtujących ją dyskursów. Na marginesie 2: zupełnie nie zgadzam się z tym, że w książce ciążę ku przedsięwzięciom artystycznym. Problem polega przede wszystkim na tym, że trudno dzisiaj wyznaczyć granice dzielące „artystyczne” od „społecznego” czy „technicznego” (przepraszam za ten truizm, najwyraźniej nigdy dość go powtarzać) – tak dzieje się zaś zwłaszcza w przypadku zjawisk, o których pisałam. W większości sytuują się one właśnie w obszarze o niejasnych przyporządkowaniach, bo często rozmontowują „przy okazji” (acz z premedytacją) reguły artworldu.

Pociągnę ten wyznaniowy wątek o pół kroku dalej: osoby z biografią podobną mojej (jest nas więcej) mają zazwyczaj poważny problem, żeby odnaleźć się w technokratycznych procedurach współczesnej academii (zwłaszcza wobec rosnącej presji na parametryzację wszystkiego). Nie potwierdzamy zazwyczaj wygodnego złudzenia, że wartościowa nauka jest uprawiana wyłącznie w murach akademii i powinna być zawsze dopasowana do formy: kończymy jedną szkołę i od razu zaczynamy następną. Moja biografia ma oczywiście swoją cenę: przestałam być młodym, obiecującym naukowcem, zanim w ogóle nią być zaczęłam oraz nie pasuję do większości ministerialnych wytycznych określających, czym jest „sukces”. Czy mam coś w zamian? Tak, mogę czasem wypić piwo z fajnymi ludźmi i mam komfort przekonania, że jeśli academia ze mną nie wytrzyma (albo ja z academią), to pojadę hodować renifery za kręgiem polarnym. Tyle wyznań na dzisiaj. Choć nie uchylam się od dyskusji o biografii w charakterze „zasobu”, to intrygujący wątek.

„To prawda, ale cały czas jest gdzieś tam w tle radykalny poststrukturalizm. Ale może to dobrze? Może takie krytyczne myślenie jest tym, czego się od tego nurtu intelektualnego nauczyliśmy i od czego nie powinniśmy uciekać?”

Ciepło, ciepło…To dlatego zazwyczaj „trącę schizofrenią postmodernizmu”. W kraju o zakorzenionym głęboko w tradycji upodobaniu do uprawiania teorii z finezją młota (tak – nie; białe – czarne; moje – twoje; prawy – lewy; postępowy – zacofany) pozwala mi to wygodnie zaszyć się w przytulnej niszy, gdzie przez nikogo nie zauważona mogę zatruwać młode umysły miazmatami „radykalnego poststrukturalizmu”. I – przyznaję się – siać zwątpienie w projekt nauki, która ZAWSZE WIE NAJLEPIEJ i na WSZYSTKO MA ODPOWIEDź PROSTą.

„Co prawda, nie do końca przekonuje mnie idea mediów taktycznych, bo wydaje mi się, że teza jest zbyt banalna: nawet najprostsze medium może być wykorzystywane jako taktyka przeciwko strategiom władzy.”

Nie taka jest teza mediów taktycznych, rzeczywiście w tej postaci byłaby bardzo banalna; proponuję powrót do lektury – jeśli nie rozdziału mojej książki, to do źrodeł: do dyskusji toczonych na liście Nettime (ciągle dostępnych w archiwach). Odpowiedź może sprawiać wrażenie niezbyt grzecznej, ale nie chcę po prostu powtarzać tego, co już napisałam (i to więcej niż raz, bo o mediach taktycznych pisałam także w artykułach)

Nie zgadzam się również z tym, że w rozdziałach o hipsterach i o halucynogenach nie ma niczego ponad opis (zresztą, z biegiem czasu coraz bardziej doceniam dobry opis, by nie rzec wręcz, „gęsty”) i że w tym drugim nie ma mojego autorskiego głosu. Ten drugi zarzut uważam nawet za krzywdzący. Oba rozdziały posiadają dosyć wyraziście wyartykułowane tezy: ten o hipsterach jest kolejnym uzasadnieniem przekonania o ucieczce od tożsamości (mającej zresztą swoje korzenie dużo wcześniej) i współczesnych strategiach mimikry. Najwyraźniej dla Samuela Nowaka „hipster” oznacza wyłącznie pojęcie, które pojawiło się po roku 2000 (a z takim myśleniem właśnie w moim rozdziale polemizuję, bo ono oznacza też – to już pewna prawidłowość – przemilczenie wkładu Czarnej kultury). Rozdział o halucynogenach jest podporządkowany narracji o zmianie dyskursywnych warunków „eksperymentu”: głównej figury nowoczesności organizującej praktyki używania substancji psychoaktywnych (i wyartykułowałam ją przynajmniej trzy razy).  „Nie wnosi nic nowego” ? Być może; z tym trudno autorce polemizować, pozostawiam to osądowi czytelników. I faktycznie, rozdział o hipsterach zamieszczony na scribdzie dzięki uprzejmości wydawnictwa, w ciągu raptem 4 miesięcy zyskał sobie rzeszę ponad 1200 czytelników – oczywiście jeśli wierzyć statystykom, które zapewne zliczają wszystkie wejścia, również boty. To świadczy o zainteresowaniu tematem (a może i o znaczeniu rozmowy w Popmodernie 🙂

Anglicyzmy. „Geneza Anonimowych tkwi w znanym środowisku repostingowym opartym na strategiach imageboardowych, 4Chan. Jako dyplomowany medioznawca miałem poważne problemy z tym zdaniem.” A nie powinien. W każdym razie jako medioznawca, nie wiem, jak to jest z tymi dyplomowanymi – czasem czytając ich teksty faktycznie przecieram oczy ze zdumienia, bo też nie rozumiem (daruję sobie przykłady na dzisiaj). Ale żarty na bok. Biję się w piersi, rzeczywiście anglicyzmów w mojej książce jest sporo. Przyznaję się bez bicia: nie wiem, jak napisać inaczej przytoczone zdanie, żeby było zwięzłe, precyzyjne i nie zawierało anglicyzmów. Jeśli ktoś wie – proszę o podpowiedzi, bo niebawem kończy się mój urlop naukowy i znowu będziemy o tym rozmawiać na zajęciach ze studentami. Na pocieszenie podpieram się zawsze radami z Poradni językowej PWN: daje do myślenia zwłaszcza porada co do spolszczenia fanfiction, określenia oldskulowy,  a zwłaszcza co do stosowania terminologii komputerowej. Najwyraźniej językoznawcy dostrzegają, że język stosowany w obszarze praktyk współczesnej kultury medialnej jest zjawiskiem bardzo elastycznym, o którym często decyzuje tzw. uzus oraz konteksty społeczne. Swoją drogą, dobrze, że recenzent nie wybrał innych przykładów, z których trudniej byłoby mi się wytłumaczyć 🙂

I zupełny drobiazg. Jeśli czytam, że „(…) autorka, korzystając z doświadczenia biograficznego, na ogół błyskotliwie wprowadza zagadnienia akademickie i artystyczne, czasem jednak przeszarżowując z językiem literackim” („przeszarżowując”?) to hmmm… „mam wrażenie”, że recenzentka przeszarżowała. „Filozofia gotowania” nie jest na wyrost i nie ma nic wspólnego z Sephorą, zapewniam. Już raczej z Michelem de Certeau, Luce Giard, Pierrem Mayole i ich książką Wynaleźć codzienność. 2. Mieszkać, gotować.

Wszystkie zarzuty, że o czymś nie napisałam,  a mogłam (powinnam) potraktuję zbiorczo i dosadnie: recenzencie i recenzentko, DIY. Napisałam we wstępie, że każdy z dziesięciu rozdziałów mojej książki sam mógłby stać się oddzielną książką i że mam nadzieję, że te książki kiedyś powstaną. To szczera prawda. Autorka będzie najszczęśliwsza, jeśli ktokolwiek zechce podążyć tymi tropami, w tym krytycznie. Na marginesie, najciekawsza polemiczna opinia na temat hipstera jaką widziałam, została wyartykułowana na zamkniętym blogu projektowym, więc nie mogę zlinkować, ale naprawdę zainspirowała mnie do przemyśleń – mam nadzieję, że tych dialogów będzie więcej.

I za dialog właśnie recenzentom bardzo dziękuję; nie obiecuję poprawy, zamierzam w dalszym ciągu dostarczać wrażeń 🙂

W charakterze P.S. dla nie- i dyplomowanych medioznawcow i nieznawców: # to sławny hashtag (który, jak wiadomo, „nie działa na fejsie”). Wystarczy znaleźć na Twitterze wątki tematyczne #overlyhonestmethods i #OA, a wszystko stanie się jasne.

Rubieże kultury popularnej w podróży, część 1.

Jak już co najmniej kilkakrotnie się chwaliłam, ukazała się moja książka „Rubieże kultury popularnej. Popkultura w świecie przepływów” (Galeria Miejska Arsenał, Poznań 2012). I oto za moment (prawie dosłownie) wsiadam do autobusu i ruszam w pierwszą część trasy, na której mam nadzieję spotkać niektórych czytelników tego bloga 🙂 Dwa rozdziały zamiesciłam na moim scribdzie: wstęp oraz rozdział 10 („Rewolucja ubrana w gadżety, czyli wyblakły urok hipsterstwa”). Z szacunku i lojalności dla wydawnictwa, które w ogóle robi dobrą robotę, na razie nie zamieszczam więcej. Będziemy o tym rozmawiać, ale pewnie dopiero, jak się skończy nakład papierowy. Galeria Miejska Arsenał publikuje książki nie tylko świetne, ale i pięknie wydane (w tej samej serii m.in. „Niecne memy” MAgdaleny Kamińskiej, „Ciało filmu” Marty Kosińskiej, książka Honzy Zamojskiego, zresztą warto sprawdzić na własną rękę). Ekipa realizująca projekty wydawnicze wkłada przy tym w nie tyle serca i dobrej energii, że naprawdę warto poprzeć to dokonując zakupu. Nie chciałabym, żeby kultura wolnego dostępu oznaczała, że będziemy uważać, iż wszystko należy się za darmo (a że jest to przekonanie krzywdzące dla zwolenników open access i możliwości ściągania dóbr kultury z sieci, wiem najlepiej, bo mimo udostępniania muzyki za darmo online, płyty moja niewielka labela wciąż sprzedaje czasem płyty). Nie udostępniam więc całości książki (na razie) z lojalności wobec fantastycznych współpracowników / czek z wydawnictwa, bo powoduje nimi nie korporacyjna rządza zysku, a chęć stworzenia kilku ciekawych propozycji. O tym i o innych rzeczach możemy zresztą porozmawiać face to face, w cyklu spotkań, którym czasem towarzyszą koncerty. Pełny plan wygląda tak (a zaczynam już dzisiaj z moim projektem muzycznym), zapraszam serdecznie i biegnę na autobus do Katowic!

6.10, (sobota) Chorzów, Rebel Garden, Al. gen. J. Ziętka 7 (obok bramy ZOO) godz. 20.00 – koncert Projektu Karpaty Magiczne (w składzie: Anna Nacher, Marek Styczyński, Małgorzata “Tekla” Tekiel – gitara basowa)

7.10, niedziela, Katowice, Dobra Karma, ul. św. Jacka 1, godz. 18.00 – spotkanie dyskusyjne wokoł książki “Rubieże kultury popularnej”, prowadzi dr Monika Górska-Olesińska

8.10, poniedziałek, Wrocław, Tajne Komplety, Przejście Garncarskie 2, godz. 18.00 – spotkanie dyskusyjne wokół książki „Rubieże kultury popularnej” Anny Nacher i „Zielnik podróżny. Rośliny w tradycji Karpat i BAłkanów”, godz. 19.00 – koncert Projektu Karpaty Magiczne (w składzie: Anna Nacher & Marek Styczyński).

9.10, wtorek, Poznań, Galeria Miejska Arsenał i Klub Meskalina, Stary Rynek 6, godz. 18.00 spotkanie dyskusyjne wokół książki Anny Nacher, godz. 20.00 w Klubie Meskalina naprzeciw Galerii – koncert Projektu Karpaty Magiczne (w składzie: Anna Nacher & Marek Styczyński)