Monthly Archives: Luty 2013

Tytułem postscriptum: #alt-academy

… do poprzedniego wpisu, który zresztą cieszył się dużym zainteresowaniem. Dziękuję za wszystkie komentarze, te na blogu i te za pośrednictwem komunikatora. Radosław Bomba, inicjator i organizator konferencji „Zwrot cyfrowy w humanistyce”, słusznie zauważył:

Dorzuciłbym tu jeszcze brak miejsc, w których można publikować materiały multimedialne (filmy, prezentacje, wizualizacje), które byłby punktowane i niedocenianie przez MNiSW najprostszych form multimedialnych jak chociażby blogi. Od naukowców żąda się innowacyjności, ale jej wyobrażenie wywodzi się z XIX wiecznej mentalności „koksu i stali”

Mam nadzieję, że autor wybaczy mi upublicznienie naszej komunikatorowej konwersacji :-). Ponieważ w dalszym ciągu drążę temat (zazębia się zresztą również z książką, nad którą się mozolę), to tytułem postscriptum przedstawię dwie ciekawe formy, które zupełnie zmieniają myślenie o publikacjach akademickich, w tym również o modelu open access. Dyskusja, która toczy się w Poslce jest już olbrzymim tematem, ale wciąż cala energia dyskutantów koncentruje się niemal wyłącznie na tym jak (bo już raczej nie „czy”) po prostu udostępniać zasoby. Jest zresztą kilka bardzo dobrych przykładow repozytoriów, w tym repozytorium Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (nazwane nieco poetycko 🙂 AMURem). Wydaje mi się, że wciaż jednak zbyt mało uwagi poświęcamy nowatorskim formułom: versioning książek naukowych, „otwarte” publikacje – to wszystko całkiem dobrze już funkcjonuje (jak np. cytowana przeze mnie w poprzednim wpisie książka, Digital_Humanities) tam, gdzie dyskusja nad możliwościami „sieciowej” humanistyki ma trochę dłuższą historię.

Sądzę, że nie bez powodu jedna z tych innowacyjnych form, które chcę przedstawić, figuruje jako #alt-academy: proponuje bowiem zarówno dyskusję nad alternatywnymi modelami kariery akademickiej, jak i interesujący model publikacji. Można uznać ją za formę mieszaną: między zbiorem redagowanym, numerem tematycznym czasopisma a tematycznym forum dyskusyjnym. Wątki w serwisie  są pogrupowane w klastry i otwarte na komentarze oraz wkład nowych autorów. Jak piszą sami twórcy:

#Alt-Academy is both an edited collection and a grassroots, publish-then-filter approach to networked scholarly communication. All MediaCommons community members can comment on existing essays and freely publish relevant work as part of this site, thereby making their content available at a stable URL and discoverable through search.

Bethany Nowviskie, która jest redaktorką serwisu, napisała bardzo ciekawy artykuł, który z polskiej perspektywy może mieć nieco frustrujący efekt dla czytelnika. Otóż sektor #alt-academy jest najwyraźniej niewidocznym, acz kluczowym aktorem akademickiej innowacji. Można tylko byłoby życzyć sobie, żeby kiedyś i u nas pojawiły się organizacje, które będą widziały swoją misję polegającą na tym samym, co robi Scholarly Communication Institute:

SCI (from the insider’s point of view) is about listening, helping, and nudging.

Kto wie, może w naszym warunkach taką instytucją stanie się kiedyś np. CITTRU, funkcjonujące w mojej macierzystej Alma Mater? Wymagałoby to jednak chyba czegoś więcej niż wydawania kolorowego magazynu na pełnej kredzie, fanpage’a na Facebooku i organizacji rozlicznych szkoleń (skądinąd, działalności chwalebnej). Wymagałoby to dokładnie tego, o czym mówił Radek: zmiany koncepcji innowacyjności rodem z XIX wieku, wpisanej w bardzo ograniczony model biznesowy.

Cała formuła MediaCommons Press jest świetnym źródlem inspiracji i nieprzypadkowo (acz bardzo celnie) domena nosi w nazwie „futureofthebooks”. Jak mogą wyglądać książki naukowe, pokazuje przykład najnowszej książki Kathleen Fitzpatrick, Planned Obsolence. Publishing, Technology, and the Future of Academy. Rodziła się właśnie w takim otwartym dostępie – do tej pory można zresztą przeczytać komentarze, które towarzyszyły publikacji pierwszych wersji tekstu (za pomocą oprogramowania budowanego przez Institute for the Future of Book z laboratorium Software Studies Initiative zespołu Lva Manovicha,  CommentPress).

Tym bardziej jednak podtrzymuję oinię, którą wyraziłam jakiś czas temu – nie da się tego robić „z doskoku”. Jak widać, jest to poważny proces, dokładnie takiej samej wagi, jak pisanie książki. Dlatego może nie jest od rzeczy rozpocząć dyskusję nad tym, czy prowadzenie akademickich blogów nie powinno być zauważone i docenione. Choć boję się jednocześnie mówić o tym głośno – obawiam się, że jedynym narzędziem, które miałoby oceniać „wartość” bloga stałoby się, przy obecnym parametryzacyjnym obłędzie, Google Analytics… Takie dyskusje już zresztą się toczą tu i ówdzie – np. czy i jak obecność w twittosferze przekłada się na znaczenie i wagę pracy akademickiej.

I jeszcze – skoro postscriptum: Debates in Digital Humanities została udostępniona online, o czym nie tak dawno pisał Marcin Wilkowski na blogu Historia i Media. W czasie, kiedy czytałam Debates… po raz pierwszy, widniała dopiero informacja o projekcie sieciowym w przyszłości, ale szczegóły nie były jeszcze znane. Dziękuję Marcinowi za przypomnienie.

Reklamy

Humanistyka cyfrowa, czyli jak zostać księżniczką

Tytuł niniejszego wpisu jest jednocześnie podtytułem tekstu, który zapewne będzie (jeśli łaskawi recenzenci się przychylą 🙂 ) częścią książki planowanej jako efekt konferencji w Lublinie, o której wspominałam tutaj jakiś czas temu. Uzasadnienie tego tytułu w moim tekście brzmi następująco:

Dyskusja na temat roli i znaczenia humanistyki w dzisiejszym pejzażu społecznym ma charakter globalny, a projekt digital humanities sytuuje się często w jej samym centrum i bywa prezentowany jako szansa humanistycznego Kopciuszka na osiągnięcie pozycji księżniczki (czyli podniesienie statusu w ramach academii zdominowanej wspołcześnie przez nauki ścisłe, medyczne, informatykę i biotechnologię).

Miałam tutaj na myśli często przytaczane zdanie o tym, że humanistyka cyfrowa (digital humanities) jest szansą na wydobycie humanistyki z rzekomego getta i lamusa historii (w tle kryje się przekonanie o zwiększeniu atrakcyjności humanistów na rynku pracy). W bardzo interesującej serii artykułów publikowanych pod zbiorczym hasłem „Humanities 2.0” na łamach New York Timesa między listopadem 2010 a lipcem 2011 roku zostaje ona tylko zasugerowana, ale dosyć wyraźnie. Zupełnie ekspressis verbis pisze o tym autor wstępu do świetnej antologii Debates in Digital Humanities, Matthew K. Gold (University of Minnesota Press, Minneapolis – London 2012, linkuję poniżej) odnosząc się do realiów amerykanskich:

W czasie, kiedy wiele instytucji akademickich boryka się z oszczędnościami budżetowymi, zamykaniem wydziałów i niedoborami kadry, humanistyka cyfrowa [digital humanities] doświadcza złotego wieku: można zauważyć nabory pracowników naukowych na wielu uniwersytetach, nowe centra humanistyki cyfrowej i inne inicjatywy powstające na całym świecie a także wielomilionowe granty dystrybuowane przez agencje federalne i fundacje. (M.K. Gold, The Digital Humanities Moment. Introduction [w:] red. M.K. Gold, Debates…, s. 1 wersja Kindle)

Między konferencją „Zwrot cyfrowy  w humanistyce” a momentem, w którym praca nad moim tekstem dobiegała końca, prasa ogłosiła bowiem dziennikarskim piórem powstanie „Humanistyki 2.0” na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Od razu powiem, że kibicuję tej inicjatywie całym sercem. Budzi też jednak we mnie pewien niepokój. Oczywiście artykuł gazetowy nie może pretendować do miana rzetelnego źrodła informacji (zwłaszcza znając poziom polskiego dziennikarstwa i często stosowane przez dziennikarzy operacje na wypowiedziach osób, które indagują), niemniej jednak w przytoczonej przez dziennikarkę wypowiedzi jednego z inicjatorów na plan pierwszy wybija się szczególny rodzaj czysto formalnego upgrade’u:

To innowacyjny kierunek, który połączy wiedzę humanistyczną z umiejętnościami programistycznymi – mówi Piotr Kwiatkowski, rzecznik UKW. – Absolwenci będą fachowcami w dziedzinie nauk humanistycznych, np. polonistyki czy historii sztuki, jednocześnie będąc specjalistami od nowych mediów i technologii.
Mam nadzieję, że nie będziemy w ten sposób świadkami pewnego nieporozumienia (polskie realia często rządzą się zasdą krzywego lustra: przejmowanie „nowinek” bądź implementacja innowacji wymyślonych gdzie indziej często przypomina właśnie obraz uzyskany w krzywym zwierciadle – dodatkowo dochodzi syndrom „pierwszego Polaka w kosmosie”, tutaj obecny w postaci tytułu „Pierwszy taki kierunek w Polsce”).
Warto wiedzieć, że humanistyka cyfrowa nie jest nowinką ostatnich kilku lat; pionierskie projekty mieszczące się w tym nurcie datują się na lata 40. XX wieku – mowa tutaj o dziele życia włoskiego jezuity pracującego w Stanach Zjednoczonych, Roberta A. Busy. Busa rozpoczął w 1949 roku pracę nad indeksacją oraz możliwością zautomatyzowanej analizy lingwistycznej opus magnum św. Tomasza z Akwinu, dostępny dzisiaj online. O swoim projekcie zmarły w 2011 roku pionier humanistyki cyfrowej opowiedział m.in. w jednej z pierwszych ważnych dla cyfrowej humanistyki antologii wydanej przez Blackwell pierwotnie w 2005 roku, A Companion to Digital Humanities. Dzisiaj dyscyplina jest szalenie wewnętrznie zróżnicowana, bo oczywiście operacje na tekstach nie są już jej podstawą, dodatkowo trzeba także uwzględnić dziedzictwo wielu projektów, które powstawały, zanim w ogóle pojawiła się ta wygodna etykieta. O projektach nurtu, jak to wcześniej nazywano, humanities computing, pisze m.in. Susan Hockey we wspomnianym A Companion… I choć różnie kreśli się dzisiaj „misję” DH (bo często funkcjonuje w postaci twitterowego wątku #dh) – jednym z ciekawszych zapisów wewnętrznej dyskusji jest wydana w ubiegłym roku pod redakcją Matthew Golda wspomniana powyżej antologia Debates in Digital Humanities (Amazon oferuje wersję na Kindle, w Google Books jest także dostępny całkiem spory podgląd) – to jednak zawsze nacisk pada na jej pod wieloma względami eksperymentalny charakter i dążenie do wypracowania nowych metod pracy wobec kultury multimedialnej dostępnej nie tylko w postaci cyfrowej, ale także w złożonej ekologii mediów sieciowych. Kilka wątków jest dosyć oczywistych, ale nie wyczerpuje zakresu dyscypliny: humanistyka cyfrowa to nie tylko zastosowanie multimediów w praktyce akademickiej, wizualizacja danych i modelowanie, digitalizacja archiwów, projekty typu ”big data mining” czy zarządzanie informacją. Wewnętrzną różnorodność dziedziny pokazuje czysto enumeracyjne wyliczenie tradycji akademickich, z których czerpano w trakcie jej ponad 50-letniej historii (jeśli trzymać się 1949 roku jako momentu początkowego – podejście archeologiczne każe tę ideę „początku” mocno zweryfikować, bo jedną z wczesnych instancji wizualizacji informacji jest często przytaczany moment wykrycia źródel epidemii cholery w Londynie w 1854 przez Johna Snowa, który posłużył się nanoszeniem na mapę przypadków choroby). Badacze rekrutują się z takich dziedzin jak humanities computing, teoria mediów, bibliotekoznawstwo i informacja naukowa, e-literatura, antropologia cyfrowa, historia, lingiwstyka (bardzo długo projekty tego teypu rozwijano pod egidą Modern Language Association), edukacja medialna, sztuka nowych mediów oraz środowiska spoza tradycyjnej akademii lub na jej obrzeżach (ruch open access, ruch nie-konferencji typu THAT Campów i medialabów). Dosyć oczywiste jest łączenie teorii z praktyką, na co wskazują niemal wszystkie ważne dla tego nurtu badawczego propozycje: ciekawą pozycją w tym względzie jest książka Johanny Drucker, Speclab. Digital Aesthetics and Projects in Speculative Computing, zdającej w niej relację m.in. z  własnych doświadczeń. Jak pisze autorka, kiedy przybyła na University of Virginia (jeden z mateczników DH, gdzie w 1993 roku zapoczątkowano jeden z wczesnych tego typu projektów, The Valley of Shadow, realizowany przez historyka, Edwarda L. Ayersa), posiadała doświadczenie w zakresie „praktycznych i historcznych graficznych form wytwarzania wiedzy”, ale nie miała pojecia ani o HTML, ani o podwalinach projektu Text Encoding Initiative. Doświadczenie artystki i historyczki sztuki dało jej jednak wiedzę o tym, że
„Specyficzność i różnorodność graficznych form ekspresji oraz ich stosunkowo niestabilne, nieformalne kody, w połączeniu z retoryczną siłą prezentacji stanowią istotny argument w każdej wizualizacji informacji.” (J. Drucker, Speclab…, s. XV).
Cytat z książki Johany Drucker pokazuje, że choć czasami pisze się, że humanistyka cyfrowa miałaby być odwrotem od XX-wiecznych -izmów i Wielkiej Teorii, to istotna jest raczej zmiana formuły uprawiania teorii niż jej zupełne porzucenie. W innym tekście Drucker mowi zresztą wprost:

„Pytanie brzmi nie >> czy humanistyka cyfrowa potrzebuje teorii?<< ale raczej w jaki sposób cyfrowa nauka będzie humanistyczna bez niej?” (J. Drucker, Humanistic Theory and Digital Scholarship, [w:] red. M.K. Gold, Debates… op.cit., s. 2570 w wersji Kindle)

Czytając jedną z najświeższych propozycji z cyfrową humanistyką w tytule zwróciłam uwagę na szczególnie intrygujący passus dotyczący cyfrowej humanistyki jako dziedziny eksperymnetalnej, czyli otwartej na ryzyko:
„Budując na kluczowym aspekcie innowacji w projektowaniu, Digital Humanities musi ponosić porażki, a nawet do nich zachęca. Poza normatywnym centrum, istnieje przestrzeń iteracji i testowania, aby tworzyć eksperymenty o niepewnym rezultacie, które są spekulatywne, ludyczne a nawet niemożliwe. (…) Proces jest ceniony bardziej niż produkt; versioning i otwratość systemu [to mój wolny przekład, chodzi o pojęcie extensibility w programowaniu] jest ceniona bardziej niż definitywne wersje i zasoby działów badań.” (red. A. Burdick, J. Drucker, P. Lunenfeld, T. Presner, J. Schnapp, Digital_Humanities, MIT Press, Cambridge 2012, wersja open access, s. 22)
Jak piszą autorzy, porażka jest ważnym elementem kultury Doliny Krzemowej (ciekawe, ilu z rodzimych jej obserwatorów ma tę świadomosć):
W kulturze przedsiębiorczości z Doliny Krzemowej na przykład, porażka jest nie tylko tolerowana, ale także obficie finansowana – ponieważ ryzyko jest tego warte. (..) Akceptacja psychologii porażki jest częścią cyklu życiowego innowacji. (jw., s. 22)
Zastanawiam się, jak – i czy w ogóle – to głębsze zrozumienie sedna humanistyki cyfrowej (wychodzące poza dyskurs pop poradnika, jak skuteczniej posługiwać się narzędziami cyfrowymi, arkuszem kalkulacyjnym czy metodami statystycznymi) odnajdzie się w naszych polskich realiach, w których nie tylko nie ma tradycji rzetelnej współpracy transdyscyplinarnej (choćby między humanistyką a informatyką), wspieranej instytucjonalnie, w której warto byłoby zadawać głębokie pytania i budować eksperymenty w takim rozumieniu. Obawiam się, że takie podejście nie jest możliwe w ramach systemu faworyzującego i fetyszyzującego przede wszystkim parametryzację i skrajną efektywność, a także nastawionego wyłącznie na produkt, nie na proces (liczą się przede wszystkim namacalne efekty uzyskiwane na drodze instytucjonalnie potwierdzonych kolejnych kroków, nie zaś dochodzenie do nich oparte na własnej pracy badacza, w tym również na obrzeżach akademii lub poza nią). Bo jak inaczej rozumieć niegdysiejszą wypowiedź szefa NCN, że finansowanie „niedobrych” projektów byłoby „marnowaniem pieniędzy podatników”? [nie mam jej, niestety, pod ręką, był to komentarz do wielu skarg po bodaj pierwszym konkursie rozstrzygniętym przez NCN] Nie należy oczywiście wnosić, że namawiam do finansowania złych projektów. Kultura DolinyKrzemowej widziała jednak wiele spektakularnych porażek i pozornie straconych pieniędzy.  Każdy, kto pisał wniosek do NCN świetnie wie, jak duży jest w nich margines na wkalkulowaną porażkę i eksperyment. A zatem cyfrowa humanistyka w naszych realiach – jeśli rzetelnie realizowana – może mieć  (przy pomyślnych wiatrach) iście rewolucyjny charakter.