Beat Generation

Bogaty w wydarzenia weekend rozpocząl się około czwartku, od wspomnianego w poprzednim wpisie „Obmapywania postmodernizmu” – spotkanie pewnie potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdyby zdążył Tomek Majewski, ale zatrzymała go po drodze zima i kłopoty samochodowe.

Sobota to Festiwal Filmu Filozoficznego, który ewoluuje (a jak pamiętam, choć pamieć może mnie mylić, to w sumie chyba trzecia edycja). „Dlaczego Bodhidharma wyruszył na Wschód” to temat na oddzielną refleksję, w każdym razie to fillm, który urzeka absolutnie od pierwszych chwil i który smakuje się na różne sposoby i z różnych powodów. Tym jednak, co w jakimś sensie najmocniej przykuło moją uwagę, była krótka dyskusja podczas wieczoru „Dharma Beat” – wieczoru beatnikowskiego w Bunkrze Sztuki. Po pierwsze, miłym zaskoczeniem jest fakt, że na tego typu imprezie  w sobotni wieczór ludzie tłoczyli się niemiłosiernie, szczelnie wypełniając piwnicę Bunkra. Już sam ten fakt zadaje kłam często powtarzanej (i ujawnionej podczas dyskusji, a jakże) opinii, że rewolucja beatnikowska skończyła się klęską. Jak  miałby wyglądać jej sukces? Czy gdyby William Burroughs albo Gregory Corso zostali prezydentami USA? Po drugie, wydarzenia z tamtych lat są dzisiaj tematem, który należy omawiać z perspektywy historii kultury a nie czegoś aktualnego – po drodze zdarzyło się przecież kilka innych kontrkulturowych ważnych epizodów, a historia beatników liczy sobie już ponad pół wieku. A jeśli to raczej historia niż teoria kultury, to trzeba każdorazowo umieszczać ją w kontekście – tego zazwyczaj brakuje w rodzimych dyskusjach o kontrkulturze (nie żeby teoria miała być kontekstu pozbawiona i nie żeby była od historii odseparowana wyraźną granicą). Jeśli więc znakomita większość sali zupełnie  z niczym nie kojarzy Instytutu Naropa (dzisiaj już Uniwersytetu); nie wie, kim byli Amiri Baraka (czyli LeRoi Jones), Gregory Corso i Albert Hoffman; nie rozpoznaje Meredith Monk (nie wspominając o Colinie Walcottcie, który mignął w króciutkim fragmencie filmu Constanzo Allione), to mamy do czynienia z luką, która uniemożliwia sensowną dyskusję.  Brak tego kontekstu rzeczywiście prowokuje pytania naiwne i/lub wynikające z elementarnej niewiedzy. To nie byłoby samo w sobie niczym złym, gdyby nie to, że najczęściej zarzuty o „wyprzedanie” kontrkultury lat 60-tych są formułowane z perspektywy „my-wiemy-lepiej”. Najbardziej zadziwiające jest dla mnie porównanie z kontekstem amerykańskiej kontrkultury późnych lat 90-tych i początku naszego wieku: odwiedzając ludzi i miejsca w 2001 i 2006, grając koncerty w rozmaitych loftach, wspólnotach, piwnicach, niezależnych radiostacjach i na niezależnych festiwalach, nigdzie nie słyszałam tezy, jakoby kontrkultura lat 60-tych zakończyła się klęską. Wręcz przeciwnie; Patti Smith nagrywa kolejną wersję „Skowytu”, na ścianach Lemur House w Filadelfii  dostrzega się plakaty z Ginsbergiem (bodaj największego loftu, jaki widziałam – 6-ciopiętrowego magazynu fabrycznego, którego jedno piętro ma jakieś 300 m kwadratowych, zasiedlonego przez artystyczną wspólnotę ekipy z Bardo Pond), specyficzne środowisko dźwiękowo-wizualne La Monte Younga i Marian Zazeeli , Dream House, w dalszym ciągu funkcjonuje (po przejściowych kłopotach)… Jednym słowem, we wszelkich środowiskach żywej kontrkultury tamten czas funkcjonuje jako jeden z niekwestionowanych mitow założycielskich – nie oznacza to braku krytyki (zwłaszcza, że dzisiaj wiadomo nieco więcej o tym, jak FBI czynnie rozmontowywało ówczesną alternatywę, do czego być może przyłożył rękę nieszczęsny kosmiczny prorok Timothy Leary).

A może pora na zmianę optyki? Nie jest chyba przypadkiem, że zabrakło i w filmie, i w dyskusji nazwiska jednego z najważniejszych poetów tamtego ruchu – Wielkim Nieobecnym wieczoru był dla mnie Gary Snyder. Może to symptomatyczne, bo jeśli sprowadzić kontrkulturę wyłącznie do stylu życia bohemy, z jej ekscesami seksualnymi i narkotykowymi (aż chciałoby się westchnąć, mój Boże, czy to w ogóle jeszcze kogoś naprawdę szokuje AD 2010, jeśli tak, to chyba wyłącznie bardzo młodych ludzi), z jej powierzchownym zainteresowaniem tzw. „filozofią Wschodu” (co dość często przybiera formę new age’owego poszukiwania przeżycia o charakterze metafizycznym, które nie byłoby obciążone żadną praktyką ani dyscypliną), to Gary Snyder rzeczywiście nie będzie pasował. Snyder, któremu w czasach szaleństwa maccartyzmu rząd  amerykański początkowo odmówił wydania paszportu (zaważyło oskarżenie o komunizm ze względu na aktywność związkową), najpoważniej potraktował ścieżkę zen, którą w końcu studiował w Japonii. Swoją praktykę buddyjską prowadził także pracując fizycznie jako strażnik w lasach Gór Kaskadowych (Northern Cascades), co później wpłynęło na jego stałe zaangażowanie w formujący się wówczas w Stanach ruch ekologiczny.

Te i inne nici – m.in. także początki kontrkultury sieci lub, adekwatniej, rodzącej się technologii komputerowej – prowadzą właśnie do bitników. Dlatego wielka szkoda, że w Polsce najwyraźniej dominującym obrazem wciąż jest ten nadmiernie zobowiązany „mitologii kwasu” i innych halucynogenów, opisany przez Kena Keseya, propagowany zbyt beztrosko przez Leary’ego, a później innych quasi-prorokow w rodzaju Terence’a McKenny. Taka kontrkultura rzeczywiście żadnemu porządkowi nie zagraża.

A relacje między kontrkulturą i „systemem” bywają niezbadane. Po raz pierwszy czytałam „Dharma Bums” w oryginale w roku mniej więcej 1993, pożyczywszy egzemplarz z biblioteki konsulatu amerykańskiego w Krakowie. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy NoMeansNo grało koncert gdzieś w Nowej Hucie, w Krzystzoforach oglądało się kiepsko nagrane koncerty Toma Waitsa na półprywatnych imprezach, gdzie można było dostać gazetkę Kościoła Peyotlowego.

Co z tego zostało u nas? Nic. Albo niewiele. Nawet z niezwykle żywej i dynamicznej kontrkultury punkowej lat 80-tych, o bardziej politycznym wydźwięku. Maria Peszek zachęca mnie codziennie z ekranu telewizora, żeby założyć sobie konto w Intelligo. Ale to nie powód, żeby twierdzić, że wszędzie jest tak samo. Za oceanem Sonic Youth na długo po swoim sukcesie inwestuje w niezależne labele i dystrybucje płyt, a Michael Gira wydaje płytę Devendry Banharta, który jeszcze do niedawna wycierał bruki efemerycznych galerii urządzonych w byłych magazynach w przemysłowej części Bay Area. Podobnie, jak Ginsberg, który – co usłyszeliśmy od Constazo – dzielił się pieniędzmi z innymi poetami, którym mieli mniej farta albo żyli w nieco innych już czasach. Bo uprawianie kontrkultury w wygodnej, starej Europie,  z jej dekadenckimi tradycjami, pełnej programów społecznych, rządowych i unijnych, to kaszka z mleczkiem w porównaniu z podobną aktywnością po drugiej stronie Wielkiej Wody.

I jeszcze jedno: z tych – i innych – powodów znakomicie się stało, że wyszła książka Uli Tes, „Kino Beat Generation”. Bo może dyskusje o bitnikach będą nieco mądrzejsze.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Beat Generation

  1. Szkoda, że nie wiedziałam o bunkrowym spotkaniu, ale daleko jestem od Krakowa, wiec i tak bym zapewne nie dotarła. Natomiast właśnie czytam „The practice of The Wild” Snydera i sprawdzając info o autorze przypadkiem znalazłam pani wpis. Faktycznie filozofia Wschodu, czy też samo Zen, w dużej mierze traktowane było w tamtym czasie jako ścieżka do „wtajemniczenia” czy jakiś nadzwyczajnych przeżyć a nie jako sumienna praktyka i praca życia codziennego . Snyder jest niezwykłym wyjątkiem, właśnie powoli go odkrywam… pozdrawiam gorąco!

    Polubienie

    • Tak, Snyder to jeden z moich ulubionych poetów – mam prawie wszystkie jego tomy… 🙂 pozdrawiam serdecznie, miło słyszeć wieści od Pani..

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s