Monthly Archives: Czerwiec 2013

Communication and the City

Zakończyła się właśnie Digital Humanities Summer School na Uniwersytecie w Bernie, więc to świetny powód, żeby spełnić zapowiedź i przybliżyć poprzednią konferencję, na której byłam (bo za chwilę trzeba będzie opisywać aktualne zdarzenie). W dodatku hotelowy entourage sprzyja poczuciu wyrwania z miejsca stałego zamieszkania i trochę osłabia przytłaczające wrażenie napierających deadline’ów (tak, powinnam teraz robić coś innego). Dodatkowo pomaga w tym samo miasto, poczynając od pokoju hotelowego z widokiem na Jungfrau, przez spacery urzekającymi zaułkami Berna, po zrelaksowany styl bycia mieszkańców tego miasta (co zawsze podkreślają i potwierdzają moi berneńscy przyjaciele i znajomi).

Do rzeczy jednak. Communication and the City: Voices, Spaces, Media było olbrzymi konferencją, dosyć tradycyjną w formie, co jednak wcale nie miało negatywnego wpływu ani na poziom refleksji, ani na przepływy i kontakty między uczestnikami. Było BARDZO intensywnie – na jeden z ostatnich paneli zagnałam sama siebie prawie siłą (niemal padając ze zmęczenia) i jak się okazało, była to bardzo dobra decyzja, bo panel był szalenie ciekawy (a i zmęczenie, resztki choroby i zapowiedź migreny jakoś się rozwiały). Konferencja potwierdziła – pozornie dosyć oczywisty – fakt, że studia nad miejskością (urban studies) to przedsięwzięcie z gruntu inter- i transdyscyplinarne. Dlaczego „pozornie”? Bo dla mnie największą wartością konferencji była inter- i trans- praktykowana w najlepszy z możliwych sposób: wiele referatów dyskusji pokazało, jak mogą się nawzajem słuchać i inspirować badacze pochodząc  z rozmaitych dyscyplin, szkół i nurtów, praktykujący rozmaite ścieżki metodologiczne i że taka różnorodność ma potencjał oraz nie musi oznaczać rozmycia w czymś ogólnym, mętnym i nieokreślonym (interdyscyplinarność ma oczywiście także swoje pułapki).

Panel: Methods and Theories for Urban Communication Research

Bardzo ciekawe było metodologiczne wystąpienie Simone Tosoni, który proponuje potrzebę przemyślenia pojęcia „odbiorców” (audience) wobec zróżnicowania praktyk miejskiej publiczności. Jego postulat, żeby myśleć o „odbiorcach” nawet nie jako „użytkownikach”, ale jak o części pewnego asemblażu, z bardziej złożonym modelem aktorów spolecznych brzmiał bardzo po latourowsku i był jednocześnie bardzo przekonujący. Zwłaszcza potrzeba wprowadzenia terminu „media-related practices” w miejsce dawnego „odbioru mediów”. To bardzo sensowna i ciekawa propozycja, zwłaszcza w dobie rozmaitych wcieleń LBS, czyli location-based services, mediów opartych na geolokalizacji (np. Foursquare czy Yelp). Ich użytkownicy ze swoimi praktykami z pewnością nie mieszczą się w tym tradycyjnym modelu. Publikacje Tosoni są dostępne z jego strony internetowej (niektóre w jęz. angielskim). Wystąpienie było przygotowanie wspólnie z Seiją Ridell z University of Tampere, w ramach grupy roboczej Media and the City. Prezentacja Grega Dickinsona z Colorado State University przyniosła kolejną ciekawą propozycję metodologiczną: Dickinson jest zainteresowany przede wszystkim, jak połączyć dwa odległe od siebie poziomy doświadczenia/analizy: ucieleśniony (w postaci proprioreceptoryki, czyli w dużej mierze odruchowej „pamięci ciała”) oraz symboliczny (kwestia reprezentacji). Pokazał w swoim wstąpieniu, że obrazy znane z Disneylandu (a bazujące na „typowym” miasteczku amerykańskim) mogą w tym kontekście pełnić istotną funkcję: dawać poczucie komfortu (na zasadzie „wiem, gdzie jestem”). W dyskusji pojawiło się wiele intrygującch kwestii, m.in. pytanie zadane bodaj przez Ceesa Hamelinka otwarło cały nowy wątek dyskusji: dlaczego miasto powinno być strefą komfortu? dlaczego w ten sposób o nim myślimy? co to oznacza? czy miasto nie jest jednak swoistym poligonem doświadczalnym, gdzie konfrontujemy się z różnymi mikro- i makrodyskomfortami? Muszę przyznać, że – zwłaszcza w świetle dyskusji o gentryfikacji oraz estetyzacji miejskiej przestrzeni (czyli polityk „rugowania” niepożądanych elementów: od kiczu do miejskich włóczęgów) – te pytania sytuują się w samym centrum wielu współczesnych debat społecznych.

Panel: Urban Movements and Activism

Tutaj chyba najciekawsza była prezentacja Katie Hill, która przybliżyła projekt „Leeds Love It Share It”, powstałą w odpowiedzi na oficjalny slogan reklamowy miasta nieformalną sieć współpracy i wymiany, najpełniejszy materiał o projekcie prowadzonym jako action research oraz towarzyszącej mu inicjatywie Margins of the City można przeczytać tutaj. To, czego można rzeczywiście pozazdrościć ekipie realizującej projekt, zostało streszczone w zdaniu otwierającym: „otrzymaliśmy grant na opracowanie metodologii dalszych działań.” Trudno mi wyobrazić sobie otrzymanie analogicznego grantu w Polsce, bo u nas cala metodologia musi być sprecyzowana najściślej już w momencie składania wniosku grantowego, a najlepiej od razu już znać wyniki. Wystąpienie poświęcone akcji Brandalism – choć przybliżało interesującą inicjatywę – miało wszystkie cechy podobnych projektów (bo przecież nie jest to, wbrew temu, co sądzili chyba prezentujący 🙂 żadne odkrywanie Ameryki, a sprzeciw wobec reklamy niejedno miał oblicze). Podobnie jak kolejne w panelu wystąpienie Paolo Cardullo był to przykład na to, że nie jest dobrze, jeśli rewolucyjne uniesienie i żarliwość aktywistów nie idzie w parze z odpowiednią podbudową (żeby przy okazji Brandalism nie wpsomnieć ani słowem o adbustingu czy choćby Bilboard LIberation Front? Hmm… kładę to na karb wieku i braku doświadczenia). Były jednak interesujące momenty: Paolo CArdullo – mówiąc o przestrzeni informacyjnej miasta, coraz silniej penetrowanej przez technologie nadzoru na dużą skalę – wspomniał o Open Wireless Movement, ale najbardziej zapadł w pamięci przykład przytoczonego przez niego zdania z grafitti na ulicach Stambułu (wydarzenia w Gezi Park właśnie wchodziły w fazę szczytową): „I don’t have an internet connection but tweet on my behalf” (jako przykład kontrstrategii).

Nasze wystąpienie zostało ulokowane w panelu poświęconym rozmaitym nieformalnym strategiom posługiwania się miastem: Daniel Makagon poświęcił prezentację scenie punkowej, która rozgrywa się głównie w przestrzeniach typu DIY (ciekawe, bo jeden z mikro case studies z naszego krakowskiego projektu badawczego to Dietla 44, czyli coś co byłoby odpoiwednikiem miejsc, o którym mówił DAniel). W kuluarach wymieniliśmy uwagi na temat sceny niezależnej w ogóle i Daniel podzielił się obserwacją na temat… polskiego hip-hopu, o którym pisze pracę jeden z jego studentów w Chicago. Nikita Basov z Petersburga zajmował się wspólnotami kreatywnymi, prezentując głównie przykłady ze swojego rodzinnego miasta, m.in. znany rosyjski kolektyw „Szto delat?” (choć projekt, o którym mówił, był badaniami porównawczym Petersburga, Berlina i Barcelony). Wreszcie Caroline Chapain z University of Birmingham mówiła o przestrzeniach coworkingowych w Wielkiej Brytanii. Kiedy w kuluarach wymieniłyśmy uwagi na ten temat, była szczerze zdziwiona tym, że w Krakowie, Warszawie i innych dużych miastach polski przestrzenie coworkingowe funkcjonują jak wyznacznik stylu życia nowej miejskiej klasy kreatywnej. W Wielkiej Brytanii takie formy samoorganizacji nie mają w sobie nic „trendy”, a są raczej przykładem ducha spółdzielczości i samopomocy. Bardzo ciekawa dyskusja po naszej sesji zyskała kontynuację… podczas kolejnej sesji plenarnej.

W bardzo interesującym wykładzie (Rethinking the context-rich, adaptable, unfixed smart city) architekt, Alessandro Aurigi, przywołał frazę, którą posłużyłam się podczas dyskusji: jeden z uczestników naszych badań podczas wywiadu fokusowego określił mikrospołecznosci krakowskie i podejmowane przez nie działania w mikroskali (np. na rzecz miejscowego parku czy swojej ulicy) mianem „miejskiej akupunktury”. Nawiązał do tego Aurigi, bo jest to termin mający konkretne odniesienie w urbanistyce i architeturze miejskiej: Jaime Lerner określa tym mianem to, co w Polsce często nosi miano „małej architektury”.

Cały wykład Aurigi był niesłychanie interesujący: autor przede wszystkim przypomniał, że miasta zawsze podlegały rozmaitym działaniom naprawczym i że zazwyczaj postrzegano je jako będące „w kryzysie”. Najnowszą propozycją w tym zakresie jest tzw. Smart City – produkt proponowany przez IBM (w lokalnej prasie informowano swego czasu, że Kraków również przymierza się do zakupu tej platformy, co odbywa się zupełnie bez konsultacji społecznych – jest to wręcz groźne, bo w grę wchodzą m.in. rozmaite wrażliwe dane i obrót nimi na dużą skalę, nie mowiąc już o bardziej skomplikowanych aspektach tego zagadnienia). Najcenniejsze wydało mi się przeciwstawienie „smart city” opartego właśnie na „smart urban acupunture”, czyli lokalnym oddolnie kreowanym formom generowania i przetwarzania danych związanych z przestrzenią miejską (czymś, co Roger Malina swego czasu nazwał „otwartym laboratorium”, a co np. ma swoją odsłonę w postaci projektu zanicjowanego niegdyś przez Usmana Haque jako Patchube, a co obecnie zostało przejęte przez firmę LogMeIn i nosi nazwę Xively) innemu modelowi: „smart city” opartemu na „big data” forsowanym przez korporacje i duży biznes (propozycja IBM jest tutaj przykładem wręcz wzorcowym). Sądzę, że ta tematyka gwałtownie nabierze znaczenia wraz z coraz wyraźniejszym pojawieniem się na horyzoncie internetu rzeczy, który na razie kompletnie jest niewidoczny – ani dla użytkowników, ani dla dużej częsci refleksji kulturoznawczej poświęconej mediom. Ma to bardzo konkretny wymiar – już za dwa lata w Polsce mają być instalowane „inteligentne” liczniki energii elektrycznej, które będą gromadzić dane na temat zaskakującej ilości rozmaitych faktow związanych ze wzorem, w jaki konsumujemy energię elektryczną.

Panel: Technology and Performances of the Urban

To właśnie na ten późnopopołudniowy panel poszłam resztkami sił i prawie siłą ciągnąc się za włosy – a było warto. Głównie ze względu na fascynującą dyskusję poswięconą Foursquare, zainicjowaną przez wystąpienie Federiki Timeto z universytetu Urbino Carlo Bio, która prezentowała wyniki badań użytkowników aplikacji. Po raz kolejny potwierdziła się zasada: nie lekceważ kreatywności użytkowników: jedna z badanych osób nietypowo posługiwała się aplikacją, co – jak się okazało – miało związek ze skomplikowanym… życie uczuciowym. Coś, czego z pewnoscią twórcy aplikacji nie przewidzieli. Plus interesujące były uwagi uczestnikow z Hong-Kongu, którzy wnieśli aspekt zróżniocwania obserwacji w wymiarze globalnym. Christina Franken z Amsterdamu przyjechała nie jako przedstawicielka academii, ale jako projektantka aplikacji. Pokazała pomysł na TempSpot – aplikację (w bardzo zaawansowanym stadium projektowania), która ma pokazać możliwosci pozyskania na własną działalność czasowo wolnym pomieszczeń biurowych, których obecnie sporo znajduje się w miastach ogarniętych kryzysem – z drugiej strony równie duża grupa ludzi (wobec braku zatrudnienia) decyduej się na własną działalność poszukując odpowiedniego lokalu. Aplikacji łączy oferujących, poszukujących oraz ewentualnych współpracowników. Anneke Coppoolse z Lingnan University pokazała projekt swojej pracy doktorskiej: posługując się metodologią etnografii wizualnej zamierza zbadać życie pracowników zajmujących się czyszczeniem miasta i przetwarzaniem odpadów – wiele z tych osób to kobiety z Azji Południowo-Wschodniej, przybyłe do Chin w poszukiwaniu lepszej pracy.

To tylko bardzo pobieżna relacja z pewnego wycinka konferencji, bo olbrzymia ilość świetnych dyskusji przenosiła się także w kuluary: przerwy lunchowe i kawowe oraz inne okazje towarzyskie, stąd wrażenie bardzo intensywnych trzech dni, które dały mi mocny upgrade moich własnych pomysłów i projektów. Teraz siadamy do artykułu.

Reklamy

Konferencje, zjazdy i kongresy

Nie będę już nawet próbować tłumaczyć się z bardzo długiej nieobecności na blogu. Jedyne wyjaśnienie ma związek z intensywną aktywnością naukową 🙂 Sporo mam w tym roku do napisania i często są to projekty wymagające dość intensywnego skupienia. Urlop naukowy okazał się zupełnie nie-wypoczynkowy.

Tym razem będzie bardzo konferencyjnie, bo rok 2013 z pewnością zapisze się jako bardzo intensywny pod tym względem: dopiero co zakończył się I Zjazd Filmoznawców i Medioznawców w Kamieniu Sląskim (6.-8.-06.), po którym niemal natychmiast znalazłam się na międzynarodowej konferencji Communication and the City: Voices, Spaces, Media (14-15.06) na University of Leeds po to, by za kilka dni ruszyć do Berna na Digital Humanities Summer School (26-29.06). Choć ta edycja (jest ich jeszcze kilka w Europie tego lata) jest zorientowana mocno na historyków i organizowana przez infoclio.ch, to dominuje duch interdyscyplinarności a ja już z góry cieszę się na możliwość spotkania z Davidem Berry, reprezentującym krytyczne podejście do cyfrowej humanistyki, autorem m.in. „The Philosophy of Software. Code and Mediation in the Digital Age” (Palgrave Macmillan 2011) oraz na warsztaty prowadzone m.in. przez Susan Schreibman. A przede mną jeszcze tura wrześniowa (prócz zwyczajowego wyjazdu na Prix Ars Electronica 2013 do Linzu, czekają mnie dwa duże wydarzenia: II Zjazd Kulturoznawczy „Więcej niż obraz” (notabene, jest już program z uczestnikami paneli oraz referatami zakwalifikowanymi do sesji okołopanelowych) oraz – to wygląda na highlight of the year – konferencja Electronic Literature Organisation 2013 w Paryżu, pod hasłem „Chercher le Texte. Locating the Text”.  Nie; nie obrabowałam banku, zawdzięczam te możliwości resztkom funduszy na działalność statutową, jakie jeszcze pozostają do dyspozycji uczelni a w przypadku Digital Humanities Summer School – grantowi przyznanemu mi w ramach programu SET funkcjonującemu na mojej macierzystej uczelni (za co jestem niezwykle wdzięczna). Dlaczego o tym w ogóle piszę? Bo od czasu konferencji w Leeds nieodmiennie towarzyszy mi specyficzne poczucie: mam świadomość, że znajduję się w pozycji uprzywilejowanej, a nie powinnam – to powinien być chleb powszedni naszego życia naukowego, nie zdarzenie od wielkiego dzwonu, jeśli ma się imponujący grant wygrany w loterię noszącą znamiona konkursu. Wielu moich kolegów, koleżanek, bliższych i dalszych znajomych nie stać już nawet na ważne konferencje ogólnopolskie (zwłaszcza, że opłaty konferencyjne często oscylują – bywa – wokół kilkuset złotych, czasem przekraczają tysiąc – można sprawdzić, rok mamy w humanistyce wybitnie  kongresowy). Tym bardziej wdzięczność należy się tym organizatorom, którzy nie windują zanadto opłat – obie imprezy naukowe, o których piszę powyżej, zaliczają się właśnie do tego grona.

Najmocniej zainspirowało mnie jednak do podjęcia na nowo trudu blogerskiego doświadczenie konferencyjne w Leeds. Szczerze mówiąc nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę występować na jednej konferencji z Ceesem Hamelinkiem, Markiem Grahamem (tak, tym od „Sentient City – co prawda paper prezentowała jego doktorantka, Heather Ford z Oxford University, ale on sam był obecny w trakcie panelu i sesji plenarnych), Lukiem Pauwelsem czy Gilian Rose (temat badań metodami wizualnymi był jednym z głównych wątków). Pojechałyśmy z dr Magdaleną Zdrodowską z prezentacją wniosków z naszego projektu realizowanego z Malopolskim Instytutem Kultury, „Kultura miejska – węzły i przepływy”, o którym pisałam także na tym blogu. To były niezmiernie intensywne 3 dni, w trakcie których znowu towarzyszyła dosyć uporczywa myśl: wszystko jest tak, jak u nas, tylko, że… zupełnie inaczej. Tym razem jednak spróbuję to „inaczej” sprecyzować. Rzecz dotyczy, rzecz jasna, odmienności kultur konferencyjnych (a także znacznie szerzej – kultur intelektualnych w ogóle). Najpierw o tym, co jest zupełnie takie samo: sprzęt, logistyka, sale konferencyjne i catering. Później natomiast pojawia się to wszystko, co natrętnie każe się zastanawiać: skąd to poczucie bycia po drugiej stronie lustra? Zeby uprościć sprawę, ujmę to w kilka punktów, które są ze sobą powiązane subtelnymi relacjami przyczynowo-skutkowymi:

1. Na konferencję przyjeżdża się do pracy: nie na zakupy (notabane, księgarnia wydawnictwa Blackwell przy uniwersytecie mocno rozczarowuje), nie na zwiedzanie miasta ani też niezupełnie towarzysko. Z tego wynikają punkty kolejne.

2. Bierze się udział w tylu sesjach i panelach, w ilu fizycznie i intelektualnie daje się radę (w zasadzie – prawie cały dzień, od 9:15 do 18.30). „Bierze się udział” oznacza: zabiera się głos w dyskusji; formą preferowaną udziału w dyskusji jest zadawanie pytań prelegentom nie zaś dość długie monologi z cyklu „napisałbym to zupełnie inaczej” (forma genderowa nie jest tutaj przypadkowa). Guilty as charged, mnie też się to czasem zdarzało/zdarza, warto się pilnować.

3. Dyskusja po wystąpieniach jest NAJWAZNIEJSZA; dlatego referaty mają tylko po 15 minut, a przekroczenie limitu czasowego jest równe morderstwu z premedytacją – dlatego też nikt nie streszcza zebranym Foucault’a i innym książek, których znajomość jest STANDARDEM, nie czymś nadzwyczajnym. W ogóle nikt niczego nie streszcza (jeśli już, to streszcza się), prezentuje własne badania, przemyślenia lub własną analizę (konieczna a często imponująca humanistyczna „narzędziówka” jest oczywiście w tle; wyraźnym dla wszystkim, którzy wiedzą; jak ktoś nie wie – trudno, musi nadrobić zaległości).

4. Nie słyszy się w najbardziej luźnych kuluarach żadnych „jeszcze nie wiem, co jutro powiem”, „coś tam jutro sklecę”, „wczoraj siedziałem nad prezentacją do rana”. Jeśli tak jest – jest to słodka tajemnica prelegentów, w każdym razie na 18 wystąpień, które widziałam, jedno sprawiało wrażenie średnio przemyślanego (nic dziwnego, że to jedno wystąpienie w trakcie dyskusji nie stało się przedmiotem żadnego pytania).

5.  Ponieważ zadawanie pytań i dyskusja jest OCZEKIWANYM elementem konferencji, to jest także składową pracy, o której pisałam na początku – w pytaniach nie chodzi jednak o pognębienie prelegenta i wykazanie mu, że a) myli się fundamentalnie b) nie przeczytał kolejnych 10 tysięcy książek, które należałoby przy tej okazji c) źle zaplanował/a badania / przeprowadził/a analizę, etc. Dlaczego nie c)? Bo oczywiście poziom tychże jest generalnie wyrownany, pomylić się albo czegoś nie przeczytać zawsze można (jeśli nie jest to „Nadzorować i karać” wspomnianego Foucault czy „Production of Space” Lefebvre’a, czyli fundamenty, to żaden wstyd).

6. Powyższe punkty powodują, że wszyscy są a) wyluzowani, choć bardziej czy mniej zestresowani przed własnym referatem b) Z GORY DOBRZE NASTAWIENI DO INNYCH PRELEGENTOW (to jest takie podejście „by default”) c) mili d) na bardzo międzynarodowej konferencji nie oczekują perfekcyjnego opanowania jęzka Szekspira od uczestników nieanglojęzycznych (wbrew naszym stereotypowym przekonaniom, jeśli temat zaintryguje, ludzie są skłonni słuchać nawet najbardziej karkołomnych łamańców fonetycznych i gramatycznych); tym, czego się oczekuje jest komunikatywność, nie zaś perfekcyjna i ponadprzeciętna kompetencja językowa. Lepiej raczej mówić niż czytać, choć czytanie uchodzi – wtedy publiczność stara się podążać równie czujnie, nawet jeśli nie jest to łatwe (patrz pkt. 1 – jesteśmy w pracy).

Zupełnie odmienny jest natomiast rodzaj pytań i paradygmatow badawczych: na konferencji gromadzącej specjalistow od komunikacji i mediów z odchyleniem raczej w stronę nauk społecznych (choć o wyraźnie humanistycznym profilu) nikt nie zadał nam pytania o „reprezentatywność” badań i o to, „jak uogólnić”. W ogóle nie było pytań o to, dlaczego tak właśnie a nie inaczej  zaplanowałyśmy badania (najwyraźniej wiedza o tym, na czym naprawdę polega paradygmat jakościowy jest tam bardziej rozpowszechniona). Była natomiast dyskusja o estetyzacji przestrzeni publicznej jako strategii gentryfikacyjnej – coś, o czym swego czasu pisałam, a dyskusja (która przeniosła sięw  kuluary i na przerwę lunchową) potwierdziła wszystkie moje wnioski z napisanego przed kilkoma laty tekstu oraz pokazała mi, jak nośny i aktualny w wielu miejscach jest to temat.

O zawartości konferencji będzie oddzielnie, na razie próbowałam sprecyzować „jak nie tak, jak tak” (mówiąc słowami Ferdynanda Kiepskiego), w czym zapewne nie jestem odkrywcza, bo podobne spostrzeżenie pewnie towarzyszą wszystkim, których uderza ta różnica.

I z fascynującego, stymulującego intelektualnie, globalnego w zasięgu wydarzenia wróciłam prosto w awanturę o „ideologię gender”, nacechowaną takim stężeniem bredni, że polemika z nimi urąga akademickim standardom. Wiem, będzie krzyk, że to postawa elitarna i że nie chcę pokornie nieść kaganka oświaty w lud (w tym przypadku – hierachów Kościoła katolickiego). Drogi ludzie, a idźże na jakikolwiek kurs gender studies na jakiejkolwiek polskiej uczelni, na niektórych to nawet bezpłatne albo przeczytaj dwie lub trzy książki należące do podstawowego repertuaru tej subdyscypliny.