Monthly Archives: Październik 2011

Baranki Boże

Julia Curyło „Baranki boże”

Jeszcze zanim zagłębiłam się w lekturę tysiąca lat tarnowskiej nowoczesności, innego rodzaju przygoda intelektualna związana byla z finisażem wystawy Odpusty i cudowne widzenia Julii Curyło w Galerii Strefa A. Ponieważ zaproszono mnie do udziału w dyskusji na temat sztuki, która, jak się okazało, nie pozostawia obojętnym, to rozpoczęłam od szperania i ostatecznie wylądowałam z ekranem pełnym notatek oraz poczuciem sporej dawki przyjemności zaczerpniętej po obejrzeniu prac młodej malarki.

O Julii Curyło pisala także co nieco Iza Kowalczyk na swoim blogu, spory artykuł („Kicz, magia, religia. Katolicka popkultura w obrazach Julii Curyło”) Ewy Sułek ukazał się także w Artmixie.

Moderatorka naszej dyskusja zmierzala w dość oczywiste rejony, co zresztą znalazło wcześniej także wyraz i w tekście Ewy Sułek, i we wzmiankach w prasie, i w opisach wystaw czy artykułach na temat historii z usunięciem pracy Baranki Boże ze stacji metra. Kilka wrażeń z moich notatek, niekoniecznie w jakimś szczególnym porządku:

– intrygująca relacja i dialog ze sztuką krytyczną ujawnia rzadko przywoływana praca, „Piramida”:

której nawiązanie do „Piramidy zwierząt” Katarzyny Kozyry jest dosyć oczywiste (pracę zamieszczam bez wiedzy autorki, ale jest dostępna także na jej stronie internetowej). Zważywszy na szczególne okoliczności powstania „Piramidy zwierząt” i nabrzmiałe, wielowarstwowe dyskusje, jakie jej towarzyszyły, ta wypowiedź nie jest pozbawiona rysu pewnego, hmmm, okrucieństwa;

– Sądze, że większy opór może w tych pracach budzić tak oczywiste przywołanie przyjemności kiczu i połączenie jej ze sztuką (niewzykle zresztą dowcipnie, prace Julii Curyło to najklasyczniejsze malarstwo, olej na płótnie) niż przywoływane konteksty religijne. Wbrew temu, co wydają się sądzić niektórzy dziennikarze i krytycy, polska sfera publiczna jest zdecydowanie bardziej polifoniczna i otwarta na dialogi różnego rodzaju niż kiedykolwiek wcześniej. Tak odczytywałabym interwencję graficiarza na nieszczęsnych (a tak uwodzących wizualnie) „Barankach Bożych” – „Chłam, nie sztuka” byłoby tutaj raczej wypowiedzią na temat radosnej „kiczowatości” niż symtomem obrazy uczuć religijnych – oddzielna sprawa to nadwrażliwość urzędników, którzy zdecydowali o usunięciu pracy;

– Celna wydaje się intuicja Leszka Knaflewskiego, który opisywał prace Julii Curyło w taki oto sposób: „Jej prace są jak świetnie skomponowany i zmiksowany utwór, gdzie ilość sampli jest bez znaczenia, gdyż zostaly tak przetworzone, że stanowią jednorodną formułę, która pozwala na mutowanie znaczeń i symboli” – (to z artykułu Agaty Saraczyńskiej we wrocławskiej Wyborczej) Kategoria remiksu wydaje się tutaj jak najbardziej na miejscu i pozwala wyjść poza nieco toporny język wpisujące te prace wyłącznie w ostro zarysowane spory konserwatyści – postępowcy 🙂

– malarstwo Julii Curyło jest czymś, co daje wolnosc odbiorcy, jest taką przestrzenią oddechu, gry, kampowej przyjemności – te religijne motywy mogą być traktowane z przymrużeniem oka, ale są także szalenie sensualne w swojej kolorystyce, plastyczności, znakomitej technice, wyczuciu form lekkich, połyskliwych i nadmuchiwanych. Taka lekkość i taka gra z konwencjami oferuje odpoczynek od prowokacji stosowanej coraz częściej tak, jak stosuje się inne zabiegi retoryczne, w celach marketingowych – w pewnym sensie te prowokacje brutalizują przestrzeń publiczną  i znieczulają. Przyzwyczajamy się do nich, jeśli są stosowane na rowni przez sztukę i przez kampanie reklamowe, to tracą walor impulsu do dyskusji, a stają się zwykłymi zanieczyszczeniami przestrzeni mentalnej (dla mnie takim zanieczyszczeniem była oparta na radykalnych prowokacjach z zastosowaniem ważnych kulturowo symboli, ciężkich i dużej sile rażenia, kampania galerii Abnormals w Poznaniu).

– Ważna jest chyba także cala sfera uroczego „kiczu” ludoweych form religijności – nie są one wbrew pozorom, tylko katolickie; w Indiach można dostać cudnej urody plakatyz  niebieskim Chrystusem, któremu bliżej do Pana Kriszny, nie mówiąc już o podobiznach różnych postaci Saraswati, Lakshmi czy Ganesha (sama posiadam kilka znakomitych artefaktów). W ogóle zbyt często piszemy „religijność” a czytamy wyłącznie „chrześcijaństwo” (lub co gorsza, wyłącznie „katolicyzm”)

I wreszcie: problemy artystów z ingerencją instytucji nie są tylko polską specyfiką. Czy słowo cenzura jest tutaj właściwe? Nie jestem przekonana.

 

Reklamy

Karpaty: 1000 lat nowoczesności

Pracując nad kilkoma (!) nowymi projektami, planem książki dla Galerii „Arsenał” podsumowującej moje roczne wykłady w Poznaniu oraz tekstem dla antologii w ramach Mindware – jak to zwykle bywa – sięgnęłam po zupełnie inne na pozór inspiracje. Antologia Tarnów: 1000 lat nowoczesności pod redakcją Ewy Lączyńskiej-Widz i Dawida Radziszewskiego, bardzo starannie i pomysłowo wydana przez Wydawnictwo 40 000 Malarzy okazała się wymarzoną inspiracją i wstępem do wytężonej intelektualnej pracy, bo jest książką, którą czyta się z zapartym tchem i olbrzymią dozą niekłamanej przyjemności – w dużej części jest ona efektem wyraźnej radości i zapału, z jaką ten projekt był realizowany. Jest więc może więcej o Mościcach, niż o samym Tarnowie  – Mościcach, nic dziwnego, widzianych okiem Wilhelma Sasnala, ale także Grzegorza Piątka, który ze swadą i znawstwem opowiada o wyzwaniach projektowania w (dla) przestrzeni; Sebastiana Cichockiego, który przybliża nietuzinkową postać samego Ignacego Mościckiego w intrygującym dialogu z równoważnym wątkiem interpretacji strategii artystycznych Sasnala czy Barbary Bułdys oprowadzającej czytelnika po fenomenie Mościc. Są także eseje fotograficzne Nicolasa Grospierre’a czy Jana Smagi a nie można też pominąć fascynujących rozmów prowadzonych przez redaktorów tomu (i współautorow szerszego projektu, którego częścią jest książka): z wspomnianym już Wilhelmem Sasnalem czy Otto Schierem. Całkowitą rewelacją jest rozdział przybliżający postać wizjonera architektury, Jana Głuszaka Dagaramy, autora projektów, które w pewnym sensie można porównać z Nowym Babilonem Constanta Nieuwenhuisa (członka Międzynarodówki Sytuacjonistycznej i legendarnej grupy COBRA). Wśród projektów Głuszaka, który jest postacią tragiczną, można znaleźć pomysły np. zaprojektowanych specjalnie dla Zakopanego Heliotropów, które mogłyby wędrować za słońcem (czy ta propozycja nie ziściła się dzisiaj w jakimś sensie w projekcie fasady najsłynniejszego hotelu Dubaju, Burj Al Arab, którego fasada staje się o zmierzchu jednym wielkim ekranem odzwierciedlającym barwy zachodu słońca?). Głuszak, jako schizofrenik, przez całe lata funkcjonował na zupełnym marginesie, sklejając pudełka w Spółdzielni Inwalidów czy pracując jako stróż w Muzeum Etnograficznym w Tarnowie, póki nie został „odkryty” przez Jerzego Hryniewieckiego, a jego futurologiczne, inspirowane m.in. prozą Stanisława Lema nie zostały pokazane podczas dwóch Międzynarodowych Wystaw Architektury Intencjonalnej Terra 1 i Terra 2, gdzie oprócz Dagaramy pojawiły się także prace Zofii i Oskara Hansenów, Araty Isozakiego, Rema Koolhasa, Aldo Rossiego.

Wydawnictwo świetnie pokazuje, że małe miasta nie muszą być skazane na małomiasteczkowość. I choć Tarnów wcale nie jest małym miasteczkiem, to jednak utrata statusu miasta wojewódzkiego chyba przyczyniła się – jak w wielu przypadkach innych byłych miast wojewodzkich – do pewnej prowncjonalizacji. Jest to także znakomity przykład twórczego podejścia do tradycji: miasta i miasteczka łuku Karpat mają również – oprócz często  zbyt folklorystycznie i skansenowo traktowanej „kultury tradycyjnej” – inną historię: historię XIX-wiecznej i późniejszej nowoczesności, mają swoją kulturę przemysłową, która często pokazuje, że to, co w latach 50-tych uważano za budowę społeczeństwa industrialnego, w istocie było pewną kontynuacją czy może raczej przyszpieszeniem (i nieuniknioną ideologizacją) czegoś, co istniało już wcześniej. Intrygujące jest, że towarzysząca choćby Gorlicom historia wydobycia ropy w Karpatach oraz pozyskiwania z niej nafty (pierwsze w Austro-Węgrzech oświetlenie naftowe pojawiło się we Lwowie, w którym – prócz Gorlic – pracował przecież Ignacy Lukasiewicz, a nafta stosowana w oświetleniu jednego z wiedeńskich dworców pochodziła właśnie z Karpat, z Drohobycza), mogłaby być powodem do nakreślenia nieco odmiennej logiki układu centrum – peryferie niż ta zmitologizowana wersja centralnego dla Austro-Węgier Wiednia i całej peryferyjnej reszty. Mogłaby też pomóc w odmiennej wersji rewitalizacji regionu, który dzisiaj stacza się ku kulturowej pustce, jakiej nie wypełnią kolejne wersje folderowych obrazków folkloryzmu i Lemkowszczyzny (jej polityczna niewygoda jest w tym turystyczno-folderowym wydaniu przycinana maksymalnie). To prawda, że to dziedzictwo nie zawsze jest łatwe, jak to pokazuje budynek Gorlickiego Centrum Kultury , którego architektura zachwyciła mnie kiedyś specyficznym – nieco złowieszczym, przyznaję – tchnieniem lat 50.:

Wchodząc do sali widowiskowej, w której miały się odbywac koncerty festiwalu Ambient (2006), mialam poczucie, że zaraz rozpocznie się jakaś akademia z tamtych lat lub że ledwo skończyła się jakaś płomienna samokrytyka. To było zupełnie namacalne poczucie tego, co nazywamy duchem czasów. Jednocześnie przecież znam indywidualne i prywatne historie ludzi, dla których praca w Gliniku była właśnie taką życiową szansą, powiewem nowoczesności, otwarciem na coś innego; wiem także, że jest to raczej jeden z wielu zazębiających się ze sobą w przedziwny sposób epizodów historii nowoczesności w Karpatach – jednym z takich ogniw byłaby historia Jozefa Petzvala, Czecha z Moraw, optyka i matematyka ze Spišskiej Beli z doktoratem z Budapesztu i posadą m.in.na uniwersytecie wiedeńskim, któremu fotografia i wczesne kino zawdzięczają słynne obiektywy Petzvala (rownież obiektyw szerokokątny); takim ogniwem mogłaby być o pokolenie późniejsza postać innego mieszkanca tego samego miasteczka, doktora Michala Greisigera, jednej z typowych postaci XIX w., wszechstronnego badacza regionu (lekarz, przyrodnik, geolog i etnograf w jednym). Tylko te dwa ostatnie przykłady są dowodem na to, że warto odwiedzać prowincjonalne muzea w sennych karpackich miasteczkach mijanych po drodze podczas rowerowych wypraw.

To właśnie o takich wycieczkach i o takich inspiracjach przypomniała mi „tarnowska” antologia – i jeszcze o tym, że kontury historii nowoczesności w Karpatach dopiero zaczynamy dostrzegać. Kiedy wyłonią się nieco wyraźniej, ani historie tego tak fascynującego regionu, ani historie nowoczesności nie będą już takie same.