Konferencje, zjazdy i kongresy

Nie będę już nawet próbować tłumaczyć się z bardzo długiej nieobecności na blogu. Jedyne wyjaśnienie ma związek z intensywną aktywnością naukową 🙂 Sporo mam w tym roku do napisania i często są to projekty wymagające dość intensywnego skupienia. Urlop naukowy okazał się zupełnie nie-wypoczynkowy.

Tym razem będzie bardzo konferencyjnie, bo rok 2013 z pewnością zapisze się jako bardzo intensywny pod tym względem: dopiero co zakończył się I Zjazd Filmoznawców i Medioznawców w Kamieniu Sląskim (6.-8.-06.), po którym niemal natychmiast znalazłam się na międzynarodowej konferencji Communication and the City: Voices, Spaces, Media (14-15.06) na University of Leeds po to, by za kilka dni ruszyć do Berna na Digital Humanities Summer School (26-29.06). Choć ta edycja (jest ich jeszcze kilka w Europie tego lata) jest zorientowana mocno na historyków i organizowana przez infoclio.ch, to dominuje duch interdyscyplinarności a ja już z góry cieszę się na możliwość spotkania z Davidem Berry, reprezentującym krytyczne podejście do cyfrowej humanistyki, autorem m.in. „The Philosophy of Software. Code and Mediation in the Digital Age” (Palgrave Macmillan 2011) oraz na warsztaty prowadzone m.in. przez Susan Schreibman. A przede mną jeszcze tura wrześniowa (prócz zwyczajowego wyjazdu na Prix Ars Electronica 2013 do Linzu, czekają mnie dwa duże wydarzenia: II Zjazd Kulturoznawczy „Więcej niż obraz” (notabene, jest już program z uczestnikami paneli oraz referatami zakwalifikowanymi do sesji okołopanelowych) oraz – to wygląda na highlight of the year – konferencja Electronic Literature Organisation 2013 w Paryżu, pod hasłem „Chercher le Texte. Locating the Text”.  Nie; nie obrabowałam banku, zawdzięczam te możliwości resztkom funduszy na działalność statutową, jakie jeszcze pozostają do dyspozycji uczelni a w przypadku Digital Humanities Summer School – grantowi przyznanemu mi w ramach programu SET funkcjonującemu na mojej macierzystej uczelni (za co jestem niezwykle wdzięczna). Dlaczego o tym w ogóle piszę? Bo od czasu konferencji w Leeds nieodmiennie towarzyszy mi specyficzne poczucie: mam świadomość, że znajduję się w pozycji uprzywilejowanej, a nie powinnam – to powinien być chleb powszedni naszego życia naukowego, nie zdarzenie od wielkiego dzwonu, jeśli ma się imponujący grant wygrany w loterię noszącą znamiona konkursu. Wielu moich kolegów, koleżanek, bliższych i dalszych znajomych nie stać już nawet na ważne konferencje ogólnopolskie (zwłaszcza, że opłaty konferencyjne często oscylują – bywa – wokół kilkuset złotych, czasem przekraczają tysiąc – można sprawdzić, rok mamy w humanistyce wybitnie  kongresowy). Tym bardziej wdzięczność należy się tym organizatorom, którzy nie windują zanadto opłat – obie imprezy naukowe, o których piszę powyżej, zaliczają się właśnie do tego grona.

Najmocniej zainspirowało mnie jednak do podjęcia na nowo trudu blogerskiego doświadczenie konferencyjne w Leeds. Szczerze mówiąc nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę występować na jednej konferencji z Ceesem Hamelinkiem, Markiem Grahamem (tak, tym od „Sentient City – co prawda paper prezentowała jego doktorantka, Heather Ford z Oxford University, ale on sam był obecny w trakcie panelu i sesji plenarnych), Lukiem Pauwelsem czy Gilian Rose (temat badań metodami wizualnymi był jednym z głównych wątków). Pojechałyśmy z dr Magdaleną Zdrodowską z prezentacją wniosków z naszego projektu realizowanego z Malopolskim Instytutem Kultury, „Kultura miejska – węzły i przepływy”, o którym pisałam także na tym blogu. To były niezmiernie intensywne 3 dni, w trakcie których znowu towarzyszyła dosyć uporczywa myśl: wszystko jest tak, jak u nas, tylko, że… zupełnie inaczej. Tym razem jednak spróbuję to „inaczej” sprecyzować. Rzecz dotyczy, rzecz jasna, odmienności kultur konferencyjnych (a także znacznie szerzej – kultur intelektualnych w ogóle). Najpierw o tym, co jest zupełnie takie samo: sprzęt, logistyka, sale konferencyjne i catering. Później natomiast pojawia się to wszystko, co natrętnie każe się zastanawiać: skąd to poczucie bycia po drugiej stronie lustra? Zeby uprościć sprawę, ujmę to w kilka punktów, które są ze sobą powiązane subtelnymi relacjami przyczynowo-skutkowymi:

1. Na konferencję przyjeżdża się do pracy: nie na zakupy (notabane, księgarnia wydawnictwa Blackwell przy uniwersytecie mocno rozczarowuje), nie na zwiedzanie miasta ani też niezupełnie towarzysko. Z tego wynikają punkty kolejne.

2. Bierze się udział w tylu sesjach i panelach, w ilu fizycznie i intelektualnie daje się radę (w zasadzie – prawie cały dzień, od 9:15 do 18.30). „Bierze się udział” oznacza: zabiera się głos w dyskusji; formą preferowaną udziału w dyskusji jest zadawanie pytań prelegentom nie zaś dość długie monologi z cyklu „napisałbym to zupełnie inaczej” (forma genderowa nie jest tutaj przypadkowa). Guilty as charged, mnie też się to czasem zdarzało/zdarza, warto się pilnować.

3. Dyskusja po wystąpieniach jest NAJWAZNIEJSZA; dlatego referaty mają tylko po 15 minut, a przekroczenie limitu czasowego jest równe morderstwu z premedytacją – dlatego też nikt nie streszcza zebranym Foucault’a i innym książek, których znajomość jest STANDARDEM, nie czymś nadzwyczajnym. W ogóle nikt niczego nie streszcza (jeśli już, to streszcza się), prezentuje własne badania, przemyślenia lub własną analizę (konieczna a często imponująca humanistyczna „narzędziówka” jest oczywiście w tle; wyraźnym dla wszystkim, którzy wiedzą; jak ktoś nie wie – trudno, musi nadrobić zaległości).

4. Nie słyszy się w najbardziej luźnych kuluarach żadnych „jeszcze nie wiem, co jutro powiem”, „coś tam jutro sklecę”, „wczoraj siedziałem nad prezentacją do rana”. Jeśli tak jest – jest to słodka tajemnica prelegentów, w każdym razie na 18 wystąpień, które widziałam, jedno sprawiało wrażenie średnio przemyślanego (nic dziwnego, że to jedno wystąpienie w trakcie dyskusji nie stało się przedmiotem żadnego pytania).

5.  Ponieważ zadawanie pytań i dyskusja jest OCZEKIWANYM elementem konferencji, to jest także składową pracy, o której pisałam na początku – w pytaniach nie chodzi jednak o pognębienie prelegenta i wykazanie mu, że a) myli się fundamentalnie b) nie przeczytał kolejnych 10 tysięcy książek, które należałoby przy tej okazji c) źle zaplanował/a badania / przeprowadził/a analizę, etc. Dlaczego nie c)? Bo oczywiście poziom tychże jest generalnie wyrownany, pomylić się albo czegoś nie przeczytać zawsze można (jeśli nie jest to „Nadzorować i karać” wspomnianego Foucault czy „Production of Space” Lefebvre’a, czyli fundamenty, to żaden wstyd).

6. Powyższe punkty powodują, że wszyscy są a) wyluzowani, choć bardziej czy mniej zestresowani przed własnym referatem b) Z GORY DOBRZE NASTAWIENI DO INNYCH PRELEGENTOW (to jest takie podejście „by default”) c) mili d) na bardzo międzynarodowej konferencji nie oczekują perfekcyjnego opanowania jęzka Szekspira od uczestników nieanglojęzycznych (wbrew naszym stereotypowym przekonaniom, jeśli temat zaintryguje, ludzie są skłonni słuchać nawet najbardziej karkołomnych łamańców fonetycznych i gramatycznych); tym, czego się oczekuje jest komunikatywność, nie zaś perfekcyjna i ponadprzeciętna kompetencja językowa. Lepiej raczej mówić niż czytać, choć czytanie uchodzi – wtedy publiczność stara się podążać równie czujnie, nawet jeśli nie jest to łatwe (patrz pkt. 1 – jesteśmy w pracy).

Zupełnie odmienny jest natomiast rodzaj pytań i paradygmatow badawczych: na konferencji gromadzącej specjalistow od komunikacji i mediów z odchyleniem raczej w stronę nauk społecznych (choć o wyraźnie humanistycznym profilu) nikt nie zadał nam pytania o „reprezentatywność” badań i o to, „jak uogólnić”. W ogóle nie było pytań o to, dlaczego tak właśnie a nie inaczej  zaplanowałyśmy badania (najwyraźniej wiedza o tym, na czym naprawdę polega paradygmat jakościowy jest tam bardziej rozpowszechniona). Była natomiast dyskusja o estetyzacji przestrzeni publicznej jako strategii gentryfikacyjnej – coś, o czym swego czasu pisałam, a dyskusja (która przeniosła sięw  kuluary i na przerwę lunchową) potwierdziła wszystkie moje wnioski z napisanego przed kilkoma laty tekstu oraz pokazała mi, jak nośny i aktualny w wielu miejscach jest to temat.

O zawartości konferencji będzie oddzielnie, na razie próbowałam sprecyzować „jak nie tak, jak tak” (mówiąc słowami Ferdynanda Kiepskiego), w czym zapewne nie jestem odkrywcza, bo podobne spostrzeżenie pewnie towarzyszą wszystkim, których uderza ta różnica.

I z fascynującego, stymulującego intelektualnie, globalnego w zasięgu wydarzenia wróciłam prosto w awanturę o „ideologię gender”, nacechowaną takim stężeniem bredni, że polemika z nimi urąga akademickim standardom. Wiem, będzie krzyk, że to postawa elitarna i że nie chcę pokornie nieść kaganka oświaty w lud (w tym przypadku – hierachów Kościoła katolickiego). Drogi ludzie, a idźże na jakikolwiek kurs gender studies na jakiejkolwiek polskiej uczelni, na niektórych to nawet bezpłatne albo przeczytaj dwie lub trzy książki należące do podstawowego repertuaru tej subdyscypliny.

Reklamy

About nytuan

Moje oficjalne bio akademickie: Dr Anna Nacher – asystent w Katedrze Mediów Audiowizualnych Instytutu Sztuk Audiowizualnych. Jej zainteresowania naukowe koncentrują się na teorii mediów w perspektywie kulturoznawczej, studiach genderowych, antropologii audiowizualności, nowych zjawiskach w kulturze współczesnej, przemianach związanych z procesami globalizacyjnymi. Aktualne tematy badań własnych: analiza przemian dyskursu przestrzeni w mediach nowej generacji (przestrzeń hybrydowa, locative media), praktyki dyskursywne Internetu drugiej generacji (folksonomia i architektura informacji). Prowadzi także zajęcia na Podyplomowych Studiach z Zakresu Gender. Pasjonuje się muzyką współczesną i elektroniczną (zwłaszcza elektroakustyczną, improwizowaną i awangardową wokalistyką), w wolnych chwilach prowadzi własny projekt muzyczny. Wolny czas najchętniej spędza podróżując na rowerze bądź uprawiając trekking w górach Europy i Azji. Miłośniczka przestrzeni wielkomiejskich i dzikiej przyrody. W 2006 roku obroniła (z wyróżnieniem) na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej doktorat dotyczący kategorii gender w telewizji. Autorka książki Telepłeć. Gender w telewizji doby globalizacji, Kraków 2008: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Inne ważniejsze publikacje: Reality TV niebezpieczne związki z rzeczywistością [w:] Rzeczywistość a dokument, red. M. Miśkowiec, M. Kozień-Świca, Kraków 2008: Muzeum Historii Fotografii; Cyborg jako kłącze – polityka produktywnych sprzeczności [w:] red. Radkiewicz M., Gender – konteksty, Kraków 2004: Rabid, “Przygody nowoczesności poza euroamerykańskim centrum” [w:] „Przegląd Kulturoznawczy” nr 3 / 2007, “Pasaże ekstazy” [w:] „Przegląd Kulturoznawczy”, nr 2 / 2007; „Kulturoznawstwo – studia nad płcią. O potrzebie aliansu” [w:] „Kultura Współczesna”, nr 2 (52) / 2007, „Zagubiony w gatunkowym labiryncie – kilka uwag o modelu analizy gatunkowej w telewizji” [w:] „Kultura Popularna”, nr 1 (15)/2006. Aktywna także jako tłumaczka tekstów anglojęzycznych z zakresu teorii mediów, teorii gender i kulturoznawstwa. Od roku 2007 uczestniczy w dwuletnim ministerialnym projekcie badawczym „Miasto w sztuce – sztuka miasta: analiza kulturowa przestrzeni miejskich przełomu XX/XXI w.” Studentów uczestniczących w prowadzonych przeze mnie kursach zapraszam z korzystania z materiałów zamieszczonych na https://nytuan.wordpress.com oraz do współtworzenia bloga.

Posted on 20/06/2013, in konferencje, Uncategorized and tagged , , , . Bookmark the permalink. 4 Komentarze.

  1. Bardzo dziękuję za odpowiedź i to tak obszerną. Co do większości – zgadzam się, pomimo różnic (zapewne) w specyfice konferencji, w których bierzemy udział.
    Jestem w specyficznej sytuacji, ponieważ mam bardzo mały kontakt ze studentami i nieliczną ilość godzin zajęć rocznie, co z jednej strony jest błogosławieństwem (nie muszę poświęcać czasu co tydzień na przygotowanie do zajęć), ale z drugiej, nie mam możliwości konfrontacji z młodymi ludźmi i po prostu ćwiczenia się w wystąpieniach. A zgadzam się z tym, że nie byliśmy do tego przygotowywani ani na studiach, ani potem. Choć muszę powiedzieć, że w tym roku w mojej bibliotece było szkolenie z wystąpień publicznych (dwa pełne dni) dla chętnych osób – i było to bardzo dobre (zarówno dobrze przygotowane i prowadzone, jak i „świeże”, można też było przekonać się samemu, jakie popełnia się błędy – próbki naszych wystąpień były nagrywane). Dlatego jeśli są chętni a „góra” jest otwarta – wszystko można.
    Zgadzam się, że mieszczenie się w czasie jest sztuką i bardzo cenną umiejętnością.
    Co do pisania po angielsku – z jednej strony jest w tym racja, co Pani pisze. Z drugiej jednak mam w głowie to, co powiedziała podczas dyskusji w Pradze Lucie Dolezalova, a jej znajomość angielskiego jest znacznie lepsza od mojej. Powiedziała mianowicie, że ma wrażenie, że to, co pisze po angielsku jest „płaskie” w porównaniu do tego, co pisze po czesku. Zdałem sobie wtedy sprawę, że ma rację, że mam bardzo podobne odczucia, gdy próbuję pisać po angielsku. Bo w humanistyce liczy się nie tylko precyzja, ale również piękny język. A to jest szalenie trudne – pisać płynnie, różnorodnie, tak, by lektura była nie tylko ciekawa, ale jeszcze przyjemna (estetycznie) dla czytelnika, jeśli w języku nie jest się „zanurzonym”. W tym właśnie upatruję niebezpieczeństwa dominacji angielskiego. Być może następne pokolenie/a będzie się posługiwało nim tak, jak kiedyś elity łaciną albo francuskim. Ale nasze pokolenie i starsi od nas – nie sądzę, by mieli czas, pieniądze i możliwości, by do tego stopnia się oddać nauce języka. Jest to, nawiasem mówiąc, dramat dla wielu osób, które osiągnęły jakiś pułap, żyły w jakiejś rzeczywistości (np. studiowały w latach ’70, ’80, ’90), gdzie nie przywiązywano aż takiej wagi do nauki języka, przez pół życia mogły publikować po polsku i nagle każe im się publikować po angielsku. Przy czym – oczywiście, zgadzam się, że trzeba publikować również po angielsku. Z wielu powodów. Zgadzam się jednak z tym, co nazwała Pani siłowym i technokratycznym ruchem umiędzynarodowienia.
    Jeśli chodzi o NPRH – nie zgodzę się z zarzutem zbytniego skupienia na dziedzictwie narodowym, bo właśnie czegoś takiego dotychczas brakowało. Natomiast o wiele trudniej jest zdobyć grant, środki zagraniczne na ochronę polskiego dziedzictwa, albo wejść w kooperację z zagranicznym zespołem (choć to nie do końca jest prawda, można pokombinować). Ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że patrzymy na ten punkt z zupełnie innych perspektyw – ja jestem zadowolony, że takie projekty są premiowane, bo akurat czymś takim się zajmuję. Gdybym był na Pani miejscu zapewne miałbym na to inne spojrzenie.
    Jeśli chodzi o nagonkę na humanistykę, nie wiem, jak jest w rzeczywistości, nie potrafię tego ocenić. Żyjemy w bardzo burzliwych czasach, w pewien sposób jest łatwiej robić pewne rzeczy, niż można było kiedyś i to jeszcze całkiem niedawno (z różnych powodów, od możliwości technologicznych, po finansowe). Z drugiej, w ogóle następują jakieś wielkie zmiany we wszystkim, dosłownie. Nie jestem specjalistą od tej tematyki i to jest po prostu moje prywatne odczucie – świat, w którym żyję, ludzie, którzy mnie otaczają, biblioteka, w której pracuję – wszystko to jest w pewien sposób zupełnie inne, niż było piętnaście lat temu. Pod wieloma względami lepsze, wygodniejsze, pod pewnymi względami gorsze, a z całą pewnością inne. I ma to ogromny wpływ zarówno na nas, jak i badania.

    Polubienie

  2. Dziękuję za ciekawy wpis. Z wieloma punktami się zgadzam, z niektórymi mniej (dałem u siebie komentarz pod tym zreblogowanym wpisem).

    Polubienie

  3. Reblogged this on Filologia cyfrowa :: Mediewistyka 2.0 and commented:
    Muszę się wytłumaczyć, dlaczego rebloguję tu wpis, który z pozoru nie ma wiele wspólnego z tematem bloga, który ja staram się prowadzić.
    Odsyłam do tekstu Anny Nacher głównie z powodu sześciu punktów, w których Autorka stara się zwrócić uwagę, dlaczego zachodnie konferencje i kongresy różnią się od rodzimych, mimo że cała infrastruktura (sprzęt, logistyka, catering itp.) są w istocie takie same.

    Ad. 1. Zgadzam się. Na konferencjach zagranicznych, na których zdarzyło mi sie być, rzeczywiście ludzie nie uciekają po wygłoszeniu swojego referatu. W Polsce niestety się to zdarza. Czy nagminnie, nie wiem, ale zdarza się.

    Ad. 2. Też się zgadzam. Co jest oczywiste, jeśli punkt pierwszy jest spełniony.
    Ad. 3. Nie do końca się zgadzam, w tym sensie, że referat jednak też jest ważny. Ale rzeczywiście dyscyplina czasowa zazwyczaj jest przestrzegana, choć i tam zdarzają się wyjątki. Z drugiej jednak strony, nie spotkałem się na konferencji w Polsce z zarzutem, że ktoś czegoś nie przeczytał, raczej z życzliwym zwróceniem uwagi na jakąś pozycję, jeśli referent jej nie znał. Sam kilka razy miałem takie doświadczenia, zarówno w Polsce, jak i zagranicą.

    Ad. 4. Nie zgadzam się. Wszędzie, również tam, są osoby skrupulatne i doskonale zorganizowane, które mają przygotowany referat na długo przed wystąpieniem, jak i takie, które nie wychodzą wieczorem w przeddzień swojego wystąpienia, bo muszą skończyć przygotowanie wystąpienia.
    I to właśnie na konferencji zagranicznej podczas rozmowy w przerwie usłyszałem od pewnego Francuza zdanie „Nauka? A kto wierzy w naukę?” Które do dziś jest dla mnie przestrogą. I mam wrażenie, że nie jest on odosobnionym przypadkiem, choć poznałem jednak przede wszystkim kapitalnych ludzi, którzy wierzą, że to, co robią ma jednak jakiś sens.

    Ad. 5 – zgadzam się, z zastrzeżeniem, że wystąpienie jak dyskusja są równie ważne. Rzeczywiście jednak, dyskusja jest ważna i oczekiwana. I jeśli są pytania, to zdecydowanie jest to in plus ogólnego wrażenia po wystąpieniu.
    Ad. 6. Też się zgadzam. Na jednym z kongresów wśród najciekawszych referatów było wystąpienie Japonki, która nawet dla mnie, który nie jest mistrzem angielszczyzny, mówiła niepewnie i robiąc dużo gramatycznych błędów, co nie zmieniło niczego w odbiorze szalenie ciekawego referatu.
    I to jest bardzo ważne – jeśli boicie się występować ze względu na język, to nie jest aż tak istotne. Choć byłem też świadkiem rozmowy dwóch native’ów, którzy zwracali uwagę, że pewien referat mógł być oddany wczesniej do przejrzenia jakiemuś native’owi właśnie. Ale to był jeden, jedyny przypadek. Czym innym jest natomiast wysłanie artykułu do czasopisma. Tu redaktorzy bywaja bezlitośni. Jest to zresztą, moim zdaniem, problem publikowania po angielsku. Albo trzeba mieć bardzo wysokie komptenecje językowe, albo liczyć się z kosztami (czasem podwójnymi) – pisać samemu po angielsku, a potem dawać do sprawdzenia native’owi (ale przeciez trzeba mu/jej zapłacić), albo płacić najpierw angliście za tłumaczenie, a potem jeszcze dać do przejrzenia native’owi, albo znaleźć native’a, który będzie znał tak polski, by potrafić przetłumaczyć bardzo specyficzny (również terminologicznie) przecież tekst z polskiego. Owa unifikacja jezykowa w nauce jest zresztą osobnym problemem i chciałbym o niej kiedyś napisać. Przymierzam się do tego od czasu zeszłorocznych warsztatów w Pradze, gdzie wywiązała się dyskusja (po angielsku) na ten temat między uczestnikami, z których żaden nie był rodzimym użytkownikiem języka Szekspira. W rozmowie brali udział Czeszka, Francuzka, Węgier, Włoch i Polak. I padły tam bardzo ciekawe spostrzeżenia, o których może napiszę więcej w niedalekiej przyszłości.

    Nie potębiałbym jednak w czambuł polskich konferencji i kongresów, bo i na nich słyszałem wiele szalenie ciekawych wystąpień i poznałem świetnych ludzi. I wbrew temu, co pisze Anna Nacher, ów aspekt towarzyski, również na konferencjach zagranicznych, jest bardzo ważny. Służy nawiązaniu kontaktów, a te, również w naszej pracy, są szalenie ważne.

    Polubienie

    • Bardzo pięknie dziękuję za reblogging oraz tak długi i ciekawy komentarz, na który ja z kolei chętnie odpowiadam – w myśl postulatu o kultywowaniu kultury dyskusji 🙂 Jest do pewnego stopnia oczywiste, że opinie na temat konferencji i różnic między naszym podwórkiem a powiedzmy (czysto umownie) światem zachodniej academii są zróżnicowane – bazujemy w końcu na własnych doświadczeniach.

      Oczywiście mój wpis, jak to bywa w takich przypadkach, musiał być oparty na koniecznych uogólnieniach, które – jak wiadomo – bywają krzywdzące. Nie to, żeby nie zdarzało mi się uczestniczyć w ciekawych konferencjach krajowych – wręcz przeciwnie; pisałam zresztą o tym również na tym blogu (z pewnością do najciekawszych imprez naukowych ostatnich lat należały, jak dla mnie, Mindware i Zwrot cyfrowy w humanistyce (obie w Lublinie), ciekawe były też wymiany podczas I Zjazdu Filmoznawców i Medioznawców w Kamieniu, o czym wspominam. Mamy poza tym wielką róznorodność co do form (rozmaite oblicza nie-konferencji) i zapewne odmienności w obrębie dziedizn/dyscyplin. Generalnie podtrzymam jednak moje zdanie: z polską kulturą konferencyjną nie jest dobrze, przy czym najpoważniejszy problem widzę w olbrzymiej rozbieżności między bardzo dobrymi, ciekawymi, inspirującymi do dyskusji wystąpieniami (w Kamieniu np. taki był cały panel poświecony metodologiom, z prezentacją projektu Łukasza Biskupskiego, Miasto Atrakcji, wystąpieniem dra Mirka Filiciaka i dyskusją wszystkich uczestnikow tego panelu – niestety, bylam tylko na jego części) a wystąpieniami, które w ogóle nie powinny się znaleźć w programie, bo są bardzo słabe, a ich autorzy powinni „poćwiczyć” prezentując wyniki swoich badań w mniejszym, lokalnym gronie (seminarium doktoranckie?). Streszczenie jednej – niezbyt zresztą odkrywczej – książki czy brednie o Web 2.0 na poziomie średniego licencjatu zajmują nam wszystkim za dużo czasu – zawsze tego żałuję, bo zazwyczaj za mało go zostaje na dyskusję. Tego na tych konferencjach międzynarodowych, w których zdarzało mi się uczestniczyć, nie było. Poziom był mniej czy bardziej wyrównany. Tajemnica kryje się częściowo w statystyce: np. wg organizatorow konferencji w Leeds zgłoszono 150 abstraktow z 35 krajów, z czego połowa została zakwalifikowana. Myślę, że z tego też bierze się postawa salwowania się ucieczką po własnym referacie – bo często (podkreślam, CZĘSTO, ale nie zawsze) duża część wystąpień jest zwykłą stratą czasu, zwłaszcza jeśli najczęściej brakuje czasu na dyskusję. Na marginesie: nie uważam, że referat nie jest ważny; oczywiście, że jest – ale warto go potraktować jako zagajenie dyskusji, a nie jak kompletną prezentację czegoś, na co nie wystarczyłby 40-minutowy wykład. Myślę też, że w praktyce akademickiej zupełnie się nas do tego nie przygotowuje, ani też my najczęściej nie przygotowujemy do tego studentów. Efektem jest nie tylko „wszystkoizmĺ referatów konferencyjnych, ale prace dyplomowe i zaliczeniowe, w których studenci – pisząc, powiedzmy, o kulturze partycypacji, nieodmiennie zaczynają od historii komputera. Dodam jeszcze, że to odpowiednie „porcjowanie” zawartosci na 15-minutowe wystąpienie uważam za jedną z najtrudniejszych umiejętnosci i nie powiem, żeby czuła, że ją opanowałam. Pisząc o kulturze „jesczze nie wiem co powiem” w gruncie rzeczy nie miałam na myśli spraw czysto technicznych: jeśli pracuje się nad jakimś tematem od roku, dwóch czy dłużej, można sobie pozwolić na dezynwolturę, ludzie mają poza tym różne style pracy. Ważne, żeby istniało poczucie, że to wystąpienie jest elementem właśnie pewnej pracy.

      Publikacja w języku angielskim to temat rzeka. Ja skłaniam się ostatnio raczej ku samodzielnemu pisaniu tekstu i oddawaniu go do proofreadingu, może dlatego, że w ten sposób można przynajmniej uniknąć wyrzucenia w błoto sporej kwoty. Tłumacze zazwyczaj mają taki sam problem z osiągnięciem rejestru tekstu naukowego, a wdodatku i tak najczęściej sama muszę sprawdzać terminologię. Czekam na zapowiadany tekst w sprawie tej „unifikacji”, pisałam zresztą trochę o tym krytykując siermiężny, czysto technokratyczny i wykonywany z dnia na dzień oraz siłowo ruch umiędzynarodowienia humanistyki, którego doświadczamy. Z drugiej strony – dla osób w mojej działce to, co uważa się w Polsce za humanistykę (nadmierna koncentracja na dziedzictwie narodowym) jest całkiem realną polityką wykluczenia (np. z konkursow NPRH, o czym być może napiszę kiedyś więcej).Zgadzam się natomiast, że kontakty w naszej pracy są ważne, kto wie, czy nie jest to w ogóle jedne z najważniejszych dziisaj aspektow naszej pracy – w otoczeniu, które na każdym poziomie zaczyna być formowane jako środowisko nieustannej rywalizacji i przeliczania wszystkiego na punkty. I może dlatego warto jeździć nawet na słabe konferencje w nadziei, że jaskółki (jest ich całkiem sporo) w końcu jednak uczynią wiosnę 🙂 Póki co jednak, myślę, że pierwszy krok ku ozdrowieniu polega na tym samy, co w terapiach AA: musimy sobie uświadomić, że jesteśmy chorzy :-)) Oczywiście bez tej całej histerii towarzyszącej nagonce (tak, uważam, że to właście słowo) na humanistykę.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s