Monthly Archives: Marzec 2011

o tym samym, co ostatnio (prawie)

I kolejny głos w dyskusji na temat blogowania naukowego, bardzo treściwy, nieco zaczepny i bardzo inspirujący. Na kolejnym blogu, którego do tej pory jeszcze nie uwzględniłam, choc powinnam była. Wiele z tych blogów, na które zaglądam oscyluje między treściami „naukowymi” i „osobistymi”, to zresztą w przypadku tego gatunku wypowiedzi zupełnie naturalne i często spotykane. Nie oznacza zresztą, żeby traciła na tym zawartosc merytoryczna – sądzę, że jest wręcz przeciwnie, ta zawartość przyobleka się w konieczny kontekst. A żyjemy w czasach obcinania kontekstów, bo wystają  z tabelek Excela. W życiu naukowym, przybiera to formę „oceny parametrycznej jednostek”, a sprzeciw w postaci listu protestacyjnego na facebooku i gdzie indziej, dobrze wyjaśnia, co jest stawką w tej grze (i o czym już pisalam nieco wcześniej, między wersami odnosząc się do ogólnonarodowego stawiania humanistyki i humanistów do kąta, bo trudno im się do tabelek wpisać, jako że widzą związane z tym zagrożenia lub ideologiczne tło całej sprawy – do wątku jeszcze powrócę). A że w Polsce każdy szmondak na forum gazeta.pl lub na onecie, wiadomo, zna się na wszystkim, a najlepiej na nauce, to czytanie niektórych komentarzy przy (często równie zresztą idiotycznych) artykułach może podnieść ciśnienie co słabszym psychicznie jednostkom (jak, żeby daleko nie szukać, autorka niniejszego wpisu). A właśnie wróciłam ze spotkania, które całe było o obcinaniu tego, co nie mieści się do tabelek, stawka tego spotkania bardzo wysoka (nie było towarzyskie, nie było miłe, nie było inspirujące, było konieczne, formalne, obcinające skrzydła, jeśli chcieć na poważnie traktować urzędnicze procedury). Wynika z niego jednoznacznie – trans-, interdyscyplinarność i wieloparadygmatyczność w polskiej academii nie mają żadnych szans. Znowu. I jak zwykle. Będą się liczyć patenty sprzedane lokalnym biznesom, których nie stać na lepsze rozwiązania realizowane w programach, których ideowe zaplecze jest dla nszych decydentów najwyraźniej zupełnie niedostrzegalne. Jeśli w taką filozofię właduje się największe choćby pieniądze, to nie tylko niczego to nie zmieni, ale wręcz przeciwnie – powtornie zaszkodzi, bo funduje sobie ociężałego mastodonta za duży pieniądze (żeby chociaż zdolny był poruszać się o własnych siłach i żeby był z tego jakiś fun).

dlaczego (i czy) humaniści nie blogują? cz. 2

Okazuje się, że to pytanie pojawiało się w blogosferze już wcześniej – odpowiedzi w postaci katalogu udziela np. dr Emil Kulczycki z Instytutu Filozofii UAM. Spośród zasobów, z których przy okazji różnych prac okołonaukowych korzystałam (np. poszukując istniejących tłumaczeń obojęzycznych tekstów klasyki historii kultury i socjologii), mogę też wskazać znakomitą stronę poświęconą klasycznej socjologii i socjologii religii, z zamieszczonym na niej „Archiwum Herberta Spencera” prowadzoną przez dra Kamila Kaczmarka (także UAM), który zresztą także bloguje, najczęściej solidnie recenzując (bardzo szlachetna twórczość, którą szczerze podziwiam, bo rzadko starcza mi na to czasu, mimo, że na moim biurku piętrzą się różne stosy książek). Wśród blogujących medioznawców kulturoznawczych jest także dr Anna Maj z Uniwersytetu  Sląskiego, współorganizatorka świetnych, cyklicznie organizowanych Dni Nowych Mediów w Katowicach i współwłaścicielka wydawnictwa exmachina (jej blog w dużej mierze służy dydaktyce).  Trafiają się nawet sieciowe wydawnictwa, jak na przykład redagowana we Wrocławiu Kultura – historia – globalizacja lub internetowa, wordpressowa wersja czasopisma Kultura Współczesna (która ma jednak odmienny ksztalt i odmienną formułę, bardziej blogową niż wersja drukowana), Mała Kultura Współczesna. Dużo czy mało? Nie wiem, wiem za to na pewno, że to dalece nie wszystko.

dlaczego (i czy) polscy humaniści nie blogują?

A jednak nie udało mi się zerwać z blogową hibernacją zimową, co jest o tyle paradoksalne, że dawno nie miałam tylu projektów naukowych i okołonaukowych na tapecie. W dodatku od zamknięcia projektu do jego ujawnienia w świecie zazwyczaj mija tyle czasu, że człowiek ogląda się za siebie i myśli sobie: co z tą krzątaniną? (By nie rzec wręcz, excusez le mot,  WTF? )W każdym razie to jest częsciowa odpowiedź na dyskusję zawartą pod ciekawym skądinąd blogiem, dlaczego polska humanistyka nie bloguje? Nie wiem, może jednak nie jest tak źle? Pokazuje to nie tylko wspomniany w dyskusji blog Izy Kowalczyk, ale i na przykład znakomite miejsce w sieci mojego kolegi z Instytutu, Michała Oleszczyka (nie dosyć, że alfa i omega kina światowego, oraz krytyki filmowej ,to jeszcze Blog Roku (ubiegłego) w kategorii Kultura). Wystartowała właśnie inna moja koleżanka z Instytutu, Joanna Walewska, z niezwykle interesującą propozycją związaną z zajęciami, które u nas prowadzi. Jest także blog Kultura 2.0, w który zaangażowanych jest kilka osób, niektóre z nich z tytułami naukowymi i pracujące na uczelni. Jest świetny blog doktorantki, Anety Rostkowskiej, „o sztuce i filozofii” (to może jest znaczące, że zazwyczaj historycy  i krytycy sztuki blogują intensywnie, co pokazuje także przykład Magdaleny Ujmy). Wszędzie tam jest mnóstwo odsyłaczy do innych miejsc, także tych rodzimych. (To przypomina mi, że muszę zaktualizować mój własny blogroll). Pozostaje mi tylko trzymać kciuki, by wystarczało autorom cierpliwości, przekonania i… czasu.

Zamiast więc, jak zwykle, skupiać się na tym, w czym od reszty świata odstajemy (cóż za powidok postkolonialnego myślenia!), może jednak dostrzec dla odmiany, co  się zmienia? (A zmienia się szybciej niż mogłoby się wydawać) Bo pewnie jest też  tych przykładów więcej, niż te pierwsze z brzegu, jakie przyszły mi do głowy… Abstrahując od żmudnego zbierania punktacji na świetlanej drodze ku (najlepiej szybkiej) habilitacji oraz obciążenia dydaktyczno-biurokratycznego, związanego z uczelnią/uczelniami oraz utrzymania się z tej prestiżowej, acz wszyscy-wiemy-jak-płatnej pracy, pozostaje jeszcze sprawa formuły blogowania. Zawsze dopada mnie dylemat: napisać dłuższy wpis czy poświęcić tę godzinę na kolejne kilka stron artykułu? I czy to ktoś w ogóle czyta? Zazwyczaj unikam użalania się nad losem polskiego naukowca, ale czytając podobne dyskusje, myślę, że to współzawodnictwo, w jakie wszyscy zdają się nas wpychać, nie do końca jest jednak fair. Oto mamy być gwiazdami dydaktyki (a u mnie ankiety oceny zajęć przez studentów nie są tylko dla zachowania pozorów, wręcz przeciwnie), gwiazdami myśli naukowej po polsku, gwiazdami myśli naukowej po angielsku, menadżerami nauki (w myśl nowej filozofii, która zacyzna  obowiązywać w polskiej nauce, „zarabiaj albo giń”), gwiazdami konferencji (najlepiej międzynarodowych) a bywa, że i gwiazdami showbiznesu. Give me a break. Uważam, że jako tako – choć ledwo, ledwo – wyrabiam się w tych konkurencjach, ale z roku na rok staje się to coraz trudniejsze. A później spotykam się na konferencjach z kolegami z mitycznej „zagranicy”, którzy mają do powiedzenia niewiele więcej ponad to, o co chodzi w aktualnie realizowanym przez nich projekcie konsorcyjnym (najlepiej iluś-ramowym), ale są zrelaksowani, bo mają po dwa kursy w semestrze i pensję na oko 3-krotnie większą od mojej. Jak już wspomniałam, staram się nie narzekać, ale nie dam się zwariować i nie zamierzam brać udziału w tym wyścigu szczurów. Nie boli mnie, że „polska humanistyka” nie bloguje, irytuje mnie raczej, że wciąż modne jest myślenie w kategoriach „słoń a sprawa polska”. I że ta krytyka taka miałka…