Poczytaj mi, mamo – na ostro

Zamilkłam na ładnych parę miesięcy; dużo by pisać o powodach – do tych bardziej chwalebnych mogę zaliczyć z pewnością końcówkę pracy nad książką (ukazały się już Rubieże kultury popularnej, o czym doniosłam tylko na Facebooku w zasadzie) oraz intensywny czas pracy nad projektem („Kultura miejska – węzły i przepływy”) realizowanym wraz z Małopolskim Instytutem Kultury. Do tych mniej chwalebnych – okresowo pojawiający się pomysł na zmianę zawodu i pomysłu nad życie (co pozostawię jednak dla siebie). Trudno byłoby mi więc mowić o letargu; już raczej o głębokiej niechęci do dyskusji o kondycji polskiej nauki, a zwłaszcza humanistyki. Jak się zresztą przekonałam choćby w trakcie kuluarowych dyskusji podczas szkoly letniej Media Ecologies, zorganizowanej kolosalnym wysiłkiem woli, wbrew wszystkiemu i wszystkim (na czele zwłaszcza z uczelnianą biurokracją) przez moje dwie koleżanki z Instytutu (niniejszym WIELKIE DZIĘKI: Joanna Walewska i dr Magdalena Zdrodowska!) – takie dyskusje nie są jakąś szczególną polską specyfiką. Czy to w Polsce, czy w Kanadzie, czy w Wielkiej Brytanii – mogliśmy sobie cytować fragmenty mniej i bardziej poważnych wypowiedzi o tym, jak bardzo niepotrzebni światu są humaniści i jak bardzo obciążają budżet (można byłoby sądzić, że to nie skorumpowany świat finansjery, a właśnie neigodziwi humaniści są źródłem obecnego kryzysu światowego). Te same argumenty powtarzane ad nauseam i strategia „grochem o ścianę” wprawiły mnie więc w stan blogowej impotencji – tym bardziej, że trzeba było kończyć książkę i realizować projekt (oraz pojechać na Documenta 13 i Ars Electronicę).

Inspiracji do kolejnego wpisu dostarczył mi wreszcie – po okołowakacyjnej przerwie – znakomity komentarz Emanuela Kulczyckiego do jednego z tego typu artykułów, autorstwa prof. Gorzelaka, a bardziej komentarz samego autora artykułu w „Polityce” zamieszczony pod wpisem. Jest to n-ta wersja wariacji na temat tego, dlaczego z polską humanistyką jest źle. Nie chce mi się tym razem owijać w bawełnę; napiszę mało elegancko, zupełnie wprost i dużymi literami: SZANOWNI KRYTYCY, HOW ABOUT THIS: ADIUNKT NA NAJLEPSZEJ POLSKIEJ UCZELNI ZARABIA MNIEJ NIŻ DYPLOMOWANY NAUCZYCIEL W SZKOLE ŚREDNIEJ. Nie jestem zwolenniczką tezy, że „jaka praca, taka płaca” (i vice versa). Większość z nas ma jeszcze (chyba)wystarczająco dużo entuzjazmu, żeby robić to, co robi – wbrew całemu światu. W tym przypadku rzecz jest jednak znacznie subtelniejsza: większość z nas rzadko ma szansę pracy w mniejszym wymiarze godzinowym niż półtora etatu (albo dwa). Nie zmieni tego żaden zakaz rektorski ani ustawowa regulacja „w trosce o poziom polskiej nauki”. Większość z nas MUSI dorabiać. Zwłaszcza, jeśli pula na projekty NCNowskie dla nauk humanistycznych i społecznych razem wziętych to zaledwie połowa tego, co przeznacza się na nauki biologiczne… Szansa, że dostanie się grant jest dokładnie taka sama, jak wygrana w LOTTO (i jeśli chodzi o mnie, po najświeższych doświadczeniach z oceną projektu, wybieram LOTTO) – wystarczy sprawdzić ilość finansowanych projektów w stosunku do liczby złożonych propozycji. Jeśli więc ktoś ma na tyle hucpy, żeby porównywać sytuację polskich asystentów i adiunktów do sytuacji naszych kolegów w krajach słynących z międzynarodowych sukcesów w humanistyce, to niech najpierw wykona pożyteczne ćwiczenie z arytmetyki i sprawdzi, na ile stron tłumaczenia na język angielski wystarczy średnia pensja adiunkta. A już nie wspomnę o wysokości pensum. (W jeszcze gorszej sytuacji są Ci, którym do pensum liczą się zajęcia na studiach niestacjonarnych). Strategie przeżycia są zresztą bardzo różne, nie zawsze polegają na zawrotnej ilości realizowanych godzin dydaktycznych, ale mają jedną wspólną cechę: są zazwyczaj czaso- i energochłonne. Co robimy w czasie, kiedy nie ubogacamy świata naszymi znakomitymi tekstami w językach kongresowych? Dziesiątki rzeczy, które pozwalają nam nie tylko utrzymać siebie i rodzinę, ale: nadążać za światową literaturą (więksozść z nas znakomicie poradziła sobie po zamknięciu gigapedii, a nawet czasem kupujemy sobie książki legalnie), jeździć na konferencje (fundusze gwałtownie wysychają po ukończeniu 35-tego roku życia… a organizatorzy nie mają litości, jeśli chodzi o wysokość opłat konferencyjnych), wypełniać dziesiątki ankiet samooceny, autooceny i paraoceny; wykonywać niewdzięczną czarną robotę, jak przystało na młodszych stażem pracowników; tym, co mają wyjątkowo awanturniczą żyłkę czasem zaś zechce się coś samemu zorganizować, zredagować albo wprowadzić nowy kurs (a nie daj Boże, specjalizację), nie mówiąc już o publikacjach (kalkulacja jest prosta: punkty potrzebne są tu i teraz – czekanie na publikację anglojęzyczną i nieskończone szlifowanie tekstu, wysyłanie go do kolejnych redakcji, co może potrwać nawet ze 2 lata nie wchodzi w grę w tym stanie rzeczy albo raczej wchodzi w grę kiedyś, gdzieś, w sprzyjających okolicznościach); nie mówiąc o poświęcaniu uwagi studentom i ich projektom, pomysłom oraz zapytaniom, na które ledwo zdążamy odpisać w wiecznym poczuciu winy (bo wiele osób to świetni młodzi ludzie, którzy nie zasługują na katorgę i fikcję egzaminów w postaci testu wyboru). (A teraz zacznę zdanie nieładnie, ale to licentia poetica, dla niewtajemniczonych) Bo, drodzy oponenci, nie wiem, czy kiedyś widzieliście jakikolwiek naukowy tekst humanistyczny: nie wystarczy napisać dwóch akapitów w standardowej angielszczyźnie typu „relacja z badań”; nie przyjmują nam tekstów sygnowanych przez osiem osób, z których każda przez chwilę trzymała podczas badań probówkę (a wiadomo, że musi też być pdpisany szef katedry jako pierwszy); nie wystarczy techniczna biegłość językowa; czasem posługujemy się formułami, które funkcjonują tylko w podglebiu rodzimego języka (i nie tylko my; słyną z tego Niemcy – proszę sięgnąć po jakikolwiek przekład Heideggera i jakikolwiek wstęp do anglojęzycznego przekładu wybranej książki Friedricha Kittlera); Francuzi uczynili trade mark z tego, że głębię ich myśli można doecnić tylko czytając w oryginale; wreszcie – naszym poniekąd obowiązkiem jest zmagać się z rodzimym językiem i w nim drążyć korytarze, nieprawdaż? Na supremację języka angielskiego skarżą się Francuzi, Niemcy i Włosi; znakomita kariera Kittlera w świecie anglojęzycznym zaczęła się w dobre 10-15 lat po tym, jak był już autorytetem w swojej dziedzinie w Niemczech; włoskimi autonomistami zachwyca się dzisiaj anglojęzyczny świat, ale wystarczy policzyć, ile lat upłynęło między włoskimi publikacjami jednego z najoryginalniejszych myślicieli tego kręgu (stosunkowo słabo znanym w przeciwieństwie do Negri), Franco „Bifo” Berardiego a amerykanskim przekładem. Takie przykłady można byłoby mnożyć, włącznie z wymownym przykładem recepcji Juergena Habermasa w Stanach Zjednoczonych, czy Michela de Certeau lub Pierre’a Bourdieu w Wielkiej Brytanii. W polskiej dyskusji jednak tego wątku zupełnie nie ma.

I jeśli nie chce mi się już zabierać głosu w tej dyskusji – bo role zostały rozdane, zanim zaczęliśmy mowić – to głównie z powodu obawy, że zmierza ona w zupełnie niedobrym kierunku. Indeksy H, Google Scholar, cytowalność i parametryzacja – to wszystko przysłania kilka fundamentalnych pytań: czy my w ogóle mamy ludziom coś ciekawego do powiedzenia? Czy od naszych pytań badawczych, publikacji i tekstów coś się zmieni na lepsze choćby dla kilku osób? Czy odpowiadamy w jakikolwiek sposób na wyzwania współczesnego społeczeństwa (excusez le mot) czy tylko zamierzamy sprawniej oliwić technokratyczną machinerię inwestycyjną bezboleśnie włączając się paradygmaty szkodliwe dla jakości życia ludzi, przyrody i świata? Czy jesteśmy w stanie umożliwić dialog, porozumienie i rozmowę w świecie, który definiują rozliczne konflikty? Niby jak, skoro sami między sobą tego robić nie umiemy/nie chcemy (nie uwazam, żeby miala miejsce jakakolwiek dyskusja; najlepsze teksty pozostają w gruncie rzeczy bez odpowiedzi ze strony technokratów; i jest szczególnie smutne, że do rangi niekłamanego autorytetu w dyskusji na temat szkolnictwa wyższego urósł szef PZU – nota bene środowiskom biznesowym chciałoby się czasem po prostu odpowiedzieć: lekarzu, ulecz się sam).

I nie chce mi się także już zabierać głosu  w tej dyskusji z tego powodu, że nie czuję solidarności z humanistyką jako taką – zwłaszcza z jej częścią, która przybiera wyraz debaty „prof.Mikołejko – kontra reszta świata.” Do tej pory myślałam, że showbiznesowe prowokacje w niezbyt dobrym stylu to gatunek telewizyjno-tabloidowy. Ani też nie widzę powodu, żeby bronić takich wynurzeń – krępująco niemądrych, to say the least, dla każdego humanisty, który ma cokolwiek wspólnego ze współczesną mediosferą. Być może nie ma już jednej humanistyki? Kto wie? A może zawsze była domeną zróżnicowaną, niesforną, dialogującą i w sporze? I na tym polega jej – jak dla mnie – największa wartość, że uczy/uczyła słuchać i mówić, ale uczy też milczeć i pracować w ciszy biblioteki (cóż, także biblioteki elektronicznej). Jeśli humanistyka ma zostać sprowadzona do „poczytaj mi, mamo”, czyli usypiania społecznych niepokojów i lęków narkotycznym transem muzealnictwa, to mimo wszystko lepsze to, niż niesutanne popychanie ludzi do wyścigu szczurów i zagryzania się w walce. Bo do tego jesteśmy zachęcani – jako młodzi i niemłodzi naukowcy – na każdym kroku.

Oponentom życzę więc wielu sukcesów na arenie międzynarodowej (i mówię to bez przekąsu, choć nie mogę się oprzeć w tym miejscu złośliwemu podszeptowi z głębi niegodziwej duszy humanistki: oby nie było tak, jak onegdaj ze słynnym niebieskim laserem). Sama zamierzam oddalić się w stronę zaścianka i wznowić przerwane rozmowy ze studentami – są czasem znacznie ciekawsze. I może dlatego wciąż do nas przychodzą, liczniej niż na politechnikę, wbrew strachom, pohukiwaniom i histerii o bezrobociu wśrod humanistów? Bo po prostu chcemy z nimi rozmawiać?

Advertisements

About nytuan

Moje oficjalne bio akademickie: Dr Anna Nacher – asystent w Katedrze Mediów Audiowizualnych Instytutu Sztuk Audiowizualnych. Jej zainteresowania naukowe koncentrują się na teorii mediów w perspektywie kulturoznawczej, studiach genderowych, antropologii audiowizualności, nowych zjawiskach w kulturze współczesnej, przemianach związanych z procesami globalizacyjnymi. Aktualne tematy badań własnych: analiza przemian dyskursu przestrzeni w mediach nowej generacji (przestrzeń hybrydowa, locative media), praktyki dyskursywne Internetu drugiej generacji (folksonomia i architektura informacji). Prowadzi także zajęcia na Podyplomowych Studiach z Zakresu Gender. Pasjonuje się muzyką współczesną i elektroniczną (zwłaszcza elektroakustyczną, improwizowaną i awangardową wokalistyką), w wolnych chwilach prowadzi własny projekt muzyczny. Wolny czas najchętniej spędza podróżując na rowerze bądź uprawiając trekking w górach Europy i Azji. Miłośniczka przestrzeni wielkomiejskich i dzikiej przyrody. W 2006 roku obroniła (z wyróżnieniem) na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej doktorat dotyczący kategorii gender w telewizji. Autorka książki Telepłeć. Gender w telewizji doby globalizacji, Kraków 2008: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Inne ważniejsze publikacje: Reality TV niebezpieczne związki z rzeczywistością [w:] Rzeczywistość a dokument, red. M. Miśkowiec, M. Kozień-Świca, Kraków 2008: Muzeum Historii Fotografii; Cyborg jako kłącze – polityka produktywnych sprzeczności [w:] red. Radkiewicz M., Gender – konteksty, Kraków 2004: Rabid, “Przygody nowoczesności poza euroamerykańskim centrum” [w:] „Przegląd Kulturoznawczy” nr 3 / 2007, “Pasaże ekstazy” [w:] „Przegląd Kulturoznawczy”, nr 2 / 2007; „Kulturoznawstwo – studia nad płcią. O potrzebie aliansu” [w:] „Kultura Współczesna”, nr 2 (52) / 2007, „Zagubiony w gatunkowym labiryncie – kilka uwag o modelu analizy gatunkowej w telewizji” [w:] „Kultura Popularna”, nr 1 (15)/2006. Aktywna także jako tłumaczka tekstów anglojęzycznych z zakresu teorii mediów, teorii gender i kulturoznawstwa. Od roku 2007 uczestniczy w dwuletnim ministerialnym projekcie badawczym „Miasto w sztuce – sztuka miasta: analiza kulturowa przestrzeni miejskich przełomu XX/XXI w.” Studentów uczestniczących w prowadzonych przeze mnie kursach zapraszam z korzystania z materiałów zamieszczonych na https://nytuan.wordpress.com oraz do współtworzenia bloga.

Posted on 11/09/2012, in kondycja polskiej nauki and tagged . Bookmark the permalink. 15 komentarzy.

  1. Znakomity tekst! Podpisuję się „oboma ręcyma”.

    Lubię to

  2. „A poza wszystkim – te podziały są coraz mniej funkcjonalne i coraz mniej mają sensu wobec projektow z dziedziny “art, science & technology”.”

    Dyskusje AST to świetny przykład mizerii polskiej humanistyki. Na palcach jednej ręki potrafię wymienić badaczy, którzy potrafią wyjść poza „A” w „AS&T”.

    Prostym przykładem jest debata o przemysłach kreatywnych.

    – Chętnie poznam przykład tekstu polskiego autora opisującego problemy techniki i „sciences” w gospodarce kreatywnej. Twardo czytam „Praktykę teoretyczną”, „Edufactory” i „Krytykę Polityczną” czekając na teksty o roli literek ST w „AST”. Póki co sześciolatek-drwal dałby sobie radę z ich zliczaniem.
    -Chętnie poznam polskich socjologów nauki, którzy kiedykolwiek odwiedzili laboratorium badawcze.
    – Od kilku lat zapraszam twórców i animatorów kultury z Łódź Art Center do wizyty w moim instytucie (CBMM PAN w Łodzi). To są ludzie, którzy do śmierci będą chwalić Karima Rashida za odważne kształty ale za nic w świecie nie chcą wiedzieć jak wygląda projektowanie i produkcja plastików.

    „Naprawdę trudno jest porownywać możliwości i osiągnięcia publikacyjne w naukach humanistycznych i ścisłych bez miliona zastrzeżeń; a w obecnej debacie czyni się tak nagminnie sprowadzając wszystko do cytowalności i wskaźników ilosciowych. ”

    Od wpisu humanistki i od dyskusji naukowiec-naukowiec wymagam więcej niż pozostawanie w kręgu uproszczeń.

    Lubię to

    • To prawda, że AST dopiero w Polsce raczkuje; ale ja z kolei na palcach jednej ręki mogę policzyć przedstawicieli S i T, którzy rozumieją wkład A w tę triadę. Mam też za sobą dwuletnią współpracę z fizykami w projekcie interdyscyplinarnym i wiem, jak wiele wysiłku wymaga rzetelna debata, w której ludzie w ogóle zaczęliby się słuchać bez uprzedzeń (bo są one po obu stronach – dla moich „znajomych” fizyków humanistyka to po prostu erudycja i nic więcej oraz ewentualnie „ozdobnik”) Myślę, że moglibyśmy tak dyskutować długo i przerzucać się tego typu argumentami. Wbrew pozorom, zupełnie nie o to mi chodzi i myślę, że trzeba byłoby wreszcie zacząć współpracować słuchając się nawzajem. Gorzki ton mojego wpisu bierze się po części z doświadczeń (wielu), w których humaniści są en masse wrzucani do jednego wora i niemal zawsze traktowani protekcjonalnie, dopóki nie udowodnią, że nie są wielbłądem. Tak się składa, że tłumaczyłam artykuł o jednym z genialnych projektów z kręgu AST, o „Blue Morph” Victorii Vesny i Jamesa Gimzewskiego (dostępny tutaj) – ciekawa jestem, czy polscy ST byliby gotować wpuścić A (i humanistów) do laboratorium i traktować ich jak partnerów, a nie jak „słabych z matematyki”? Z drugiej strony, ciekawe, czy humanistom chciałoby się wrocić do zapomnianych (albo nieodrobionych lekcji z fizyki, bilogii itp.)? Jeszcze raz powtarzam, to nie ja upraszczam; upraszczają dziennikarze (oraz – czasem – ministerstwo). Jeżdżę po festiwalach sztuki mediów, gdzie jest ostatnio zalew projektow bioartowych (niektóre bardzo średnie) oraz innych z obszaru AST i zastanawiam się, czy to w ogóle będzie możliwe w Polsce? Kto wie, może tak? Może zamiast prowadzić jałową dyskusję, lepiej porozmawiać o warunkach zaistnienia / powodzenia takiego projektu? W moim projekcie z fizykami (mamy wspólną specjalizację) całkiem sporo w ciągu tych dwoch lat udało się chyba osiągnąć, a były konflikty, oj były 🙂

      Lubię to

  3. „Bo, drodzy oponenci, nie wiem, czy kiedyś widzieliście jakikolwiek naukowy tekst humanistyczny: nie wystarczy napisać dwóch akapitów w standardowej angielszczyźnie typu “relacja z badań”; nie przyjmują nam tekstów sygnowanych przez osiem osób, z których każda przez chwilę trzymała podczas badań probówkę (a wiadomo, że musi też być pdpisany szef katedry jako pierwszy”

    To nieprawdziwe uproszczenie, wzmacniające konflikt „humaniści” / „ścisłowcy”.

    Problem z nauką w Polsce (w dowolnej dziedzinie) polega na tym, że obok osób zaangażowanych jest też sporo „betonu” akademickiego. Ciężko jest znaleźć sposób na aktywizację tego drugiego, aby uniknąć bzdurnych procedur, błędów i naiwnej technokracji. Potrzebujemy jakiegoś wyjścia pośredniego pomiędzy „wyścigiem szczurów” a marazmem gronostajów.

    „i mówię to bez przekąsu, choć nie mogę się oprzeć w tym miejscu złośliwemu podszeptowi z głębi niegodziwej duszy humanistki: oby nie było tak, jak onegdaj ze słynnym niebieskim laserem”

    Powstał spin-off (TopGaN) R&D. Spin-off pozyskał inwestora i ma w ofercie kilka produktów. W 2012 firma pokazała prototyp nowego produktu. Firma jest podwykonawcą dla kilku partnerów przemysłowych. Nie wiem czego spodziewała się autorka (kompleks postkolonialny grasuje!), ale nie używałbym tego przypadku jako negatywnego przykładu.

    Lubię to

    • Oczywiście, że to uproszczenie; tyle, że nie ja jestem tutaj głównym źrodlem uproszczeń – wydaje mi się, że jest nim zbyt pospieszne porównywanie warunków publikwoania w różnych dziedzinach nauki. Naprawdę trudno jest porownywać możliwości i osiągnięcia publikacyjne w naukach humanistycznych i ścisłych bez miliona zastrzeżeń; a w obecnej debacie czyni się tak nagminnie sprowadzając wszystko do cytowalności i wskaźników ilosciowych. Jeśli niebieskiemu laserowi się darzy, to świetnie słyszeć; moja krytyka dotyczyła nie tyle samego przedsięwziecia, ile retoryki, jaka towarzyszyła niegdyś pracom badawczym – dobre kilka lat temu bito pianę bez końca, jak bardzo przełomowe jest to odkrycie, po czym okazało się, że nie taka droga prosta do przełomu na światową skalę. Moja uszczypliwość nie dotyczy ĺścisłowców” – jeszcze raz to podkreślę – a technokratów. Co do „betonu” akademickiego – pełna zgoda. I dlatego też napisałam, że coraz trudniej bronić mi „humanistyki” w ogóle. A poza wszystkim – te podziały są coraz mniej funkcjonalne i coraz mniej mają sensu wobec projektow z dziedziny „art, science & technology”.

      Lubię to

  4. Krzysztof

    Oczywiscie kazda dyscyplina ma swoja specyfike. Dlatego sterowanie nauka z poziomu ministerstwa czy NCN zawsze bedzie mialo mnostwo wad. Indeks Hirscha i inne mierniki sa mocno niedoskonale, ale takie mierniki mamy do dyspozycji – lepsze takie niz zadne (wymyslic lepsze mierniki – to znowu dobre wyzwanie dla naukowcow:)). Co do fetyszyzowania publikacji anglojezycznych – byc moze w niektorych srodowiskach tak jest, ale sama napisalas: „że zaistnienie na arenie międzynarodowej wymaga czegoś więcej niż sprowadzenie całej kwestii do czytso technicznej rzeczy: wezwania piszcie / publikujcie po angielsku.” Rozumiem ze chodzi o to ze te artykuly musza po prostu reprezentowac odpowiednio wysoki poziom. Dyscypliny naukowo sa czesto bardzo waskie, wiec pisanie prac po polsku moze zawezic grono recenzetnow/czytelnikow do niebezpiecznie malego grajdolka/towarzysztwa wzajemnej adoracji, czy moze na odwrot: towarzystwa wzajemnej niecheci (sam slyszalem wypowiedz pewnej pani ktore piszac publikacje po polsku potrafila na podstawie recenzji wydedukowac kto byl recenzentem). Oczywiscie sam czytalem mnostwo kiepskich publikacji po angielsku – zadnego automatyzmu tutaj nie ma.

    Lubię to

    • Proszę zauważyć, że mój wpis nie dotyczył tego CZY publikować po angielsku, tylko tego, dlaczego nie można nas niewolniczo porównywać (mówię o humanistach) z kolegami z innych dziedzin, a już tym bardziej z kolegami np. z Niemiec, Holandii czy Szwecji (kraje, w których dużo publikuje się po angielsku). To nie o to chodzi, że indeks Hirscha jest niedoskonały; żaden miernik (zwłaszcza czysto ilościowy, zwłaszcza oparty często niemal wyłącznie algorytmicznych procedurach) nie będzie doskonały (bo niby kto miałby to oceniać jakościowo i w jakim trybie?). Idzie raczej o to, że żaden miernik nie może być traktowany jak panaceum i jedyne kryterium oceny. Tajemnicą poliszynela są recepty na zamieszczenie artykułu w „liczących” się czasopismach – oparte na wykorzystaniu właśnie logiki ilości cytowań i wskaźnikach. To błędne koło, a często takie samo towarzystwo wzajemnej adoracji, tyle, że na innych procedurach oparte. Jeszcze raz podkreślam niewygodny „bottom line” (o którym ministerstwo wygodnie milczy, bo nie jest dyskusją zapowiedź enigmatycznej podwyżki o 10%). I proszę nie myśleć, że to z mojej strony „skok na kasę”: porozmawiajmy o tym, na ile stron tłumaczeń i na ile godzin dziennie poswięconych wyłącznie pracy naukowej wystarcza pensja przeciętnego asystenta/ adiunkta tu i w krajach, które słyną z publikacji anglojęzycznych. Jest program NPRH (Narodowy Program Rozwoju Humanistyki), ale wnioski składa się raz do roku, a pula nie jest oszałamiająca. I jesczze o tym, że ta dyskusja nie jest lokalna: http://www.cautbulletin.ca/en_article.asp?articleid=3524

      Lubię to

  5. Krzysztof

    Ciekawe czy Kolezanka widziala naukowy tekst z nauk o zyciu. Standardowe „sprawozdanie z badan” mozna byc moze opublikowac w kiepskim czasopismie po polsku. W dobrym czasopismie anglojezycznym trzeba juz sie troche pogimnastykowac nad problemem, zeby nie uslyszec ze tekst jest „too descriptive”. Czy Kolezanka sugeruje ze formuly „które funkcjonują tylko w podglebiu rodzimego języka” nie funkcjonuja w jezykach innych? Jesli tak jest, to chyba jest to niezle wyzwanie dla naukowca: przelozyc tresc tej formuly na angielski, to juz byloby cos, nie musielibysmy narzekac ze nasza humanistyka jest zascinakowa.Co do niebieskiego lasera, nie wiem jakie sa jego losy, ale np. mowi sie w swiecie naukowym o „polskiej mafii krystalograficznej” – Polakach ktorzy sa w swiatowej czolowce naukowcow badajacych strukture bialek i ktorych badania maja duze przelozenie praktyczne, chcoiazby w leczeniu wielu chorob. Jak to sie stalo ze malo kto o tym wie? – to juz pytanie do ludzi ktorzy wiedza jak funkcjonuja media :). Ale zeby nie byc zlosliwym, na koniec krotka (i smutna) historia wybitnego polskiego ekonomisty Michala Kaleckiego. Facet przed II wojna swaitowa publikowal naprawde odkrywcze rzeczy na temat koniunktury gospodarczej, tyle ze po polsku. Kilka lat pozniej cos podobnego opublikowal J. M. Keynesem (w jezyku Szekspira oczywiscie) i stal sie guru swiatowej ekonomii XX w. Drodzy polscy humanisci: ja naprawde wierze ze macie cos odkrywczego do powiedzenia, nie ogladajcie sie na Francuzow, Niemcow i Wlochow, pokazcie swoje pomysly swiatu, po angielsku!

    Lubię to

    • Sądzę, że nikt rozsądny nie oponuje przeciw konieczności publikacji w języku angielskim – pisalam tutaj tylko o tym, jak niebezpieczne jest chaotyczne, pospieszne i siłowe „umiędzynarodowienie” w przypadku humanistów, a także to, że wrzuca się nas wszystkich do jednego worka nie biorąc pod uwagę specyfiki pracy w poszczególnych dyscyplinach. W PPolsce – obecnie – publikacje w języku angielksim są nie tyle dowartościowane, ile fetyszyzowane. Tak, jakby sama publikacja po angielksu oznaczała automatycznie to, że ma się więcej do powiedzenia (zapewniam Kolegę, że w zalewie wielu publikacji anglojęzycznych z mojej dziedziny i dziedzin pogranicznych, np. nauk społecznych, można odnaleźć mnóstwo tekstów zupełnie miałkich i niepotrzebnych, których jedynym celem jest podrasowanie wskaźników). W przypadku przywołanych przeze mnie przykładów chciałam jedynie zasygnalizować, że zaistnienie na arenie międzynarodowej wymaga czegoś więcej niż sprowadzenie całej kwestii do czytso technicznej rzeczy: wezwania „piszcie / publikujcie po angielsku.” Proszę pamiętać, że „oponentami” z mojego wpisu nie są przedstawiciele jakiejkolwiek dyscypliny czy dziedziny, ale technokraci – ludzie, którzy upatrują rozwiązania problemu wyłącznie lub przede wszystkim w rozwiązaniach o charakterze czysto technicznym. Podeprę się zresztą głosem w dyskusji, który uważam za bardzo cenny i który jednocześnie pokazuje, że nauki ścisłe nie równają się automatycznie podejściu technokratycznemu:http://wyborcza.pl/1,75476,12498068,Nauka_w_Polsce__Czas_wrocic_do_rozsadku_.html

      Lubię to

  6. Niebieski laser został zrobiony przez Unipress i ma sie dobrze. O co chodzi?

    Lubię to

    • Z grubsza o to, że nie stał się blue rayem 🙂 Było to jednak dawno i nie pamiętam dokładnie całej historii, ale pamiętam, jak epokowym miał być odkryciem i co z tego wyszło.

      Lubię to

  7. Bardzo głębokie przemyślenia, trochę smutne, ale..nie do końca

    Lubię to

  8. PablusKonfabulus

    W zasadzie się zgadzam; tyle że nie: what about this, ale raczej: how about this. to tak z purystycznych utrapień 🙂

    Lubię to

    • Dzięki za purystyczne utrapienia 🙂 i feedback, już poprawiam! Jak się człowiek spieszy…

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s