Monthly Archives: Listopad 2013

Paradoks lektury

Rzadko zdarza się, że mogę zacząć dzień od lektury porannej prasy. Nie mam tutaj jednak na myśli żadnego polskiego tytułu (no, może oprócz „Tygodnika Powszechnego”), bo to obraza intelektu i tortury – prace licencjackie moich studentów w pierwszej wersji męczą mniej niż lektura tuzów i adeptów polskiego dziennikarstwa. Nad tym jednak szkoda się – póki co – rowodzić. W każdym razie przegląd prasy od dawna zastępuje mi Twitter, który przynosi mi i tak znacznie więcej informacji z dziedzin, które mnie interesują, niż to możliwe do przełknięcia. W każdym razie moją uwagę przykuł krótki twit:

Przeczytałam, bo oczywiście fraza „…Cultural studies is to blame.” natychmiast przykuwa moją uwagę. Zazwyczaj po chwili czuję się zupełnie uspokojona, bo to zwiastuje wyjątkowo uproszczoną wersję studiow kulturowych, nie inaczej i tym razem:

The cultural studies squad certainly doesn’t sweat the complications and scarcely bothers with the particular words. It just asks students to grasp the salient points, usually regarding who, in a given setting, is oppressing whom.

Chciałoby się wręcz rzec, lekarzu, ulecz się sam – skoro narzekasz na nierzetelność i powierzchowność lektury, to zadaj sobie trud, żeby poczytać co nieco z działki „cultural studies” nieco dokładniej (znamienne, nie padają tutaj żadne nazwiska).

Zgadzam się jednak, coraz trudniej znaleźć czas na prawdziwą lekturę i coraz trudniej czytać książki w całości – zmieniają się nasze nawyki lekturowe i wzory działania naszych umysłów. Czasami rownież mnie to niepokoi. Zastanawiam się, czy nie wkraczamy w epokę, w której znakomita część humanistyki (w tym niemal cała filozofia) nie zostanie po prostu zapomniana, a ciągłość kulturowa istotnie nadszarpnięta. To wcale nie pesymizm ani nie utyskiwanie. Były przecież w historii Europy takie epoki, w których dziedzictwo filozofii greckiej było całkowicie niemal zapomniane. Nigdy zresztą dostęp do tych rezerwuarów nie był dostępny tzw. masom. Zastanawiam się czasem, jak będziemy się porozumiewać w społeczeństwie, w którym coraz większa liczba wykształconych ludzi będzie musiała codziennie od nowa wymyślać koło i proch (mówiąc metaforycznie), bo nigdy nie wpadła na to, żeby poczytać Nietzschego.

Tyle tylko, że martwi mnie także proponowane rozwiązanie – aplikacja, która ma narzucać sposób korzystania z komputera (m.in. zapobiegać przełączaniu się między aplikacjami). To typowo technokratyczne i wynikające z głębi umysłu instrumentalnego rozwiązanie. Kolejny przykład rozwiązywania nietechnicznych problemow czysto technicznymi środkami. Argumentacja jest zresztą rownie znamienna:

The blackout can be achieved, I was delighted to learn, through something called the Freedom app, which allows one at the keyboard to focus on his or her word processor, and nothing else—the digital equivalent, Mikics suggests, to maintaining celibacy at an orgy.

Czyli zaczynamy od przymusu (w dodatku przypominającego zawracanie kijem Wisły) – i ani słowa o wartości dyscypliny wewnętrznej ani o tym, jak ją wypracować? Do tego sprowadzają się rady „humanistów z górnej półki”? Do języka rodem z fundamentalistycznych odłamów myśli religijnej, zatopionej w rozważaniach i winie i karze? Jeśli tak, to zdecydowanie wolę swoje kulturoznawcze podejście. Tym bardziej, że każe mi ono zadawać nieco głębsze pytania, które zresztą prowadzą do odpowiedzi, że „przesyt informacji” towarzyszy nam od dłuższego czasu: jak pisze Daniel Rosenberg na łamach „Journal of the History of Ideas”, w całym okresie naszej zachodniej nowoczesności (D. Rosenberg, „Early Modern Information Overload”, Journal of the History of Ideas, 2003, vol. 64, no. 1 – do znalezienia w bazie JSTOR).