Category Archives: humanistyka

Cyfrowa humanistyka raz jeszcze

okladkaW przerwie między wpisami anglojęzycznymi (nowość! 🙂 ) podsumowującymi doroczną konferencję Electronic Literature Organization: ukazał się numer specjalny „Czasu Kultury” poświęcony game studies oraz humanistyce cyfrowej. Udostępniam mój artykuł „Cyfrowa sztuka na styku sztuki, nauki i technologii” – jeśli redakcja zaprotestuje, to oczywiście zdejmę; liczę jednak na to, że zechcecie kupić cały numer, bo zdecydowanie warto. Choćby dla niezwykle ciekawych i/lub przydatnych w dydaktyce materiałów: wywiadu z Nickiem Montfortem (Piotr Marecki), wprowadzenia do game studies (Piotr Sterczewski) czy krytycznego podsumowania dorobku badań gier (Mirosław Filiciak). Cały numer jest godny zakupu, ale te trzy artykuły zdążyłam przeczytać i wydają mi się bardzo inspirujące.

Bardzo się cieszę, że mogłam wziąć udział w tym projekcie – jestem też bardzo wdzięczna za cierpliwość redakcji (moje relacje z deadline’ami są coraz bardziej skomplikowane 🙂 Jest jednak pewien aspekt całości, który potwierdza moją tezę o wielu nieporozumieniach towarzyszących humanistyce cyfrowej w Polsce – jest szczególnie ironiczne (zdaje się, że w niezamierzony sposób), że numer o takiej tematyce istnieje, póki co, w wersji wyłącznie papierowej. Jeśli jest to coś, o czym mamy dyskutować, nie może wylądować w „silosie z danymi”, których pełna jest sieć (i gdzie kończy spora część projektów digitalizacyjnych spod znaku #DH). Mogłabym powiedzieć, że piekło cyfrowych humanistów wybrukowane jest archiwami zdigitalizowanej zawartości, z której nikt nie korzysta oraz ambitnie zamierzonymi, ale zamkniętymi dla szerszego grona LVE, tworzonymi najczęściej na potrzeby kilku placówek zrzeszonych w konsorcja badawcze.

Dostarczyciele kontentu czy wspólnota akademików?

60290341Jak (ostatnio) nieco ponad 19 milionów akademików, mam swój profil na Academia.edu – założony w 2008 roku. Zdążyłam więc w tym czasie doświadczyć kilku zmian. Najbardziej znaczącą z perspektywy czasu wydaje mi się wprowadzenie „sesji”, czyli moderowanych dyskusji wokół prezentowanej na Acdemia.edu zawartości. Muszę przyznać, że początkowo ogarnął mnie entuzjazm – rodzaj Facebooka dla akademików w 2008 – 2009 roku jawił się dosyć obiecująco (zwłaszcza, że szybko pojawiła się opcja logowania przez Facebooka i możliwość podpięcia Academia.edu do rozlicznych aplikacji i serwisów w uniwersum FB). Sceptycym ogarnął mnie jednak nie tylko za sprawą kierunku, w jakim zmierza Facebook oraz dyskusji, jaka toczyła się na liście AoiR jakiś czas temu (niestety, nie mam do niej dostępu, bo chwilowo archiwa listy są niedostępne). Jej leitmotivem była myśl o udostępnianiu swojej pracy wprawdzie w na poły otwartej formie (żeby korzystać z Academia.edu trzeba mieć tam profil lub logować się przez Facebooka), ale w systemie, nad którym nie mamy zbyt wielkiej kontroli.

Mocniejsza fala sceptycyzmu ogarnęła mnie po doświadczeniach z serwisem Scribd. Przypadku modelowym, jak się wydaje, dla pewnych procesów związanych z mediami „społecznościowymi” (wspominałam o tym już tutaj). Otóż Scribd powstał właśnie około 2007 roku – wg Wikipedii narodził się z dyskusji dotyczącej trudności z publikacją artykułów naukowych. Ciekawostką jest jednak to, że hasło w Wikipedii nie wspomina ani słowem o kluczowym dla serwisu wydarzeniu: mianowicie między 2011 a 2013 rokiem Scribd zmienił charakter. Z serwisu udostępniania dokumentów zamienił się w serwis subskrypcyjny, w modelu abonamentowym (za 8,99$ można czytać dowolną liczbę tekstów). To także zresztą charakterystyczne – opisy firm na Wikipedii mają charakter nie tyle informacji, ile reklamy (ślad dyskusji na ten temat można znaleźć w historii edycji hasła, w zakładce „Talk”). Choć trzeba przyznać, że forpoczta tej zmiany mogla pojawić się wcześniej, w 2009 roku, pod postacią gestu premiującego autorów zamieszczających swoje utwory i chcących za nie otrzymywać wynagrodzenie. Na czym polega mój problem ze Scribdem? Wcale nie na tym, że nagle zażądano płatności (rzeczywiście niezbyt wygórowanej) za coś, co wcześniej miało charakter darmowy. I nawet nie na tym, że kiedy chciałam ściągnąć swój własny tekst, to musiałam zapłacić za opcję „Premium” (bo gdzieś zapodziała się ostateczna wersja). Choć właściwie, jeśli się zastanowić – to ostatnie zdarzenie uzmysłowiło mi, że mam do czyneinai z pewną tendencją a Scribd stał się tylko jej wyrazistym symptomem. Firma po prostu skapitalizowała naszą dobrowolną aktywność – prezentując się początkowo jako serwis „wymiany” a nie „subskrypcji”, zachęcała użytkowników do „współdzielenia” i zwykłej aktywności w rodzaju „lubienia”, „zaznaczania”, embeddingu itp. Kiedy w 2008 roku Scribd uzyskał status serwisu należącego do czołówki platform społecznościowych (wg jednego z rankingów przytoczonego w haśle Wikipedii), było oczywiste, że zdołał tym samym przyciągnąć odpowiednią liczbę użytkowników (co nie jest, biorąc pod uwagę spektakularną klęskę Google+, takie gwarantowane). Rok później podpisano umowy z czołowymi wydawnictwami i stopniowo zaczęto zmierzać w stronę serwisu subskrypcyjnego. Nie bez znaczenia jest zapewne fakt, że po drodze pozyskano znaczny kapitał z Redpoint Ventures – to jednak temat na zupełnie inny, choć też znaczący artykuł (nic bowiem w kapitalizmie informacyjnym nie jest „rynkowe” w uproszczonej wersji, w ktorej „rynek” opiera się po prostu na sprzedaży produktów).

Jeśli piszę, że to symptom szerszego procesu, to głównie dlatego, że nie brakuje podobnych przykładów. Jedną z takich historii – angażowania i wykorzystywania aktywności odbiorców po to tylko, by ostatecznie potraktować ich jak zbędny balast – mogłabym opisać przywołując to, co Google zrobił z serwisem Panoramio. Niewielka firma oferowała od 2005 roku serwis z geolokalizowalnymi zdjęciami, który w 2007 przejął Google i włączył w swoje serwisy mapowe.  W wrześniu 2014 Evan Rapoport, menadżer tworzonego przez Google własnego serwisu Views, oficjalnie oznajmił na forum Panoramio, że oba serwisy zostaną połączone, a dokładniej, że „zawartosć Panoramio migruje na Google”. Oznaczało to jednak przejęcie tylko zawartości, a pominięcie rozbudowanego forum oraz pozostałych narzędzi społecznościowych, jakie w trakcie użytkowania zostały przez społeczność wypracowane. Decyzja spotkala się oczywiście z żywiołowym protestem „Panoramian” i proces negocjacyjny się rozpoczął (choć przypomina raczej potyczkę mrówki ze słoniem). Ta perspektywa obrazuje nie tyle nawet instrumentalne podejście korporacji do wspólnot kształtujących się wokół zawartości, ile raczej głębokie niezrozumienie tworzenia, roli i znaczenia wspólnoty (powtórzę: nie jest to zaskoczenie – fakt, że w Google nie rozumieją społeczności, najlepiej pokazują losy Google+). [mówiłam o tym w Bergen w grudniu 2014, aktualnie piszę tekst]

Dlatego trudno mi całkowicie cieszyć się z platformy Academia.edu, nawet jeśli oferuje teraz rzeczywiście ciekawe narzędzie umożliwiające dyskusję nad zamieszczonymi tam tekstami. I nawet, jeśli te dyskusje są bardzo inspirujące. Oznacza to bowiem przesunięcie dyskusji, które – owszem, przedtem trudniejsze do poprowadzenia, bardziej rozproszone, mniej stabilne i mniej być może dostępne – w orbitę przestrzeni korporacyjnej. Dyskusje, które przedtem mogły (?) toczyć się choćby między blogami, teraz będą się toczyć na platformie sygnowanej Academia.edu, co do której celów i strategii rozwoju nie wiemy nic – jest to bowiem kolejne przedsięwzięcie oparte o venture capital (z funduszami pozyskanymi m.in. ze Spark Capital), a zatem prędzej czy później osiągany zysk stanie się sprawą wagi zasadniczej.

I choć osiąganie zysku – zwłaszcza w sposób zrównoważony, oparty na ciekawych pomysłach i na zasadach „fair” – jest godne szacunku, to jednak nie do końca ufam (na razie) Academia.edu. Czas pokaże, czy zostaliśmy rzeczywiscie zaprojektowani jako wspólnota akademików czy też raczej jako dostarczyciele zawartości (i danych). Czy to jest rzeczywiście przejaw otwartego dostępu i otwartej nauki, jak głosi hasło w Wikipedii? (I nie tylko ja mam takie wątpliwości, sądząc po dyskusji edytorskiej). Chyba zbyt mało wiemy o tym modelu biznesowym, żeby podejść do tego bezkrytycznie. Skądinąd krzepiące, że założyciel Academia.edu, Richard Price, jest humanistą (pracuje nad doktoratem z filozofii) – moje wątpliwości dotyczą zresztą nie tyle domniemanych intencji twórcow obu serwisów (czyli Scribda i Academia.edu), ile uwarunkowań kapitalizmu informacyjnego, które stanowią podłoże dla funkcjonowania podobnych serwisów.

Co do tego, że potrzebujemy nieco innych przestrzeni konwersacyjnych niż Facebook i Twitter, raczej nie ma wątplwości – najświeższą taką próbą jest propozycja czasopisma e-flux: platforma nazwana Conversation, która proponuje miejsce dla pogłębionych wymian zdań.

Pisząc to wszystko oczywiście jestem świadoma, że posługuję się WordPressem i że zapewne to wszystko tak czy owak wyląduje na Facebooku, gdzie najczęściej toczą się dyskusje. Nie jest to, wbrew pozorom, głos o zupełną autonomię od sieciowych seriwsów (co nie jest raczej możliwe), raczej zdanie relacji z kilku wątpliwości. Tak czy owak, mam nadzieję, że – mimo mojego sceptycyzmu – zaproszenia do sesji Academia.edu nie przestaną napływać 🙂

Jeszcze o USOSie (i nie tylko) – uniwersytet jako code/space

punkt_log copyPoprzedni wpis zakończyłam P.S., który zaczął się na tyle rozrastać, że dostarczył materiału na kontynuację. Niniejszym przenoszę więc P.S.:

P.S. W wyniku małej dyskusji pod niniejszym wpisem (za którą bardzo dziękuję!) oraz szybkiej akcji na FB (dziękuję!) dowiedziałam, się, że USOS był (jest?) przedmiotem zainteresowania Krzysztofa Abriszewskiego. Opublikował poświęcony mu tekst Jak nowe media tworzą nowe środowisko. Przypadek USOSa w książce Nowe media w systemie komunikowania: edukacja i cyfryzacja, red. Marek Jeziński, Toruń: Wydawnictwo Adam Marszałek, 2011, s. 76-94. Tekst jest dostępny w repozytorium UMK, tutaj.

Abriszewski bardzo interesująco analizuje moment wprowadzenia USOSa – patrząc na datę publikacji domyślam się jednak, że była to faza pionierska (zważywszy, ile czasu mija od napisania tekstu do jego publikacji w formie książkowej lub czasopiśmienniczej). Tekst jednak się nie zdezaktualizował przynajmniej z paru powodów. Jednym z nich jest demonstracja, jak złożonym procesem jest w gruncie rzeczy „wdrażanie” rozwiązań o charakterze pozornie czysto technicznym. W tym sensie mój poprzedni wpis cechuje się oczywiście nieuniknionymi uproszczeniami – dotyczy jednak nieco innego aspektu sprawy. Jak już wspomniałam, mała dyskusja pod poprzednim postem oraz na FB (za które bardzo dziękuję Andrzejowi W. Nowakowi, Karolowi Krzyżosiakowi i Janowi Argasińskiemu) przyniosła kilka innych tropów i mam nadzieję, że temat doczeka się rozwinięcia – może ktoś skorzysta z inspiracji, bo moja kolejka pisarska jest na razie za długa 🙂 W tekście Abriszewskiego najbardziej zainteresowały mnie kwestie związane z niestabilnością technologii, w tym również informatycznych (tzn. zazwyczaj postrzegamy je jako gotowy produkt, który nie ma swojej historii, zwłaszcza zaś historii negocjacji z użytkownikami. Jest to także oczywiście pochodna pewnego typu projektowania (to znacznie większy temat) – artykuł pokazuje zresztą, jak ciekawe rzeczy można dostrzec traktując technologię jako „wiązkę procesów”. W przypadku oprogramowania takiego, jak USOS, mówimy o groupware, czyli oprogramowaniu do pracy grupowej. Abriszewski przywołuje nienowy już dzisiaj artykuł Martina Lea oraz Richarda Giordano dotyczący groupware’ów (kiedyś, w zamierzchłych czasach początku pierwszej dekady XXI wieku nieustanie czytało się o innowacyjnych rozwiązań, które w efekcie miały dać właśnie wirtualne grupowe środowiska pracy – tak, jak dzisiaj czyta się o internecie rzeczy). Dzisiaj groupware’y stały się jednak naszym chlebem powszednim (bo nie tylko USOS, ale w przypadku mojego uniwersytetu oparta na Moodle e-learningowa platforma Pegaz oraz system CMSu, w którym tworzone są strony internetowe). Zresztą, nic tak wyraźnie nie pokazuje wiatru zmian w tym zakresie, jak fakt, że wszystkie rozwiązania e-learningowe oraz samo hasło e-learning (tak „gorące” jeszcze kilka lat temu) dzisiaj stały się ywposażeniem lamusa. Nawet MOOC straciły jakby swoją moc, choć moduły interaktywne to może być pewne zagrożenie (ech, tematy, którymi warto się zająć, leżą na ulicy; aż się nie chce wierzyć, że wszyscy w kółko chcą tylko krytykować Facebooka).

Słowem, nie tylko USOS domaga się pogłębionej refleksji, ale cały szereg systemów informatycznych, na których opiera się dzisiaj academia – i upieram się przy tym, że jakkolwiek strefa negocjacji istnieje, to jednak coraz mniej jest to wspomaganie, a coraz bardziej uniwersytet zamienia się w formę code/space, o której pisali Kitchin i Dodge wspomniani przez mnie w poprzednim wpisie. To zaś oznacza, że przestrzeń i kod wzajemnie się konstytuują, ale funkcjonowanie przestrzeni w dużej mierze zależy od kodu (stopień tej zależności może być zróżnicowany; wszyscy jednak zgodzimy się, że większość polskich uniwersytetów bez USOSa nie jest w stanie wypełniać najistotniejszych funkcji) – co nie oznacza jednak, że powstający amalgamat nie jest podatny na nieciągłości, negocjacje i pękniecia. Nie jest to więc determinizm (i, na marginesie, odruchowe przywoływanie w tym kontekście McLuhana domagałoby się na tyle pogłębionego uzasadnienia, że traci na sensowności). Jak piszą Kitchin i Dodge:

” (…) code/space [proponuję kod/przestrzeń zupełnie roboczo] jest ciągle w stanie wyłaniania się, wytwarzany w indywidualnych aktach performatywnych oraz interakcjach społecznych, które są mediowane (świadomie lub nieświadomie) w relacji do wzajemnego konstytuowania się kodu/przestrzeni. W tym sensie, kod/przestrzenie mogą być rozumiane i konceptualizowane jako relacyjne i emergentne obszary, w ktorych oprogramowanie dostarcza ramy dla tego, co się odsłania, ale go nie determinuje.” (s. 74)

I dlatego właśnie interesuje mnie kwestia historii, i to ona domagałaby się poważniejszego opisu. O USOSie wiadomo, że powstał w 2000 roku (!) na Uniwersytecie WArszawskim i że od tamtej pory rozwija się w ramach konsorcjum. Dokumentacja jest oczywiście dostępna. Prawdziwa kopalnia wiedzy kryje się jednak w dokumentacji wdrożeniowej, co wymagałoby pogłębionej, uważnej lektury, do której warto byłoby dodać badania o charakterze etnograficznym z wdrożenia USOSa na poszczególnych uczelniach. Co być może dałoby odpowiedź na pytanie, jak przebiegają procesy negocjacji, gdzie zachodzą nieciągłości, w jakim stopniu system jest otwarty na emergencję i czy istotnie jest tak sztywny, jak się wydaje, czy też jest to tylko taktyka poszczególnych pionów i poziomów administracyjnych.

Przepis na ciekawy artykuł (a może książkę?) gotowy, uprzejmie proszę choćby o podziękowania za inspirację w przypadku realizacji 🙂

W tym wszystkim, co często czytamy o kryzysie akademii ten obszar – kwestia przemiany uniwersytetu w kod/przestrzeń jest zupełnie nieobecna, choć groupware’y ramują nasze codzienne doświadczenie w stopniu znacznie większym, niż nam się wydaje.

Humanistyka cyfrowa jako przedsięwzięcie krytyczne

Bardzo żałuję, że nie udało mi się ostatecznie dotrzeć na Ogólnopolski Kongres Studentów i Doktorantów Historii Sztuki, na panel poświęcony humanistyce cyfrowej zorganizowany przez Obywateli Nauki, zawiniło zapalenie krtani, które i tak na jakiś czas wyłączyło mnie z mówienia. A chciałam kontynuować wątek humanistyki cyfrowej w jej krytycznym aspekcie. Muszę zresztą przyznać, że niezłą inspiracją okazała się fejsbukowa dyskusja na ten temat, m.in. z Radosławem Bombą oraz Marcinem Wilkowskim, w której padło wiele interesujących kwestii (dyskusja byla obszerna, mam nadzieję, że autorzy wypowiedzi nie mają nic przeciw upublicznieniu tutaj):

dh_dyskusja DH_dyskusja2 DH_dyskusja3

Z dyskusji wzięłam tylko najważniejsze fragmenty, które zainspirowały mnie do przygotowania głosu w dyskusji, którego ostatecznie nie wygłosiłam. Trochę nadrabiam więc tutaj. Myślę, że warto przede wszystkim rozwiać nieporozumienia, które zazwyczaj towarzyszą użyciu określenia „krytyczne”. Tak się złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie mieliśmy przyjemność gościć Davida Gunkela z Northwestern University, który poprowadził w moim Instytucie seminarium z cyklu spotkań wokół posthumanizmu. Sporo rozmawialiśmy, tematow w dyskusji przewinęło się sporo. Podążę więc tutaj tropem także tych dyskusji. Gunkel w swojej najnowszej książce, The Machine Question, poddaje krytyce pewne rozumienie technologii, mające zresztą w humanistyce długą – i bardzo prominentną – tradycję: chodzi o instrumentalne rozumienie techniki (jako „po prostu”, głównie lub zasadniczo narzędzia). Można to myślenie odnaleźć zarowno u Heideggera (któż z nas nie zna słynnego fragmentu o młotku), jak i McLuhana. Gunkel pisze: nie ma w tej koncepcji nic inherentnie błędnego, sprawdzała się świetnie przy różnych okazjach i odpowiadała na kilka ważnych pytań. Krytyka tego podejścia nie zmierza do zastąpienia go innym ani wskazania jego fundamentalnych błędów; nie zmierza także – to chyba najtrudniejsza do przełknięcia kwestia wobec swoistego zwrotu pragmatycznego, instrumentalistycznego i antyteoretycznego (jeszcze odrobinę ironiczna) w dużym stopniu cechującego i cyfrową humanistykę, i cały nowy typ kultury, dla której naczelnym hasłem jest „make” – do znalezienia rozwiązań opisywanego problemu. Taka głęboko krytyczna postawa – dla mnie osobiście stanowiąca istotę humanistyki (sama jestem zaskoczona górnolotnością tej frazy) – oznacza coś innego. Gunkel cytuje Barbarę Johnson, która pisze, że krytyka w tym bogatym filozoficznym sensie oznacza „analizę, która koncentruje się na tym, co gruntuje możliwości systemu. Krytyka dokonuje lektury wstecznej wychodząc od tego, co wydaje się naturalne, oczywiste lub uniwersalne i pokazując, że te rzeczy mają swoją historię, powody, dla których są właśnie takie, efekty, które wywierają na tym, czego są przyczyną; że punkt początkowy nie jest dany, ale jest konstrukcją, zazwyczaj pozostającą niewidoczną dla samej siebie.” (B. Johnson we wstępie do tłumaczenia Dissemination Derridy, s. xv, za D. Gunkel, The MAchine Question, s. 11). Nie chodzi zatem, jak dalej pisze Gunkel, o odkrycie wad czy błędow do naprawienia systemu, podejścia czy sposobu myślenia – w takim krytycznym podejściu liczy się zbadanie i ujawnienie mechnizmu jego funkcjonowania, warunków możliwości, zobaczeniu, że to, co wydaje się być niekwestionowalne i oczywiste, ma swoją często złożoną historię, która zresztą równie często znika z pola widzenia. I takie właśnie rozumienie „krytycznego” przedsięwziecia mam na myśli przede wszystkim (tak wiem, to bardzo ryzykowne, niemodne i obśmiane, żeby derridiańskimi miazmatami traktować projekt, który w dużej mierze deklaratywnie pożegnał się z teoretyzowaniem; którego wielu zwolenników uważa, że studia kulturowe to przeżytek; że pytania o relacje władzy zostały już rozstrzygnięte – ale też może właśnie z powodu takiego rozumienia myślenia krytycznego tak często „postmodernizm” występuje w roli ulubionego chłopca do bicia, zarowno po prawej, jak i po lewej stronie akademii). Z tego punktu widzenia niepokoi mnie np. mająca charakter nawyku praktyka dzielenia humanistyki na „starą” i „nową” (choć sama to czaem czynię na użytek czysto operacyjny). I z tego punktu widzenia interesuje mnie np. kwestia „slow DH”, o której pisałam w poprzednim poście na ten temat. Ciekawą interwencją – która zresztą zadaje kłam wygodnemu podziałowi na nadmiernie teoretyzujących i tych skoncentrowanych na praktyce – jest w tym przypadku projekt Nicka Montforta, czyli badacza i twórcy realizującego się w obszarze e-literatury (to pole często niemal zupełnie niezauważane w popularnych ujęciach DH). Podążam tutaj tropem wyznaczonym przez Mariusza Pisarskiego, który niedawno, goszcząc w Krakowie, poświęcił Nickowi Montfortowi wykład. „Round” jest bardzo szczególnym poematem, który operuje zwalniając jednocześnie komputer odbiorcy, znacznie obciążając moc procesora – można zobaczyć tutaj strategię kontrkulturową, formę medium taktycznego, ale można także zobaczyć performatywną wypowiedź krytyczną.

Dlaczego w takim razie uprawiać tak rozumianą krytykę, jeśli nie prowadzi ona do sprawdzalnej i praktycznej odpowiedzi na konkretnie postawiony problem? Krótko mówiąc: po co refleksja badawcza, która niczego nie rozwiązuje? Po prostu dlatego, że umożliwia odmienne zestawy pytań, a to z kolei pozwala na wyróżnienie nowej problematyki, która w innym przypadku nie stałaby się widoczna. Odwołam się znowu do Gunkela: „pytania wyznaczają zestaw możliwości sprawiając, że rzeczy pojawiają się w polu widzenia i mogą zostać poddane badaniu.” (s. 13). Jeśli zaś chodzi o kwestię technologii – pytań nigdy dosyć. Dla dobra wszystkich istot.

Tytułem postscriptum: #alt-academy

… do poprzedniego wpisu, który zresztą cieszył się dużym zainteresowaniem. Dziękuję za wszystkie komentarze, te na blogu i te za pośrednictwem komunikatora. Radosław Bomba, inicjator i organizator konferencji „Zwrot cyfrowy w humanistyce”, słusznie zauważył:

Dorzuciłbym tu jeszcze brak miejsc, w których można publikować materiały multimedialne (filmy, prezentacje, wizualizacje), które byłby punktowane i niedocenianie przez MNiSW najprostszych form multimedialnych jak chociażby blogi. Od naukowców żąda się innowacyjności, ale jej wyobrażenie wywodzi się z XIX wiecznej mentalności „koksu i stali”

Mam nadzieję, że autor wybaczy mi upublicznienie naszej komunikatorowej konwersacji :-). Ponieważ w dalszym ciągu drążę temat (zazębia się zresztą również z książką, nad którą się mozolę), to tytułem postscriptum przedstawię dwie ciekawe formy, które zupełnie zmieniają myślenie o publikacjach akademickich, w tym również o modelu open access. Dyskusja, która toczy się w Poslce jest już olbrzymim tematem, ale wciąż cala energia dyskutantów koncentruje się niemal wyłącznie na tym jak (bo już raczej nie „czy”) po prostu udostępniać zasoby. Jest zresztą kilka bardzo dobrych przykładow repozytoriów, w tym repozytorium Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (nazwane nieco poetycko 🙂 AMURem). Wydaje mi się, że wciaż jednak zbyt mało uwagi poświęcamy nowatorskim formułom: versioning książek naukowych, „otwarte” publikacje – to wszystko całkiem dobrze już funkcjonuje (jak np. cytowana przeze mnie w poprzednim wpisie książka, Digital_Humanities) tam, gdzie dyskusja nad możliwościami „sieciowej” humanistyki ma trochę dłuższą historię.

Sądzę, że nie bez powodu jedna z tych innowacyjnych form, które chcę przedstawić, figuruje jako #alt-academy: proponuje bowiem zarówno dyskusję nad alternatywnymi modelami kariery akademickiej, jak i interesujący model publikacji. Można uznać ją za formę mieszaną: między zbiorem redagowanym, numerem tematycznym czasopisma a tematycznym forum dyskusyjnym. Wątki w serwisie  są pogrupowane w klastry i otwarte na komentarze oraz wkład nowych autorów. Jak piszą sami twórcy:

#Alt-Academy is both an edited collection and a grassroots, publish-then-filter approach to networked scholarly communication. All MediaCommons community members can comment on existing essays and freely publish relevant work as part of this site, thereby making their content available at a stable URL and discoverable through search.

Bethany Nowviskie, która jest redaktorką serwisu, napisała bardzo ciekawy artykuł, który z polskiej perspektywy może mieć nieco frustrujący efekt dla czytelnika. Otóż sektor #alt-academy jest najwyraźniej niewidocznym, acz kluczowym aktorem akademickiej innowacji. Można tylko byłoby życzyć sobie, żeby kiedyś i u nas pojawiły się organizacje, które będą widziały swoją misję polegającą na tym samym, co robi Scholarly Communication Institute:

SCI (from the insider’s point of view) is about listening, helping, and nudging.

Kto wie, może w naszym warunkach taką instytucją stanie się kiedyś np. CITTRU, funkcjonujące w mojej macierzystej Alma Mater? Wymagałoby to jednak chyba czegoś więcej niż wydawania kolorowego magazynu na pełnej kredzie, fanpage’a na Facebooku i organizacji rozlicznych szkoleń (skądinąd, działalności chwalebnej). Wymagałoby to dokładnie tego, o czym mówił Radek: zmiany koncepcji innowacyjności rodem z XIX wieku, wpisanej w bardzo ograniczony model biznesowy.

Cała formuła MediaCommons Press jest świetnym źródlem inspiracji i nieprzypadkowo (acz bardzo celnie) domena nosi w nazwie „futureofthebooks”. Jak mogą wyglądać książki naukowe, pokazuje przykład najnowszej książki Kathleen Fitzpatrick, Planned Obsolence. Publishing, Technology, and the Future of Academy. Rodziła się właśnie w takim otwartym dostępie – do tej pory można zresztą przeczytać komentarze, które towarzyszyły publikacji pierwszych wersji tekstu (za pomocą oprogramowania budowanego przez Institute for the Future of Book z laboratorium Software Studies Initiative zespołu Lva Manovicha,  CommentPress).

Tym bardziej jednak podtrzymuję oinię, którą wyraziłam jakiś czas temu – nie da się tego robić „z doskoku”. Jak widać, jest to poważny proces, dokładnie takiej samej wagi, jak pisanie książki. Dlatego może nie jest od rzeczy rozpocząć dyskusję nad tym, czy prowadzenie akademickich blogów nie powinno być zauważone i docenione. Choć boję się jednocześnie mówić o tym głośno – obawiam się, że jedynym narzędziem, które miałoby oceniać „wartość” bloga stałoby się, przy obecnym parametryzacyjnym obłędzie, Google Analytics… Takie dyskusje już zresztą się toczą tu i ówdzie – np. czy i jak obecność w twittosferze przekłada się na znaczenie i wagę pracy akademickiej.

I jeszcze – skoro postscriptum: Debates in Digital Humanities została udostępniona online, o czym nie tak dawno pisał Marcin Wilkowski na blogu Historia i Media. W czasie, kiedy czytałam Debates… po raz pierwszy, widniała dopiero informacja o projekcie sieciowym w przyszłości, ale szczegóły nie były jeszcze znane. Dziękuję Marcinowi za przypomnienie.