Dostarczyciele kontentu czy wspólnota akademików?

60290341Jak (ostatnio) nieco ponad 19 milionów akademików, mam swój profil na Academia.edu – założony w 2008 roku. Zdążyłam więc w tym czasie doświadczyć kilku zmian. Najbardziej znaczącą z perspektywy czasu wydaje mi się wprowadzenie „sesji”, czyli moderowanych dyskusji wokół prezentowanej na Acdemia.edu zawartości. Muszę przyznać, że początkowo ogarnął mnie entuzjazm – rodzaj Facebooka dla akademików w 2008 – 2009 roku jawił się dosyć obiecująco (zwłaszcza, że szybko pojawiła się opcja logowania przez Facebooka i możliwość podpięcia Academia.edu do rozlicznych aplikacji i serwisów w uniwersum FB). Sceptycym ogarnął mnie jednak nie tylko za sprawą kierunku, w jakim zmierza Facebook oraz dyskusji, jaka toczyła się na liście AoiR jakiś czas temu (niestety, nie mam do niej dostępu, bo chwilowo archiwa listy są niedostępne). Jej leitmotivem była myśl o udostępnianiu swojej pracy wprawdzie w na poły otwartej formie (żeby korzystać z Academia.edu trzeba mieć tam profil lub logować się przez Facebooka), ale w systemie, nad którym nie mamy zbyt wielkiej kontroli.

Mocniejsza fala sceptycyzmu ogarnęła mnie po doświadczeniach z serwisem Scribd. Przypadku modelowym, jak się wydaje, dla pewnych procesów związanych z mediami „społecznościowymi” (wspominałam o tym już tutaj). Otóż Scribd powstał właśnie około 2007 roku – wg Wikipedii narodził się z dyskusji dotyczącej trudności z publikacją artykułów naukowych. Ciekawostką jest jednak to, że hasło w Wikipedii nie wspomina ani słowem o kluczowym dla serwisu wydarzeniu: mianowicie między 2011 a 2013 rokiem Scribd zmienił charakter. Z serwisu udostępniania dokumentów zamienił się w serwis subskrypcyjny, w modelu abonamentowym (za 8,99$ można czytać dowolną liczbę tekstów). To także zresztą charakterystyczne – opisy firm na Wikipedii mają charakter nie tyle informacji, ile reklamy (ślad dyskusji na ten temat można znaleźć w historii edycji hasła, w zakładce „Talk”). Choć trzeba przyznać, że forpoczta tej zmiany mogla pojawić się wcześniej, w 2009 roku, pod postacią gestu premiującego autorów zamieszczających swoje utwory i chcących za nie otrzymywać wynagrodzenie. Na czym polega mój problem ze Scribdem? Wcale nie na tym, że nagle zażądano płatności (rzeczywiście niezbyt wygórowanej) za coś, co wcześniej miało charakter darmowy. I nawet nie na tym, że kiedy chciałam ściągnąć swój własny tekst, to musiałam zapłacić za opcję „Premium” (bo gdzieś zapodziała się ostateczna wersja). Choć właściwie, jeśli się zastanowić – to ostatnie zdarzenie uzmysłowiło mi, że mam do czyneinai z pewną tendencją a Scribd stał się tylko jej wyrazistym symptomem. Firma po prostu skapitalizowała naszą dobrowolną aktywność – prezentując się początkowo jako serwis „wymiany” a nie „subskrypcji”, zachęcała użytkowników do „współdzielenia” i zwykłej aktywności w rodzaju „lubienia”, „zaznaczania”, embeddingu itp. Kiedy w 2008 roku Scribd uzyskał status serwisu należącego do czołówki platform społecznościowych (wg jednego z rankingów przytoczonego w haśle Wikipedii), było oczywiste, że zdołał tym samym przyciągnąć odpowiednią liczbę użytkowników (co nie jest, biorąc pod uwagę spektakularną klęskę Google+, takie gwarantowane). Rok później podpisano umowy z czołowymi wydawnictwami i stopniowo zaczęto zmierzać w stronę serwisu subskrypcyjnego. Nie bez znaczenia jest zapewne fakt, że po drodze pozyskano znaczny kapitał z Redpoint Ventures – to jednak temat na zupełnie inny, choć też znaczący artykuł (nic bowiem w kapitalizmie informacyjnym nie jest „rynkowe” w uproszczonej wersji, w ktorej „rynek” opiera się po prostu na sprzedaży produktów).

Jeśli piszę, że to symptom szerszego procesu, to głównie dlatego, że nie brakuje podobnych przykładów. Jedną z takich historii – angażowania i wykorzystywania aktywności odbiorców po to tylko, by ostatecznie potraktować ich jak zbędny balast – mogłabym opisać przywołując to, co Google zrobił z serwisem Panoramio. Niewielka firma oferowała od 2005 roku serwis z geolokalizowalnymi zdjęciami, który w 2007 przejął Google i włączył w swoje serwisy mapowe.  W wrześniu 2014 Evan Rapoport, menadżer tworzonego przez Google własnego serwisu Views, oficjalnie oznajmił na forum Panoramio, że oba serwisy zostaną połączone, a dokładniej, że „zawartosć Panoramio migruje na Google”. Oznaczało to jednak przejęcie tylko zawartości, a pominięcie rozbudowanego forum oraz pozostałych narzędzi społecznościowych, jakie w trakcie użytkowania zostały przez społeczność wypracowane. Decyzja spotkala się oczywiście z żywiołowym protestem „Panoramian” i proces negocjacyjny się rozpoczął (choć przypomina raczej potyczkę mrówki ze słoniem). Ta perspektywa obrazuje nie tyle nawet instrumentalne podejście korporacji do wspólnot kształtujących się wokół zawartości, ile raczej głębokie niezrozumienie tworzenia, roli i znaczenia wspólnoty (powtórzę: nie jest to zaskoczenie – fakt, że w Google nie rozumieją społeczności, najlepiej pokazują losy Google+). [mówiłam o tym w Bergen w grudniu 2014, aktualnie piszę tekst]

Dlatego trudno mi całkowicie cieszyć się z platformy Academia.edu, nawet jeśli oferuje teraz rzeczywiście ciekawe narzędzie umożliwiające dyskusję nad zamieszczonymi tam tekstami. I nawet, jeśli te dyskusje są bardzo inspirujące. Oznacza to bowiem przesunięcie dyskusji, które – owszem, przedtem trudniejsze do poprowadzenia, bardziej rozproszone, mniej stabilne i mniej być może dostępne – w orbitę przestrzeni korporacyjnej. Dyskusje, które przedtem mogły (?) toczyć się choćby między blogami, teraz będą się toczyć na platformie sygnowanej Academia.edu, co do której celów i strategii rozwoju nie wiemy nic – jest to bowiem kolejne przedsięwzięcie oparte o venture capital (z funduszami pozyskanymi m.in. ze Spark Capital), a zatem prędzej czy później osiągany zysk stanie się sprawą wagi zasadniczej.

I choć osiąganie zysku – zwłaszcza w sposób zrównoważony, oparty na ciekawych pomysłach i na zasadach „fair” – jest godne szacunku, to jednak nie do końca ufam (na razie) Academia.edu. Czas pokaże, czy zostaliśmy rzeczywiscie zaprojektowani jako wspólnota akademików czy też raczej jako dostarczyciele zawartości (i danych). Czy to jest rzeczywiście przejaw otwartego dostępu i otwartej nauki, jak głosi hasło w Wikipedii? (I nie tylko ja mam takie wątpliwości, sądząc po dyskusji edytorskiej). Chyba zbyt mało wiemy o tym modelu biznesowym, żeby podejść do tego bezkrytycznie. Skądinąd krzepiące, że założyciel Academia.edu, Richard Price, jest humanistą (pracuje nad doktoratem z filozofii) – moje wątpliwości dotyczą zresztą nie tyle domniemanych intencji twórcow obu serwisów (czyli Scribda i Academia.edu), ile uwarunkowań kapitalizmu informacyjnego, które stanowią podłoże dla funkcjonowania podobnych serwisów.

Co do tego, że potrzebujemy nieco innych przestrzeni konwersacyjnych niż Facebook i Twitter, raczej nie ma wątplwości – najświeższą taką próbą jest propozycja czasopisma e-flux: platforma nazwana Conversation, która proponuje miejsce dla pogłębionych wymian zdań.

Pisząc to wszystko oczywiście jestem świadoma, że posługuję się WordPressem i że zapewne to wszystko tak czy owak wyląduje na Facebooku, gdzie najczęściej toczą się dyskusje. Nie jest to, wbrew pozorom, głos o zupełną autonomię od sieciowych seriwsów (co nie jest raczej możliwe), raczej zdanie relacji z kilku wątpliwości. Tak czy owak, mam nadzieję, że – mimo mojego sceptycyzmu – zaproszenia do sesji Academia.edu nie przestaną napływać 🙂

Reklamy