Monthly Archives: Październik 2012

Konferencyjnie

Niespełna tydzień temu uczestniczyłam w okrytej niezwykłą sławą konferencji „Technologie przyjemności. Kultura substancji psychoaktywnych” organizowanej przez takie oto gremium: Instytut Socjologii UJ, Instytut Sztuk Audiowizualnych UJ, Katedra Performatyki na Wydziale Polonistyki UJ, Studencka Inicjatywa Narkopolityki. Zdarzenie stało się sławne na długo zanim pierwsi prelegencji zasiedli przy stoliku w sali Instytutu Socjologii UJ w Krakowie: fejsbukowe wydarzenie liczyło w pewnym momencie dobrze ponad tysiąc chętnych. Zdecydowanie laureat w kategorii akademicki „hype” roku (a może nie tylko roku?). Organizatorzy wprowadzili więc rejestrację, co niebacznie ogłosili tylko na stronie eventu – ponieważ miejsca wyczerpały się w godzinę, znakomita większość pozostała rozgoryczona i dawała wyraz swojemu rozczarowaniu albo wprost atakowala organizatorów. A każdy, kto kiedykolwiek cokolwiek organizował na jakiejkolwiek uczelni dobrze wie, jak niewdzięczna to rola i jak skomplikowanych zabiegów wymaga tak prosta, wydawałoby się, sprawa, jak przeniesienie panelu do większej sali. W każdym razie ogromne pdziękowania i czapki z głów dla organizatorów (a tak naprawdę Michała Gulika, doktoranta w ISzA UJ, za pomysł, upór i konsekwencję).  Był streaming i podobno czasem działał. Zdaje się, że będzie wydawnictwo. Załuję, że mogłam uczestniczyć tylko w bardzo ograniczonym zakresie.

Jutro kolejna konferencja, tym razem nieco innego kalibru i już nie w Krakowie, a w Lublinie  – Zwrot cyfrowy w humanistyce. Digital Humanities – etykieta, która w ostatnich latach stała się kolejnym „buzz word” akademickiego światka – powoli pojawia się także i u nas. No właśnie, hype/hajp czy coś więcej? Ile w cyfrowej humanistyce pozostaje humanistyki? Czy rację miał Lev Manovich pisząc kiedyś w jednym ze swoich tweetów, że tradycyjnej humanistyki należy się pozbyć (ale ujął to znacznie dosadniej – choć nie mam stosownej dokumentacji pod ręką, niestety, polegam na własnej pamięci). Między innymi o tym będę chciala podyskutować – sama zamierzam zastanowić się, czy „cyfrowość” jest jesczze w ogóle jakimś wyznacznikiem i czy może jesczze stanowić kryterium czegokolwiek, zwłaszcza w świecie, który w znaczący sposób staje się hybrydowy a materialność/rzeczowość nie tylko nie znika z pola widzenia, ale staje się wręcz kluczowa w dobie drukarek 3D i (jak chcą niektórzy) nadciągającej rewolucji postindustrialnej oraz „biurkowych fabryk”? Tak naprawdę jednak dręczy mnie pewien niepokój, czy aby humanistyka cyfrowa w polskim wydanie nie będzie się sprowadzać zaledwie do pomysłów na coraz bardziej wyrafinowane form wizualizacji danych, szukania wzorów i rezygnacji z bardziej zaawansowanej teorii (w  myśl postteoretyczności DH i jej metodologicznego skrzywienia)? Czy nie będzie to zwrot o charakterze prymarnie reakcyjnym – bo przecież u nas krytyczny potencjał studiów kulturowych, badań feministycznych, gender studies, teorii queer i zwrotu postkolonialnego (o innych „zwrotach” już nie wspominając) nigdy nie został ani rozpoznany, ani poważnie potraktowany, i wciąż często jest pozycjonowany w naszym akademickim światku jako fanaberia. Czy nie będzie to próba wepchnięcia nas do kąta, w którym zadaniem humanistów ma być zajmowanie się tym, co „uniwersalne i ponadczasowe”, „pięknem”, „wartościami” i „dziedzictwem”? Czy kogoś takie pytania też nurtują? Zobaczymy jutro.

Reklamy

Rubieże kultury popularnej w podróży, część 1.

Jak już co najmniej kilkakrotnie się chwaliłam, ukazała się moja książka „Rubieże kultury popularnej. Popkultura w świecie przepływów” (Galeria Miejska Arsenał, Poznań 2012). I oto za moment (prawie dosłownie) wsiadam do autobusu i ruszam w pierwszą część trasy, na której mam nadzieję spotkać niektórych czytelników tego bloga 🙂 Dwa rozdziały zamiesciłam na moim scribdzie: wstęp oraz rozdział 10 („Rewolucja ubrana w gadżety, czyli wyblakły urok hipsterstwa”). Z szacunku i lojalności dla wydawnictwa, które w ogóle robi dobrą robotę, na razie nie zamieszczam więcej. Będziemy o tym rozmawiać, ale pewnie dopiero, jak się skończy nakład papierowy. Galeria Miejska Arsenał publikuje książki nie tylko świetne, ale i pięknie wydane (w tej samej serii m.in. „Niecne memy” MAgdaleny Kamińskiej, „Ciało filmu” Marty Kosińskiej, książka Honzy Zamojskiego, zresztą warto sprawdzić na własną rękę). Ekipa realizująca projekty wydawnicze wkłada przy tym w nie tyle serca i dobrej energii, że naprawdę warto poprzeć to dokonując zakupu. Nie chciałabym, żeby kultura wolnego dostępu oznaczała, że będziemy uważać, iż wszystko należy się za darmo (a że jest to przekonanie krzywdzące dla zwolenników open access i możliwości ściągania dóbr kultury z sieci, wiem najlepiej, bo mimo udostępniania muzyki za darmo online, płyty moja niewielka labela wciąż sprzedaje czasem płyty). Nie udostępniam więc całości książki (na razie) z lojalności wobec fantastycznych współpracowników / czek z wydawnictwa, bo powoduje nimi nie korporacyjna rządza zysku, a chęć stworzenia kilku ciekawych propozycji. O tym i o innych rzeczach możemy zresztą porozmawiać face to face, w cyklu spotkań, którym czasem towarzyszą koncerty. Pełny plan wygląda tak (a zaczynam już dzisiaj z moim projektem muzycznym), zapraszam serdecznie i biegnę na autobus do Katowic!

6.10, (sobota) Chorzów, Rebel Garden, Al. gen. J. Ziętka 7 (obok bramy ZOO) godz. 20.00 – koncert Projektu Karpaty Magiczne (w składzie: Anna Nacher, Marek Styczyński, Małgorzata “Tekla” Tekiel – gitara basowa)

7.10, niedziela, Katowice, Dobra Karma, ul. św. Jacka 1, godz. 18.00 – spotkanie dyskusyjne wokoł książki “Rubieże kultury popularnej”, prowadzi dr Monika Górska-Olesińska

8.10, poniedziałek, Wrocław, Tajne Komplety, Przejście Garncarskie 2, godz. 18.00 – spotkanie dyskusyjne wokół książki „Rubieże kultury popularnej” Anny Nacher i „Zielnik podróżny. Rośliny w tradycji Karpat i BAłkanów”, godz. 19.00 – koncert Projektu Karpaty Magiczne (w składzie: Anna Nacher & Marek Styczyński).

9.10, wtorek, Poznań, Galeria Miejska Arsenał i Klub Meskalina, Stary Rynek 6, godz. 18.00 spotkanie dyskusyjne wokół książki Anny Nacher, godz. 20.00 w Klubie Meskalina naprzeciw Galerii – koncert Projektu Karpaty Magiczne (w składzie: Anna Nacher & Marek Styczyński)

Oryginalność tłumaczenia

Muszę przyznać, że tym razem sprowokował mnie status Wydawnictwa słowo/obraz terytoria, które za pomocą Twitterowej notki pochwaliło się recenzją Lukasza Rogowskiego książki Oryginalność awangardy Rosalind E. Krauss. Odruchowo odpowiedziałam na notkę wyjawiając moją opinię (i mieszcząc się w 140 znakach statusu), na co przyszla odpowiedź, że to pierwsza tak surowa ocena książki. Moja ocena dotyczy nie tyle samej książki – to pozycja znana, uznana i wręcz klasyczna dla refleksji nad kulturą wizualną – ile tłumaczenia i redakcji. Tak się składa, że zabrałam ze sobą na wakacyjny wyjazd dwie książki: właśnie Oryginalność awangardy i inne mity modernistyczne Rosalind E. Krauss oraz Zawieszenia percepcji. Uwaga, spektakl i kultura nowoczesna Jonathana Crary. Zestawienie wypadło druzgocąco dla tłumaczenia i redakcji tej pierwszej, co zaraz rozwinę.

Lektura pierwszych kilkunastu stron Oryginalności… sprawiła, że poczułam się… boleśnie zdradzona.  Oto bowiem wydawnictwo, które od wielu lat konsekwentnie realizuje znakomite serie humanistyczne, wysmakowane edytorsko, w najlepszych opracowaniach. Nie będę zdradzać, jaki procent moich półek zajmują książki wydawnictwa słowo/obraz – przez wiele lat kupowałam niemal w ciemno i bez zbytnich wahań. Jeśli istnieją jakieś drogowskazy w życiu humanistycznej akademiczki, to z pewnością można są to: słowo/obraz, Universitas (a zwłaszcza seria Horyzonty Nowoczesności), Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego (ze znakomitą serią Cultura na czele) i Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego (trudno sobie wyobrazić naszą pracę bez serii communicare). Słowo/obraz – to przecież kultowe wydanie Słów i rzeczy Michela Foucault, seria Mnemosyne, w której ukazało się wreszcie po polsku dzieło Narodziny Wenus Aby Warburga, seria Epoka obrazu, którą rozpoczęto od m.in.  Przed obrazem Georgesa Didi-Hubermana (i w której ukazała się kolejna książka Hansa Beltinga), seria książek filmowych w serii Terytoria Kina i nie tylko (na czele z bestsellerowymi opracowaniami Alicji Helman, Mirosława Przylipiaka, Tadeusza Miczki oraz znakomitą książką Mariusza Adamczaka, Globalne Holywood, która wpisuje się w kulturoznawczą refleksję nad kinem, dwutomową antologią Czeska myśl filmowa pod red. Petra Szczepanika, Jaroslava Andela i Andrzeja Gwoździa oraz antologią Cudowny kinemo. Rosyjska myśl filmowa pod redakcją i w przekładzie Tadeusza Szczepańskiego i Bogusława Zyłko), nie wspominając już o znakomitych nazwiskach polskiej humanistyki (na wyróżnienie zasługuje zwłaszcza przypomnienie książek Bronisława Baczko). Jednym słowem, słowo/obraz terytoria to jest Firma. Pewnym niepokojem mogło co prawda napawać wydanie niezaktualizowanej wersji publikacji Kracauera, ale to można złożyć na karb szczególnej koncepcji wydawniczej.

Oryginalność awangardy w wersji wydawnictwa słowo/obraz terytoria miała nieszczęście nie tyle do tłumaczki, ile do redaktorki. Jako osoba tłumacząca czasem teksty naukowe znakomicie wiem, jak łatwo nadziać się na rafę, jeśli funkcjonuje się w języku obcym na tyle płynnie, by czuć się w nim dobrze. Przekład w ogóle jest sztuką bardzo trudną, ale i fascynującą (że może to być mistrzostwo, pokazuje choćby casus Gayatri Chakravorty Spivak i jej przekładów Derridy na jęzk angielski – by sięgnąć bliżej: przekłady Tadeusza Komendanta tekstów Michela Foucault, na czele ze znakomicie oddanym assujettissement jako „u/ja/rzmianiem” czy udane przełożenie przez Pawła Dybela czołowego dla Julii Kristevej pojęcia „abject” jako „wymiotu”). Przekład książek teoretycznych jest bowiem czymś więcej niż tylko przeniesieniem tekstualnym, o tym nie trzeba przekonywać. To obszar, który pokazuje, jak bardzo wciąż potrzebujemy humanistyki w jej klasycznym kształcie (tym bardziej więc może dziwić decyzja o nieprzyznawaniu punktów w dorobku za tłumaczenia na język polski). Moje zastrzeżenia dotyczą więc przede wszystkim kształtu językowego – wersja Oryginalności awangardy, jaką trzymam w ręku, jest zaledwie półproduktem. I mówię to z olbrzymim żalem. Rozpocznę od najbardziej wyrazistych – i wołających o natychmiastową uwagę redaktora – passusów (które, muszę przyznać, wykorzystałam do zniechęcenia znajomych do zakupu książki):

„Parodystyczny czy nie, ten argument jest podtrzymywany przez wielu szanowanych badaczy i przyciąga innych. Oczywiście John Richardson skorzystał z okazji, aby napisać recenzję wystawy w Muzeum Sztuki Współczesnej i przedstawić przypadek autobiograficznego Picassa. Zgadzając się z Dorą Maar, że sztuka Picassa jest w każdym momencie funkcją zmian w sferze pięciu elementów prywatnych: kochanki, domu, poety, koła wielbicieli, psa (tak, psa!), Richardson namawia historyków, żeby się skontaktowali z żyjącymi znajomymi Picassa i spisali ostatnie skrawki osobistych informacji, które jesczze przetrwały, zanim śmierć uniemożliwi pozostałym świadkom stawienie się w sądzie. Richardson wygrywał tę melodię od dwudziestu lat, więc jego apel nie był zaskoczeniem. Jednakże autobiograficzny Picasso jest czymś zupełnie nowym w wypadku Williama Rubina. Jest to tym bardziej imponujące, że ów pofląd spowodował jego nawrócenie, pokonując opór, jaki stawiało wieloletnie kształcenie Rubina.” s. 33

„>>Pozytywną identyfikacją<<, która wyprowadziła kilkunastoletnie badania nad Picassem na tereny biograficzne, było odkrycie, że główny obraz Okresu Błękitnego – ycie (La Vie) z 1904 roku – zawierał portret hiszpańskiego malarza i przyjaciela Picassa, Casagemasa, który popełnił samobójstwo w 1902 roku.” s. 37

„Jakiekolwiek jest jego spojrzenie na „życie”, obraz przywołuje takich dziewiętnastowiecznych poprzedników jak Courbet czy Manet, utrzymując, że dla malarza życie i sztuka stanowią dla siebie alegorie, ponieważ jedno i drugie uwikłane jest w problem reprezentacji. Imię Casagemasa nie sięga na tyle daleko, żeby oznaczać ten związek czy problem.” s. 37

Jak widać – trzy rozbudowane przykłady na zaledwie czterech stronach! W recenzji książki, którą pochwaliło się wydawnictwo ani słowa jednak o takich kwiatkach – czyżbym to więc jedynie ja miała problem ze zrozumieniem szyku zdania i niezręcznościami stylistycznymi, których źródłem jest przekład wręcz dosłowny i niewolniczy? („wygrywał tę melodię” – w oryginale „Richardson’s trumpet has been sounding this theme for over twenty years”, R. Krauss, The Originality of Avant-Garde and Other Modernist Myths, MIT Press, Cambridge 1986, s. 25) W oryginale mamy Autobiographical Picasso – i słusznie, bo to figura stworzona przez Krauss jako emblemat pewnej strategii krytycznej, o której traktuje rozdział „W imię Picassa” – w większości dyskusyjnych przypadków trudność w lekturze polskiego tekstu bierze się z nazbyt wiernego, literalnego wręcz tłumaczenia. Bywają też niestety fragmenty, które istotnie zmieniają sens zdań. W otweirającym fragmencie o siatce czytamy:

„Zniwelowała barierę pomiędzy sztukami plastycznymi a literackimi, dzięki czemu skutecznie zamknęła te pierwsze w sferze wyłącznej wizualności, chroniąc je przed wtargnięciem języka.” (s.17)

Moim skromnym zdaniem, siatka spowodowała raczej niwelację bariery, która skutecznie „zamknęła te pierwsze w sferze wyłącznej wizualności…”:

The barrier it has lowered between the arts of vision and those of language has been almost totally successful in walling the visual arts into a realm of exclusive visuality and defending them against intrusion of speech.” s. 9 w wydaniu oryginalnym

Przykład trzeci jest związany ze znacznie bardziej dojmującym brakiem tłumaczenia książki Krauss – brakiem redakcji naukowej. Między stronami 33 a 37 znajduje się bowiem fragment, który jeży włos na głowie osoby jako-tako obeznanej z teorią semiotyczną – a boję się w ogóle pomyśleć, jaka będzie reakcja jakiejkolwiek czytelniczki, która nie ma za sobą akademickich rozważań nad teorią Searle’a, Fregego i Russella. Dobrze, zgódźmy się, książka jest adresowana raczej do akademików (bo kogo w Polsce w końcu zainteresuje Rosalind Krauss?). Czy to jednak usprawiedliwia takie kwiatki:

„Nazwy własne – argumentował Frege – nie tylko muszą mieć znaczenie, ale w wypadku, gdy nazywamy nieistniejącego bohatera (jak święty Mikołaj), mogą nawet mieć sens bez refernta. Russell następnie poszerzył ten pogląd, twierdząc, że zwyczajne nazwy własne to w rzeczywistości określone definicje pod płaszczykiem.” s. 34

„Joel Fineman w swoim niezwykłym eseju wskazał niedawno na wagę dyskusji filozoficznej na temat nazw własnych w teorii literackiej i krytyce: >>Postępująca i coraz bardziej dogmatyczna subordynacja filozofii referencji nominalnej, najpierw wobec ekstensji, później wobec wyrażenia, a wkońcu wobec historyczności, odraczająca swoją temporalność, na wiele sposobów rozgrywa się równolegle względem rozwoju i ostatecznego upadku estetyki przedstawienia. Oznacza to, że odwieczna niezręcznosć filozofii ujawniająca się w zestawieniu słowa i rzeczy, jest ściśle powiązana z niepewnym związkiem, regularnie odkrywanym przez naszą tradycję literacką zawsze, gdy ta łączy znaczenie dosłowne z przenośnym.<<” s. 35.

Właściwie bardzo zazdroszczę recenzentowi – najwyraźniej wszystko zrozumiał i nie nie miał problemu z takimi momentami, których w tej książce jest mnóstwo. Trzeba przyznać, że autorka tłumaczenia się starała – przypis 12 zawiera wyjaśnienie jej autorstwa „Label – kwalifikator, etykieta. Krauss wykorzytsuje tę dwuznaczność, proponując analizę obrazów Picassa.” (s. 35. ) Dlaczegóż, ach dlaczegóż wydawnictwo zaoszczędziło na redaktorze naukowym, który wyprowadziłby czytelnika z mielizn ekstensji, intencji i sporu o nominalizm na czyste wody wnikliwej i erudycyjnej krytyki autorstwa Rosalind Krauss? Trzeba przyznać, że tłumaczka nie miała łatwego zadania: Rosalind Krauss była ulubionym celem ataków Dicka Higginsa (notabene w Nowoczesności od czasów postmodernizmu, również wydanej przez słowo/obraz terytoria) jako „Wysoka Kapłanka postmodernizmu”. W pewnym sensie książka Higginsa była w wielu miejscach polemiką z jej wizją modernizmu wyartykułowaną właśnie w Oryginalności awangardy. Najczęstszy zarzut wobec wielu postmodernistów – niezrozumiałość języka – znakomicie będzie się sprawdzał w przypadku polskiej wersji Oryginalności awangardy, choć zawiłość, niezgrabność i niejasność tekstu, miejscami osiągająca wymiar wręcz komiczny, nie jest żadną winą autorki. Teskt Rosalind Krauss nie nalży do najłatwiejszych – wbrew pozorom „postmoderniści” (cokolwiek by pod tym pojęciem rozumieć) budowali swoje teksty w ścisłym związku z teorią, co wymagało od czytelników sporego treningu intelektualnego (albo zdolnego i pełnego pasji redaktora naukowego przy przekłdach). Uważam więc, że wyrządzono krzywdę nie tylko czytelnikom (którzy zapłacili za książkę w księgarni), ale także samej Rosalind Krauss, a kto wie – może polskiej humanistyce w ogóle. O pomstę do nieba woła fakt, że jest to „podręcznik akademicki dotowany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.” Jest jeszcze jedna ewentualność,której pragnęłabym najmocniej – że zaszła jakś dramatyczna pomyłka i że egzemplarz książki, którą mam na półce został wydrukowany z pliku, który nie był ostateczną jej wersją. Jeśli jednak nie – radziłabym wydawnictwu przeprosić czytelników (mile widziana gratyfikacja w postaci darmowego pdf-u którejś z wcześniej wydanych, a dawno nie wznawianych pozycji 🙂 i zapomnieć czym prędzej o tej wpadce. Na pewno natomiast nie chwalić się pochlebnymi recenzjami, bo świadczą one tylko o niewystarczająco wnikliwej lekturze.

O tym, że Rosalind Krauss pisze klarownie i zręcznie, świadczy fragment Oryginalności… w przekładzie Małgorzaty Sugiery, w antologii Postmodernizm pod red. Ryszarda Nycza (Wydawnictwo BAran i Suszczyński, Kraków 1997). Być może moja reakcja na tę książkę nie byłaby tak bolesna, gdybym nie miała w pamięci tego właśnie fragmentu i gdyby mój wakacyjny wybór lektur nie uwzględnił książki mistrzowskiej pod każdym względem – zarówno, jeśli chodzi o przekład, jak i o redakcję. Mam na myśli wspomniane Zawieszenia percpecji. Uwaga, spektakl i kultura nowoczesna Jonathana Crary, w przekładzie ukasza Zaremby i Iwony Kurz oraz pod redakcją naukową Iwony Kurz. Crary jest autorem bardzo trudnym do przełożenia ze względu na styl samego autora, ale także na przedmiot jego refleksji. Jest nią specyficzna forma percepcji nazywana przez nas dzisiaj „uwagą”, „skupieniem” i jej nowoczesna historia. Autor nie ogranicza się jednak do humanistyki i okazjonalnie czyni wycieczki w obszar nauk biologicznych czy psychologii. Staranność przypisów (wytropione zostały WSZYSTKIE polskie przekłady przywołanej przez autora niesłychanie obszernej literatury, co wcale nie jest normą w polskiej praktyce wydawniczej) i redkacji naukowej pomagają w lekturze i są obliczone na czytelnika inteligentnego, który jednak nie musi być specjalistą w dziedzinie, o której pisze Crary. Dla osób odpowiedzialnych w Wydawnictwei słowo/obraz terytoria za wydanie książki Rosalind Krauss – lektura obowiązkowa.

Czy będę jeszcze kupować książki wydawnictwa? Oczywiscie, że tak –  w przypadku tłumaczeń będę jednak staranniej niż przedtem sprawdzać, co kupuję. Piszę to z bólem serca: Oryginalność awangardy lepiej czytać w oryginale.

P.S.1: Jedna rzecz jest natomiast godna uznania: gotowość do komunikacji ze strony wydawnictwa, za którą dziękuję.