Monthly Archives: Październik 2014

„W ogóle to ci ludzie to ciekawa scena jest…”

hawangardaTytuł wpisu jest inspirowany rezonansem, jaki wzbudził Międzynarodowy Festiwal Literatury Eksperymentalnej Ha!awangarda na forum demoscenowym (courtesy of Piotr Marecki, który nie omieszkał rozesłać wici o tym wydarzeniu i o feedbacku). Rzecz będzie dotyczyć właśnie tego znaczącego z kilku powodów eventu, który wrasta w akademicką tradycję, bo od tego właśnie zaczynam październik. Zapewnia nam stosunkowo miękkie lądowanie po wakacjach (kiedy radośnie oddajemy się iluzjom i inspiracjom pod hasłem ile-super-rzeczy-można-byłoby-napisać-zrobić) na dość twardy grunt academii, gdzie szybko okazuje się to, co zwykle – że owszem, można, ale tylko nadludzką mocą, którą mają wyłącznie herosi. Tak czy owak, Ha!wangarda z początkiem października, gość w dom etc. Muszę od razu przyznać się bez bicia – nie udało mi się uczestniczyć nawet w 30% tegorocznego festiwalu, może w połowie eventów ubiegłorocznego, ale poziom inspiracji jest i tak niebywale wysoki. Po pierwsze, w ubiegłym roku, podczas prezentacji Zenona Fajfera i spotkania z Michalem Joycem dane było mi olśnienie w postaci konwersacji z młodą osobą (chyba studentką…) w kolejce do toalety w Czułym Barbarzyńcy, gdzie oba zdarzenia miały miejsce (wiadomo, że kolejki do damskiej toalety to forum z gruntu demokratyczne). Osoba wyznała z nadzwyczaj szczerą radością i świeżością, że kompletnie nie ma pojęcia o tym, co to jest e-literatura, ale impreza jest świetna i ten starszy pan (Michael Joyce) mówił takie ciekawe rzeczy. Jak dla mnie, to jest właśnie najgłębszy sens Ha!wangardy – wbrew tytułowi (bo prócz awangardowych podtekstów także „Międzynarodowy Festiwal Literatury Eksperymentalnej”) to zdarzenie jest jednym z najciekawszych interfejsów łączących akademickie dysputy ze światem zewnętrznym. Mało tego, mam poczucie, że zachodzi tutaj głęboki, poważny i twórczy kontakt wielu światów, w tym świata tych, którzy nie mają pojęcia o e-literaturze i tych, którzy ją praktykują, badają lub… się snobują (w czym nie ma nic złego). Tak czy owak, gdyby ktoś jeszcze parę lat temu powiedział, że w Krakowie będziemy mieć możliwość zobaczenia wystawy i uczestniczenia w warsztatach prowadzonych przez Nicka Montforta i że Michael Joyce będzie tutaj opowiadał o swoich związkach z Polska i nowym projekcie powieści lokacyjnej (2013), że będzie można spotkać całą scenę e-literacką Europy Srodkowej i Wschodniej (z Zuzaną Husarovą ze Słowacji i Natalią Fedorovą z Rosji) (2013), że Mariusz Pisarski z Techstów (prosto z Londynu) będzie oferował fascynujące wykłady i warsztaty literatury w przestrzeni wzbogaconej (2014) i że będziemy gościć Kathi Inman Berens z Annenberg School of Communication – krótko mówiąc, to wszystko dla ludzi choćby całkiem luźno związanych z lietraturą eksperymentalną, teorią mediów czy sztuką mediów brzmi zupełnie jak marzenie, które zawsze się pielęgnowało, ale nie miało się odwagi go wyjawić. W tym wszystkim znakomite eventy artystyczne – w 2014 roku moim absolutnym faworytem stał się „Cyberżulerski performans zaprawiony ZUSWAVEM i POORWAVEM, z przypisami podwieszonymi w kosmosie – Leszek Onak / Łukasz Podgórni / Piotr Puldzian Płucienniczak”, czyli niepowtarzalna Rozdzielczość Chleba. Do tego dochodzą wydawnictwa Korporacji Ha!art: w 2013 roku m.in. „Opowieści graficzne” Juliana Antonisza (trwała Antoniszowa passa; dopiero co zakończyla się wystawa w Muzeum NArodowym w Krakowie, przeniesiona z Zachęty), w 2014 po pierwsze: „Zegar światowy” Nicka Montforta (w tłumaczeniu i z posłowiem PIotra Mareckiego), po drugie: rzecz tak fundamentalna, jak Cybertekst Espena Aarsetha w przekładzie zbiorowym (Dorota Sikora i Mariusz Pisarski (rozdział 1), Paweł Schreiber (rozdziały 2, 3, 5, 7), Michał Tabaczyński (rozdziały 4, 6, 8, 9). W międzyczasie: „Przestrzeń pisma” Jaya Davida Boltera. Do tego trzeba byłoby dorzucić kilka innych bardzo ważnych tytułów (jak cała seria liberatury redagowana przez Katarzynę Bazarnik i Zenona Fajfera czy jak kolejna podstawa: „XAnadu. Hipertekstowe przemiany prozy” Mariusza Pisarskiego) oraz specjalne numery Ha!artu wydawane właśnie z okazji lub w związku z festiwalem.

Ha!wangarda jest jednym z przykładow takich miejsc, gdzie wszystko to, co najlepsze z academii spotyka się z wieloma przestrzeniami zupełnie w niej na codzień nieobecnymi (albo obecnymi z wielkim trudem); gdzie wzajemne uczenie się ma formę atrakcyjną i inspirującą; gdzie nabiera sensu cały dyskurs związany z przemianami form produkcji wiedzy w kontekście pozaakademickim. Co decyduje o jakości uczelni? Ludzie, jacy tam pracują. Dlaczego muszą / chcą realizować swoje pomysły poza jej murami? To kolejne pytanie, na które można odpowiedzieć na znacznie więcej sposobów, niż aktualnie przyjdzie nam do głowy. W każdym razie studenci więcej mogą się nauczyć uczestnicząc przez kilka dni w festiwalu, niż przez cały semestr niejednych zajęć.

Reklamy

Zhakować system

Warto uważnie przeczytać długi list zamieszczony w London Review of Books: Marina Warner, „Diary”. Chociaż dotyczy kontekstu brytyjskiego, to i w naszych warunkach mamy do czynienia z bardzo podobnymi schematami. Przede wszystkim z kryteriami oceny, które zmieniają się w trakcie gry, ale również z czymś znacznie poważniejszym: przeniesiem całej ciężkości na czysto formalne, zewnętrzne mierniki „sukcesu” w świecie akademickim. Piszecie teksty z niemałym wysiłkiem, które już po opublikowaniu stają się śmieciowym dorobkiem, bo zmienił się sposób oceny? Czekacie w napięciu na coroczne listy czasopism punktowanych, żeby nie okazało się, że dorobek z ostatniego roku (dwóch) lat nagle pokaźnie się zmniejszył? Wypełniacie ankietę samooceny pracownika za ostatnie trzy lata i ze zgrozą dostrzegacie, że zmieniły się wagi? Poświęcacie sporo energii dydaktyce i widzicie, że nie ma to najmniejszego znaczenia (o ile bazylion studentow nie wypełni w systemie ankiety oceny waszych zajęć, wszystkie na maksymalną liczbę punktów)? Nie chcę zagłębiać się w gąszcz dyskusji wokół parametryzacji i bibliometrii, wagi punktów i spsobów oceny („punkty są niedobre, ale nie wymyślono nic lepszego”, „to przecież najabrdziej obiektywny sposób” bla-bla-bla, argumenty powielane ad nauseam i w pustce, bo nie wnoszą do dyskusji nic nowego). Problem kryje się gdzie indziej i jest znacznie poważniejszy: w trwającym procesie zamieniania uniwersytetów w korporacje (pojawiają się już przecież przetargi na prowadzenie zajęć i umowy o stypendia zabezpieczane wekslami in blanco) jesteśmy trenowani do przyjmowania czysto formalnych, zewnętrznych, ustalanych w nieprzejrzysty sposób mierników sukcesu.

Zeby nie być gołosłowną:

unikorpo

Każdy, kto oceniał NCNowski wniosek o grant wie, jakie są kryteria „wyróżniającego” i „bardzo dobrego” dorobku naukowego: odhacza się po prostu odpowiednią rubrykę z bardzo precyzyjnie określonymi parametrami (tak, tak wybitna rozpoznawalność na świecie, publikacje wyłącznie w czasopismach z listy ERIH, obecność w Web of Science etc.). Nie czarujmy się – kto wśród polskich humanistów (w tym z tytułami profesorskimi) spełnia te kryteria? I nie chcę wszczynać po raz kolejny (ad nauseam) dyskusji o to, czy publikować po angielsku (oczywiście, że tak!), bo zupełnie nie w tę stronę zmierzam. Myślę o tym, że oceniając wniosek o grant możemy ocenić dorobek zgodnie z własnym przekonaniem (a wbrew bardzo precyzyjnie sformułowanym podpowiedziom systemu) i uzasadnić to w rubryce na to przeznaczonej. Pytanie brzmi tylko, ile/ilu z nas będzie na to stać? Nie chodzi o jakąś heroiczną odwagę, a zwykłe zwrócenie uwagi na to, że to nie system OPI ocenia projekty, tylko my – eksperci (tak, mam na to papiery, jestem ekspertem, mimo dorobku, który wielu oceniających zakwalifikowałoby jako przeciętny – i słusznie z punktu widzenia kryteriów czysto formalnych bardzo szczegółowo wpisanych przy odpowiednich rubrykach do kliknięcia) i że możemy/powinniśmy w tym kierować się własnym uznaniem i rozeznaniem, czyj dorobek jest rzeczywiście znaczący (na przykład dla debaty publicznej w Polsce). Czy stać nas dzisiaj na to (czasowo, myślowo i emocjonalnie), żeby zhakować system? Zeby uczyć młodych ludzi, że to nie zewnętrzne, formalne kryteria decydują o ich sukcesie? (bo te kryteria zawsze będą podatne na „rewolucyjne” zmiany, które są najczęściej zawoalowanym interesem ekonomicznym) Zeby budować poczucie własnej wartosci studentów, doktorantów (i własne) w oparciu o coś zupełnie innego? Do pewnego stopnia posłużyłam się tutaj figurą retoryczną (która zazwyczaj wypada efektownie i działa). Nie ma jednej dobrej odpowiedzi i każdy z nas musi borykać się z tymi pytaniami na własną rękę.

Poświeciłam na ten wpis 30 minut wyrwanych walce o akademicką parówkę (well, bardzo do niej daleko, z tej perspektywy nawet nie widać – gruba, czy cieniutka) i ucieczce przed akademickim kijem (rozsądek podpowiada, że w tej sytuacji trzeba zarezerować znaczne zasoby energii na dobrą amortyzację, bo kij jest daleko bardziej realny niż parówka. W znanym powiedzeniu podmieniłam marchewkę (wydaje mi się zbyt szlachetną metaforą tej sytuacji, parówka znacznie lepiej opisuje to, co ma być ewentualną nagrodą).

dysproporcja

… między paskiem z boku pokazującym moją aktywność na Twitterze a blogiem, który utknął na lutym 2014. To chyba najlepiej obrazuje stan rzeczy – utknął blog i ja też utknęłam, ale życie (akademickie) nieubłaganie gna (w tempie kolejnych deadline’ów na wszystko i jeszcze więcej, zazwyczaj mocno zawalanych). Co tu kryć, kilka miesięcy poświęconych na przemyślenie, czy w ogóle blogowanie tutaj ma jakiś sens – dla mnie i dla ewentualnych czytelników. Zwłaszcza, że w międzyczasie sfera akademickiej blogosfery rozrosła się niepomiernie – podziwiam kolegów i koleżanki, którzy mają o tyle determinacji więcej niż ja, żeby swoje blogi konsekwentnie prowadzić. Ponieważ jednak zaczyna się kolejny rok akademicki, ponieważ tkwię w samym środku zabójczych terminarzy, ponieważ sprawdziłam, że blog, którego bardziej nie piszę niż piszę i tak ma swoich czytelników (więc warto), ponieważ sporo się dzieje, ponieważ pilotożowo wylosowano mój wydział do ankiety samooceny pracownika w trybie online i komunikat głosi, że można to zrobić tylko w Internet Explorerze (!!!) i jest druga wersja aplikacji, bo pierwsza się kompletnie posypała – spróbuję jeszcze raz. A ja nie mam nawet na czym zainstalować IE (kto w ogóle korzysta z IE? chyba tylko pracownicy UJotowskiego Centrum Rozwoju Systemów Zintegrowanych, którzy zaproponowali nam tego nieszczęsnego humbuga (wieść gminna neisie, że i druga wersja aplikacji spektakularnie wywala się przy próbie zapisania pracowicie uzupełnionych danych – autor! autor!). Bo ponieważ na tym coraz częściej polega życie akademickie, bo ponieważ wszyscy mamy tego serdecznie dosyć, bo ponieważ najczęściej nie wiemy, co z tym zrobić i zachowujemy się przykładnie: przeczekujemy (tak, niepoprawnego sformułowania używam z premedytacją, żeby oddać całą potworność sytuacji). Ja zamierzam przeczekać do 28. października (termin wypełnienia ankiety upływa 30.). Zycie podpowiada że do tego czasu:

a) aplikacja wywali się spektakularnie po raz trzeci, czwarty i piąty;

b) większość ludności zbędzie konieczość wypełnienia wyniosłym, chłodnym i odmownym milczeniem, w związku z tym około 10. listopada pojawi się kolejny masowy mailing, którego treść będzie można ująć pokrótce jako „kto się pospieszył i wypełnił, ten jest luzerem”

c) nastąpi awaria SAPa

d) itd., itd, wszyscy znacie.

Zamierzam jednak zapytać, jakaż to niezwykła koniecznosć kazała zaproponować nam coś, co można uruchomić tylko w przeglądarce, z której korzysta (wg świeżych danych) jakieś 10% polskich użytkowników internetu (licząc dwie ostatnie wersje)