Monthly Archives: Październik 2013

Humanistyka cyfrowa jako przedsięwzięcie krytyczne

Bardzo żałuję, że nie udało mi się ostatecznie dotrzeć na Ogólnopolski Kongres Studentów i Doktorantów Historii Sztuki, na panel poświęcony humanistyce cyfrowej zorganizowany przez Obywateli Nauki, zawiniło zapalenie krtani, które i tak na jakiś czas wyłączyło mnie z mówienia. A chciałam kontynuować wątek humanistyki cyfrowej w jej krytycznym aspekcie. Muszę zresztą przyznać, że niezłą inspiracją okazała się fejsbukowa dyskusja na ten temat, m.in. z Radosławem Bombą oraz Marcinem Wilkowskim, w której padło wiele interesujących kwestii (dyskusja byla obszerna, mam nadzieję, że autorzy wypowiedzi nie mają nic przeciw upublicznieniu tutaj):

dh_dyskusja DH_dyskusja2 DH_dyskusja3

Z dyskusji wzięłam tylko najważniejsze fragmenty, które zainspirowały mnie do przygotowania głosu w dyskusji, którego ostatecznie nie wygłosiłam. Trochę nadrabiam więc tutaj. Myślę, że warto przede wszystkim rozwiać nieporozumienia, które zazwyczaj towarzyszą użyciu określenia „krytyczne”. Tak się złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie mieliśmy przyjemność gościć Davida Gunkela z Northwestern University, który poprowadził w moim Instytucie seminarium z cyklu spotkań wokół posthumanizmu. Sporo rozmawialiśmy, tematow w dyskusji przewinęło się sporo. Podążę więc tutaj tropem także tych dyskusji. Gunkel w swojej najnowszej książce, The Machine Question, poddaje krytyce pewne rozumienie technologii, mające zresztą w humanistyce długą – i bardzo prominentną – tradycję: chodzi o instrumentalne rozumienie techniki (jako „po prostu”, głównie lub zasadniczo narzędzia). Można to myślenie odnaleźć zarowno u Heideggera (któż z nas nie zna słynnego fragmentu o młotku), jak i McLuhana. Gunkel pisze: nie ma w tej koncepcji nic inherentnie błędnego, sprawdzała się świetnie przy różnych okazjach i odpowiadała na kilka ważnych pytań. Krytyka tego podejścia nie zmierza do zastąpienia go innym ani wskazania jego fundamentalnych błędów; nie zmierza także – to chyba najtrudniejsza do przełknięcia kwestia wobec swoistego zwrotu pragmatycznego, instrumentalistycznego i antyteoretycznego (jeszcze odrobinę ironiczna) w dużym stopniu cechującego i cyfrową humanistykę, i cały nowy typ kultury, dla której naczelnym hasłem jest „make” – do znalezienia rozwiązań opisywanego problemu. Taka głęboko krytyczna postawa – dla mnie osobiście stanowiąca istotę humanistyki (sama jestem zaskoczona górnolotnością tej frazy) – oznacza coś innego. Gunkel cytuje Barbarę Johnson, która pisze, że krytyka w tym bogatym filozoficznym sensie oznacza „analizę, która koncentruje się na tym, co gruntuje możliwości systemu. Krytyka dokonuje lektury wstecznej wychodząc od tego, co wydaje się naturalne, oczywiste lub uniwersalne i pokazując, że te rzeczy mają swoją historię, powody, dla których są właśnie takie, efekty, które wywierają na tym, czego są przyczyną; że punkt początkowy nie jest dany, ale jest konstrukcją, zazwyczaj pozostającą niewidoczną dla samej siebie.” (B. Johnson we wstępie do tłumaczenia Dissemination Derridy, s. xv, za D. Gunkel, The MAchine Question, s. 11). Nie chodzi zatem, jak dalej pisze Gunkel, o odkrycie wad czy błędow do naprawienia systemu, podejścia czy sposobu myślenia – w takim krytycznym podejściu liczy się zbadanie i ujawnienie mechnizmu jego funkcjonowania, warunków możliwości, zobaczeniu, że to, co wydaje się być niekwestionowalne i oczywiste, ma swoją często złożoną historię, która zresztą równie często znika z pola widzenia. I takie właśnie rozumienie „krytycznego” przedsięwziecia mam na myśli przede wszystkim (tak wiem, to bardzo ryzykowne, niemodne i obśmiane, żeby derridiańskimi miazmatami traktować projekt, który w dużej mierze deklaratywnie pożegnał się z teoretyzowaniem; którego wielu zwolenników uważa, że studia kulturowe to przeżytek; że pytania o relacje władzy zostały już rozstrzygnięte – ale też może właśnie z powodu takiego rozumienia myślenia krytycznego tak często „postmodernizm” występuje w roli ulubionego chłopca do bicia, zarowno po prawej, jak i po lewej stronie akademii). Z tego punktu widzenia niepokoi mnie np. mająca charakter nawyku praktyka dzielenia humanistyki na „starą” i „nową” (choć sama to czaem czynię na użytek czysto operacyjny). I z tego punktu widzenia interesuje mnie np. kwestia „slow DH”, o której pisałam w poprzednim poście na ten temat. Ciekawą interwencją – która zresztą zadaje kłam wygodnemu podziałowi na nadmiernie teoretyzujących i tych skoncentrowanych na praktyce – jest w tym przypadku projekt Nicka Montforta, czyli badacza i twórcy realizującego się w obszarze e-literatury (to pole często niemal zupełnie niezauważane w popularnych ujęciach DH). Podążam tutaj tropem wyznaczonym przez Mariusza Pisarskiego, który niedawno, goszcząc w Krakowie, poświęcił Nickowi Montfortowi wykład. „Round” jest bardzo szczególnym poematem, który operuje zwalniając jednocześnie komputer odbiorcy, znacznie obciążając moc procesora – można zobaczyć tutaj strategię kontrkulturową, formę medium taktycznego, ale można także zobaczyć performatywną wypowiedź krytyczną.

Dlaczego w takim razie uprawiać tak rozumianą krytykę, jeśli nie prowadzi ona do sprawdzalnej i praktycznej odpowiedzi na konkretnie postawiony problem? Krótko mówiąc: po co refleksja badawcza, która niczego nie rozwiązuje? Po prostu dlatego, że umożliwia odmienne zestawy pytań, a to z kolei pozwala na wyróżnienie nowej problematyki, która w innym przypadku nie stałaby się widoczna. Odwołam się znowu do Gunkela: „pytania wyznaczają zestaw możliwości sprawiając, że rzeczy pojawiają się w polu widzenia i mogą zostać poddane badaniu.” (s. 13). Jeśli zaś chodzi o kwestię technologii – pytań nigdy dosyć. Dla dobra wszystkich istot.

Tak, tak, to tutaj

Nowy rok akademicki – nowy layout 🙂 I nowy tytuł – poprzedni był dość wiekowy i w gruncie rzeczy przypadkowy – kiedy zakładałam bloga jakiś czas temu, nie sądziłam, że zdobędzie sobie grono czytelników. Teraz właściwie każdy wpis spotyka się z reakcją, a często z ciekawymi dyskusjami, toczonymi raczej w przestrzenni fejsbuka, niż tutaj – na fejsbuku to jednak łatwiejsze, bo ma formę komunikacji quasi-ustnej, zbliżonej do codziennych wymian. Napisanie komentarza do wpisu ma wszelkie znamiona innych form pisarskich – przede wszystkim trzeba się do tego zabrać (a w tle majaczy straszak pustej kartki, którą jakoś trzeba napocząć), co sama rozumiem, bo o ile rzadko starcza mi determinacji, żeby jednak coś komentować na blogach, to komentowanie na bieżąco na Fejsbuku jest znacznie łatwiejsze.

Tytuł nie jest ostateczny i może jeszcze się zmienić, kryje się za nim pewna myśl, ale jeszcze nie jest doprecyzowana.

Jeszcze o humanistyce cyfrowej

Właściwie to będzie odrabianie zaległości po dłuższej przerwie wypełnionej głównie wyjazdami i pisaniem. Problem polega na tym, że właściwie wszystkie wyjazdy zasługiwałyby na opisanie, a to oznacza jeszcze więcej pisania… i tak koło się zamyka. Nie o tym jednak miałam…

Powrócę tutaj jeszcze do cyfrowej humanistyki, na kanwie szkoły letniej w Bernie (Digital Humanities Summer School w Bernie), w której – prócz mnie – uczestniczył także Lukasz Mirocha, autor bloga Człowiek i Technologie (i który zdążył opisać wydarzenie już jakiś czas temu). W dużej mierze moje wrażenia po tych kilku intensywnych dniach spędzonych w – skądinąd dość zrelaksowanej na codzień – stolicy Szwajcarii, w Uni Tobler, są podobne. Zwłaszcza w przekonaniu, że najciekawszy był wykład i warsztaty Davida M. Berry’ego, nie tylko redaktora m.in. znakomitej książki Understanding Digital Humanities, ale także autora The Philosophy of Software. Code and Mediation in the Digital Age,  który zaproponował krytyczne podejście do humanistyki cyfrowej. Dokładne zapisy z zajęć, robione za pomocą nrzędzi społecznościowego notowania (Framapad – co jest także interesującym przyczynkiem: używanie oprogramowania powstającego w strefie francuskojęzycznej), są zresztą dostępne na stronach szkoły. Berry nie uciekał od kwestii, o których często mowi się w kuluarach, ale nieco rzadziej  oficjalnie – o swoistym rebrandingu wielu ośrodków i etykiecie DH funkcjonującej jak przepustka do lepszego (zwłaszcza finansowo) świata („Because it is good money”). Projekt krytycznej humanistyki cyfrowej ma jednak znacznie głębsze aspekty; dla Berry’ego jest to przede wszystkim kwestia świadomości (i analizy) tego, jak ideologie i przekonania polityczne są wplecione w narzędzia cyfrowe. O tym, że dyskusja może być naprawdę gorąca, świadczyła wymiana opinii bezpośrednio po wykładzie – Berry poddał pewnej krytyce model, w którym znakomitą część pracy (np. przy archiwizowaniu) wykonują nieodpłatnie wolontariusze. Chodzi w tym przypadku po prostu o świadomość, że wpisujemy się w model korzytsania ze sporej ilości nieodpłatnej pracy, a nigdy dość przypominania, że model FLOSS to niezupełnie to samo, co ulubiony dzisiaj przez wiele korporacji crowdsourcing. Ta kwestia w najbliższej przyszłoście zapewne nabierze jesczze większego znaczenia, wraz z tym, jak na coraz większą skalę pojawia się model pracy akademickiej na pozycjach zawodowych pozbawionych zarówno stabilizacji, jak i stałej pensji (szczególnie widoczne w USA, ale i u nas presja na zatrudnianie na kilkuletnich kontraktach staje się coraz wyraźniejsza – warto przy tym wiedzieć, że często oznacza to np. niemożność wzięcia urlopu naukowego, czyli w praktyce brak szansy na pracę nad poważniejszym projektem typu habilitacja). Nie będę tutaj streszczać całego wykładu, obfitującego w znakomite spostrzeżenia – efektem kursu jest zresztą rodzaj propozycji wytycznych co do etyki prowadzenia badań w obszarze cyfrowej humanistyki (nacisk na otwarty dostęp do wiedzy wydaje się oczywistością, ale sądzę, że warto przy tym zwracać uwagę właśnie na kwestię ukrytych kosztow społecznych, z jakimi coraz czesciej wiąże się kwestia darmowej pracy w academii).

Najciekawszym wątkiem była dla mnie jednak kwestia „produktywnego spowalniania” – Berry nazwał tak praktykę swoistego intelektualnego wkładania kija w szprychy (rozpędzonej machiny projektu) polegającego na mnożeniu wątpliwości co do metod, podejść i celów. Myślę, że to samo sedno wielu problemów codziennych i naukowych życia akademickiego: zbyt często dajemy się ponieść pokusie, żeby „dla świętego spokoju” przemilczeć i przełknąć krytyczne uwagi, bo przecież trzeba zakończyć projekt, rozliczyć go, napisać raport itp. Mówiąc krótko – ten projekt swoistej „spowolnionej humanistyki cyfrowej” (padło nawet określenie – i jest w notatkach – „slow DH”) – może być realnym antidotum na technokratyczną presję efektywnosci (za niemal każdą cenę). Choć nachodzi mnie też refleksja – krytyczna – o lokalnej specyfice. Czy w kraju, w którym efektywność nie jest cnotą, a zgubna dążność do anarchii regularnym rysem życia społecznego, nie należałoby zmienić tego podejścia? A może zmienić podejscie do tej – skądinąd rzeczywiście zgubnej przy wielu inicjatywach – anarchii? I tak projekt krytycznej humanistyki cyfrowej zyskuje sobie kontynuację, a o której więcej powiem 11. października w Krakowie, podczas Ogólnopolskiego Kongresu Studentów i Doktorantów Historii Sztuki, w trakcie debaty, którą organizują Obywatele Nauki (blok „Open Access i Cyfrowa Humanistyka”).

Były jednak także propozycje z gruntu chybione: na przykład po całym warsztatcie poświęconym kompetencjom multimedialnym i narzędziu o kryptonimie SALSAH, rodzajowi VRE (Virtual Research Environment) (na marginesie, wcale nie tak odkrywczemu ani nowatorskiemu), okazało się, że z SALSAH można pracować tylko wtedy, kiedy jest się oficjalnym współpracownikiem partnerów projektu i że trzeba dużej ostrożnosci w posługiwaniu się systemem, bo można narobić szkód… Jeśli gdzieś można było zobaczyć palącą potrzebę uwzglednienia podejścia krytycznej DH, to właśnie tutaj. Przy okazji – cyfrowa humanistyka i OA to nie zawsze to samo… Bardzo dobrym i ciekawym narzędziem okazało się z kolei GEPHI (kolejny przyczynek do tematu software a la francaise), służące do wizualizacji i analizy sieci – nawet jeśli mój dość wolny laptop słabo radził sobie z uruchomieniem algorytmów. Warto, żeby każdy humanista zapoznał się z tym narzędziem (nie jest ono tak całkiem łatwe, ale właściwie jedyną wymaganą rzeczą jest pewna doza cierpliwości i sporo czasu). W ten sposób najłatwiej chyba przekonać się o tym, że wizualizacja danych to bardzo szczególna konwencja reprezentacji, nie zaś dowód w sprawie. Martin Grandjean, który prowadził warsztat, zaoferował cały tutorial na temat tego, jak pracować z własnymi danymi z Facebooka.

Szkołę letnią w Bernie – jedną z kilku, które odbywały się tego lata w Europie – zorganizowała organizacja infoclio.ch. Nie jest bez znaczenia, że są to historycy – uważam, że jedne z najciekawszych projektów w tym obszarze są właśnie często dziełem historyków (i archeologów). Jest także dość szczególna strefa cyfrowej humanistyki, o której często się zapomina – e-literatura (ale o tym, będzie oddzielnie, w związku z niedawną konferencją w Paryżu). W Bernie o takim właśnie projekcie, historycznym, Venice Time Machine, mówił Frédéric Kaplan (wykład dostępny na Vimeo)

Zupełnie nie zgadzam się jednak z Człowiek i Technologie w kwestii pokoleniowej – „humanistyka typu 2.0”, o której mowił David Berry wiąże się tylko w pewnym sensie z nowym pokoleniem badaczy, ale całą sprawę komplikują na przykład projekty w obszarze e-literatury, gdzie przedział pokoleniowy nie zawsze się sprawdza. Po drugie: cała narracja o „cyfrowych tubylcach” wydaje mi się z gruntu fałszywa: zwłaszcza, kiedy kolejne (coraz młodsze) roczniki studentów nie wiedzą o możliwościach sieci (narzędziach, strategiach, formułach komunikacyjncyh) zgoła nic. Bywa, że o Twitterze (nie mowiąc już o mniej chwalebnych lub bardziej wyspecjalizowanych zakątkach sieci) dowiadują się na zajęciach…