Monthly Archives: Marzec 2012

Ryzyk Fizyk

Jutro o 12.00 w niezawodnej Radiofonii będzie można posłuchać rozmowy, jaką zrealizowałyśmy dzisiaj wspólnie z Anną Morawiec, autorką audycji Ryzyk Fizyk. 

Rzeczywiście, trochę się zagadałyśmy i tytuł cyklu „Gadające głowy: ryzyk fizyk” jest w związku z tym jak najbardziej adekwatny. Dla tych, którzy jutro o tej porze nie mogą słuchać –  niebawem (od czwartku lub piątku) będzie dostępny podcast. Są tam zresztą dostępne wcześniejsze rozmowy przeprowadzone przez Annę Morawiec we wcześniejszych odsłonach audycji. Pytania były bardzo inspirujące, może to dlatego zdarzyło nam się mowić… 17 minut bez przerwy (fani Bonobo, które – m.in. – ilustrowało muzycznie pewnie będą zawiedzeni…). Próbując odpowiedzieć an pytanie, kim jest dzisiaj naukowiec (w moim przypadku – naukowczyni), zapomniałam tylko powiedzieć, że to ktoś, kogo praca polega również na zdolności do snucia opowieści…

Pora na integrację

Integrację projektu dydaktycznego oczywiście. To już trzeci cykl,  w którym posługuję się blogami w ramach kursu poświęconego teorii telewizji. Pierwszy był taki sobie (dla studentów chyba też, więc jestem wdzięczna grupie za to, że nie buntowala się zbyt wyraźnie pełnieniu roli królików doświadczalnych :-). Ubiegłoroczna odsłona była fscynująca dla mnie – sądząc  z ankiet, studentom chyba też przypadla do gustu. Powstawały świetne wpisy, które dawały nam mnóstwo materiału do dyskusji na zajęciach. I wreszcie odsłona tegoroczna, którą niniejszym ujawnię nieco bardziej publicznie – blogi z natury rzeczy (a raczej sieci) są publiczne, ale wiemy wszyscy aż nadto dobrze, że samo zamieszczenie wpisów nie wystarcza, żeby znaleźli się czytelnicy. Temat dla mnie dosyć niewdzięczny, z kilku powodów. Po pierwsze, dotyczy jednego z obowiązkowych, klasycznych tekstów, które po prostu trzeba w ramach takiego kursu zrealizować – Francesco Casetti i Roger Odin, Od paleo- do neo-telewizji. W perspektywie semiopragmatyki (rzecz jasna, Teledyskursy. Telewizja w badaniach współczesnych pod redakcją R.C. Allena, Kielce 1997). Zabawna rzecz, tytuł antologii odzwierciedla „badania współczesne” i ich stan na drugą połowę lat 80., oryginalnie książka Channel of Discourse, Television and contemporary criticism ukazała się w 1987 roku. Z tym właśnie wiąże się przyczyna mojej niechęci do tego tekstu numer dwa, czyli… Po drugie. Najwyraźniej w Polsce tekst cAsettiego i Odina wciąż jest traktowany z dużą atencją, zważywszy na to, jak często występuje w charakterze najważniejszego punktu odniesienia albo rzeczywiście „współczesnej” propozycji (zżymalam się kiedyś nad tym w recenzji dla Kwartalnika Filmowego, więc nie będę się tutaj powtarzać). Nie wiedzieć dlaczego – pożyteczne skąidnąd bardzo – Teledyskursy  (pewnie ze względu na ich podtytuł) są traktowane absolutnie ahistorycznie, jako „współczesne” w każdej sytuacji. Muszę więc przyznać, że kiedy słyszę na konferencjach, że neotelewizja wciąż jest głównym pojeciem, za pomocą którego opisuje się przemiany obecnie współczesnej telewizji (a nie tej z lat 80-tych), to przewracam oczami i ziewam. Trochę jednak też się irytuję, bo ludzie ze stopniami dr (nie mowiąc już o większej ilości pomniejszych literek przed nazwiskiem) mogliby czasem zaktualizować swoje listy lekturowe. Jak można nie sięgnąć choćby do znakomitej antologii pod redakcją Tomasza Bielaka, Mirosława Filiciaka i Grzegorza Ptaszka, celnie zatytułowanej Zmierzch telewizji? Przemiany medium (bezpiecznie nie pojawia się tutaj określenie „współczesna”)? Od czasów,  w których powstawał tekst CAstteiego i Odina – jeśli chodzi o telewizję – dzieli nas tak wiele, że można wręcz mowić o innej epoce.  Nie będę pastwić się dalej przywołując co najmniej dwie antologie, w których tytulach pojawiło się sformułowanie „po telewizji”, „koniec telewizji”, oczywiście zaopatrzone w pytajniki, uczyniłam to we wspominanej recenzji. Reasumując, ten tekst nie należy do moich ulubionych – nie z powodu samego tekstu, ale raczej jego rodzimego dyskursywnego otoczenia. Co tu kryć, jest to dzisiaj już propozycja historyczna i należy do klasyki badań telewizji. I z tego powodu wciąż znajduje się w sylabusie, a ja co roku mam mały kłopot – jak sprawić, żeby mój dystans nie był zbyt widoczny, bo przecież tekst pożyteczny i celnie opisujący niektóre telewizyjne zjawiska.

I tutaj w sukurs przychodzą blogi. Lektura wyraźnie pokazuje mi, że to, co dla mnie oczywiste, ustabilizowane i trąci trochę myszką, wciąż może być inspirujące dla osób, które dopiero zaczynają orientować się, że jest taka dziedzina, jak badania telewizji. Niektórzy w dodatku dzielą moje zastrzeżenia. Inni linkują (odkrywczo!) archeologiczne pokłady historii telewizji śniadaniowej. W zasadzie każdy wpis jest obszerną analizą, którą w dodatku nieźle się czyta (lepiej niż większość rodzimej prasowej krytyki telewizyjnej). Niezły punkt wyjścia do dyskusji nad zmianami w sposobie uprawiania klasycznej formuły dydaktycznej, rolą eksperta itp., w którą będę niebawem zamieszana w eterze, na falach Radiofonii. Ale o tym oddzielnie. W kazdym lektura blogów moich studentów inspiruje znacznie bardziej, niż lektura Odina i CAsettiego (i żadnej w tym nie winy obu znakomitych autorów).

Przegląd Kulturoznawczy

W całym szaleństwie związanym z kończeniem książki zapomniałam o tym, że ukazał się (już jakiś czas temu) „cyberkulturowy” numer Przeglądu Kulturoznawczego. Przypomniala o tym Ewa Wójtowicz krótką notką na swoim blogu, to mnie wypada tym bardziej (w związku z pełnioną funkcją 🙂 i jako autorce artykułu poświęconego remiksowi, a właściwie koegzystencji dwu podobnych, choć niezupełnie tożsamych pojęć: remiks i mashup. Numer można także nabyć w postaci pliku lub plików pojedynczych artykułów (3,59 za artykuł – piszę bez skrupułów, bo cena nie rujnuje kieszeni, nawet studenckiej; kieszeni młodszego pracownika naukowego też nie ;-). Głównym tematem wiodącym okazał się być wątek bardzo aktualny – relacja między sztuką, nauką i technologią. Dla mnie jednym z najciekawszych artykułów jest opis projektu Blue Morph Victorii Vesny i James Gimzewskiego, który zresztą miałam przyjemność tłumaczyć (co było niezłą przygodą). Praca redakcyjna nad czasopismem naukowym (najczęściej są to kwartalniki lub – w szczególnych przypadkach – półroczniki) w niespodziewany i zadziwiający sposób przypomina czasami skrzyżowanie serialu The Killing (oczywiście minus krwawe ofiary – przynajmniej do tej pory) ze szlachetnym powabem oldskulowej humanistyki, do jakiej czasami zdarza mi się tęsknić w chwilach przemęczenia obfitością interesujących materiałów dostępnych w open access i następcach nieodżałowanej (choć częściowo – ale tylko częściowo – już zastąpionej przez kolejne „projekty”) library.nu. Są więc nieoczekiwane zwroty akcji (czasem po wielekroć), budżetowe dreszcze ekscytacji i napięcia, przesyłanie brakujących elementów w trakcie ostatnich 20 minut przed wsylaniem do wydawnictwa, obawy przy otwieraniu plików z kolejnymi recenzjami (to nie jest żadna fikcja anymore!) – ale jest także konieczność drobiazgowego sprawdzania wielu szczegółów, które zachwycą każdego / każdą humanist(k)ę z krwi i kości, bo wymagają dogłębnej eksploracji archiwum i ustalania wersji; są inspirujące wymiany myśli i maili, jest euforia i adrenalina po udanej burzy mózgów i czasem bywa też satysfakcja z efektu. I lęk przed otwarciem pierwszego wydrukowanego egzemplarza (bo ja akurat mam takiego farta, że zawsze rzucają mi się w oczy ostatnie błędy, które jakimś cudem przetrwały trzy korekty). Jak jednak kiedyś pocieszyla mnie koleżanka – „i tak tego nikt nie czyta”. Wszyscy uwielbiają narzekać i marudzić, jaka ta nasza humanistyka marna. A może jednak nie?