Monthly Archives: Grudzień 2010

Beat Generation

Bogaty w wydarzenia weekend rozpocząl się około czwartku, od wspomnianego w poprzednim wpisie „Obmapywania postmodernizmu” – spotkanie pewnie potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdyby zdążył Tomek Majewski, ale zatrzymała go po drodze zima i kłopoty samochodowe.

Sobota to Festiwal Filmu Filozoficznego, który ewoluuje (a jak pamiętam, choć pamieć może mnie mylić, to w sumie chyba trzecia edycja). „Dlaczego Bodhidharma wyruszył na Wschód” to temat na oddzielną refleksję, w każdym razie to fillm, który urzeka absolutnie od pierwszych chwil i który smakuje się na różne sposoby i z różnych powodów. Tym jednak, co w jakimś sensie najmocniej przykuło moją uwagę, była krótka dyskusja podczas wieczoru „Dharma Beat” – wieczoru beatnikowskiego w Bunkrze Sztuki. Po pierwsze, miłym zaskoczeniem jest fakt, że na tego typu imprezie  w sobotni wieczór ludzie tłoczyli się niemiłosiernie, szczelnie wypełniając piwnicę Bunkra. Już sam ten fakt zadaje kłam często powtarzanej (i ujawnionej podczas dyskusji, a jakże) opinii, że rewolucja beatnikowska skończyła się klęską. Jak  miałby wyglądać jej sukces? Czy gdyby William Burroughs albo Gregory Corso zostali prezydentami USA? Po drugie, wydarzenia z tamtych lat są dzisiaj tematem, który należy omawiać z perspektywy historii kultury a nie czegoś aktualnego – po drodze zdarzyło się przecież kilka innych kontrkulturowych ważnych epizodów, a historia beatników liczy sobie już ponad pół wieku. A jeśli to raczej historia niż teoria kultury, to trzeba każdorazowo umieszczać ją w kontekście – tego zazwyczaj brakuje w rodzimych dyskusjach o kontrkulturze (nie żeby teoria miała być kontekstu pozbawiona i nie żeby była od historii odseparowana wyraźną granicą). Jeśli więc znakomita większość sali zupełnie  z niczym nie kojarzy Instytutu Naropa (dzisiaj już Uniwersytetu); nie wie, kim byli Amiri Baraka (czyli LeRoi Jones), Gregory Corso i Albert Hoffman; nie rozpoznaje Meredith Monk (nie wspominając o Colinie Walcottcie, który mignął w króciutkim fragmencie filmu Constanzo Allione), to mamy do czynienia z luką, która uniemożliwia sensowną dyskusję.  Brak tego kontekstu rzeczywiście prowokuje pytania naiwne i/lub wynikające z elementarnej niewiedzy. To nie byłoby samo w sobie niczym złym, gdyby nie to, że najczęściej zarzuty o „wyprzedanie” kontrkultury lat 60-tych są formułowane z perspektywy „my-wiemy-lepiej”. Najbardziej zadziwiające jest dla mnie porównanie z kontekstem amerykańskiej kontrkultury późnych lat 90-tych i początku naszego wieku: odwiedzając ludzi i miejsca w 2001 i 2006, grając koncerty w rozmaitych loftach, wspólnotach, piwnicach, niezależnych radiostacjach i na niezależnych festiwalach, nigdzie nie słyszałam tezy, jakoby kontrkultura lat 60-tych zakończyła się klęską. Wręcz przeciwnie; Patti Smith nagrywa kolejną wersję „Skowytu”, na ścianach Lemur House w Filadelfii  dostrzega się plakaty z Ginsbergiem (bodaj największego loftu, jaki widziałam – 6-ciopiętrowego magazynu fabrycznego, którego jedno piętro ma jakieś 300 m kwadratowych, zasiedlonego przez artystyczną wspólnotę ekipy z Bardo Pond), specyficzne środowisko dźwiękowo-wizualne La Monte Younga i Marian Zazeeli , Dream House, w dalszym ciągu funkcjonuje (po przejściowych kłopotach)… Jednym słowem, we wszelkich środowiskach żywej kontrkultury tamten czas funkcjonuje jako jeden z niekwestionowanych mitow założycielskich – nie oznacza to braku krytyki (zwłaszcza, że dzisiaj wiadomo nieco więcej o tym, jak FBI czynnie rozmontowywało ówczesną alternatywę, do czego być może przyłożył rękę nieszczęsny kosmiczny prorok Timothy Leary).

A może pora na zmianę optyki? Nie jest chyba przypadkiem, że zabrakło i w filmie, i w dyskusji nazwiska jednego z najważniejszych poetów tamtego ruchu – Wielkim Nieobecnym wieczoru był dla mnie Gary Snyder. Może to symptomatyczne, bo jeśli sprowadzić kontrkulturę wyłącznie do stylu życia bohemy, z jej ekscesami seksualnymi i narkotykowymi (aż chciałoby się westchnąć, mój Boże, czy to w ogóle jeszcze kogoś naprawdę szokuje AD 2010, jeśli tak, to chyba wyłącznie bardzo młodych ludzi), z jej powierzchownym zainteresowaniem tzw. „filozofią Wschodu” (co dość często przybiera formę new age’owego poszukiwania przeżycia o charakterze metafizycznym, które nie byłoby obciążone żadną praktyką ani dyscypliną), to Gary Snyder rzeczywiście nie będzie pasował. Snyder, któremu w czasach szaleństwa maccartyzmu rząd  amerykański początkowo odmówił wydania paszportu (zaważyło oskarżenie o komunizm ze względu na aktywność związkową), najpoważniej potraktował ścieżkę zen, którą w końcu studiował w Japonii. Swoją praktykę buddyjską prowadził także pracując fizycznie jako strażnik w lasach Gór Kaskadowych (Northern Cascades), co później wpłynęło na jego stałe zaangażowanie w formujący się wówczas w Stanach ruch ekologiczny.

Te i inne nici – m.in. także początki kontrkultury sieci lub, adekwatniej, rodzącej się technologii komputerowej – prowadzą właśnie do bitników. Dlatego wielka szkoda, że w Polsce najwyraźniej dominującym obrazem wciąż jest ten nadmiernie zobowiązany „mitologii kwasu” i innych halucynogenów, opisany przez Kena Keseya, propagowany zbyt beztrosko przez Leary’ego, a później innych quasi-prorokow w rodzaju Terence’a McKenny. Taka kontrkultura rzeczywiście żadnemu porządkowi nie zagraża.

A relacje między kontrkulturą i „systemem” bywają niezbadane. Po raz pierwszy czytałam „Dharma Bums” w oryginale w roku mniej więcej 1993, pożyczywszy egzemplarz z biblioteki konsulatu amerykańskiego w Krakowie. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy NoMeansNo grało koncert gdzieś w Nowej Hucie, w Krzystzoforach oglądało się kiepsko nagrane koncerty Toma Waitsa na półprywatnych imprezach, gdzie można było dostać gazetkę Kościoła Peyotlowego.

Co z tego zostało u nas? Nic. Albo niewiele. Nawet z niezwykle żywej i dynamicznej kontrkultury punkowej lat 80-tych, o bardziej politycznym wydźwięku. Maria Peszek zachęca mnie codziennie z ekranu telewizora, żeby założyć sobie konto w Intelligo. Ale to nie powód, żeby twierdzić, że wszędzie jest tak samo. Za oceanem Sonic Youth na długo po swoim sukcesie inwestuje w niezależne labele i dystrybucje płyt, a Michael Gira wydaje płytę Devendry Banharta, który jeszcze do niedawna wycierał bruki efemerycznych galerii urządzonych w byłych magazynach w przemysłowej części Bay Area. Podobnie, jak Ginsberg, który – co usłyszeliśmy od Constazo – dzielił się pieniędzmi z innymi poetami, którym mieli mniej farta albo żyli w nieco innych już czasach. Bo uprawianie kontrkultury w wygodnej, starej Europie,  z jej dekadenckimi tradycjami, pełnej programów społecznych, rządowych i unijnych, to kaszka z mleczkiem w porównaniu z podobną aktywnością po drugiej stronie Wielkiej Wody.

I jeszcze jedno: z tych – i innych – powodów znakomicie się stało, że wyszła książka Uli Tes, „Kino Beat Generation”. Bo może dyskusje o bitnikach będą nieco mądrzejsze.

Reklamy

Obmapywanie postmodernizmu, remanenty autotematyczne (zatem)

Tytuł nie mój, a Koła Naukowego Antropologów Literatury i Kultury UJ, w całości brzmi „Obmapywanie postmodernizmu. Ponowoczesne przygody oka”. Hmmm, postmodernizm, postmodernizm… coś mi to chyba mówi… W każdym razie wspólnie z dr Romą Sendyką, dr. Tomaszem Majewskim  z zaprzyjaźnionego łódzkiego kulturoznawstwa równie audiowizualnego, jak nasze oraz Sideyem Myoo (czyli dr. hab. Michałem Ostrowickim, jeśli ktoś nie jest wtajemniczony) mamy zastanawiać się między innymi nad następującymi zagadnieniami:

Czy wizerunki mają nad nami władzę? Co zwrot piktorialny przyniósł badaniom kulturowym? Czy można podglądać voyeura? Jak potoczyłaby się historia oka, gdyby nie „Pies Andaluzyjski”?

Oraz ogólnie o „ponowoczesnych transformacjach w kulturze” rozprawiać. Zawsze miło jest spotkać się ze znajomymi przy jakiejś kulturalnej okazji :-)) (i oczywiście poznać nowych znajomych). W każdym razie serdecznie zapraszam, tym bardziej, że jutro dzień zapowiada się jesienno-zimowy i zawsze warto posiedzieć w ciepłym, miłym miejscu. Zwłaszcza, że zaryzykuję tezę, że wizerunki nie mają nad nami władzy. W każdym razie nie w takim stopniu i nie taką, jak jeszcze kilkanaście lat temu się wydawało, a zwrot piktorialny jest passé  – choć w polskiej humanistyce zadomowił się właśnie i  rozgościł na dobre, i dobrze (wiem, wiem, to taka figura retoryczna, no przecież mody nie mają nad nami władzy :-). Wraz ze świeżo wydanym przez słowo/obraz terytoria tomem Aby Warburga oraz przygotowywanym „warburgowskim” numerem Przeglądu Kulturoznawczego a także numerem 1(5) 2009 poświęconym antropologii obrazu będzie komplet. W międzyczasie ukazał się jeszcze numer o nowych sytuacjach komunikacyjnych słowa / dźwięku z moim tekstem (trzecim w serii) o słuchaniu i praktykach soundwalku. Będzie niebawem jeszcze jeden w tej serii, o audioturystyce, w „Kulturze Współczesnej” (numer zapowiadany jako 3/2010 „Wyobraźnia turystyczna”, przygotowany koncepcyjnie przez Blankę Brzozowską i Annę Wieczorkiewicz). To tyle, gdyby ktoś pytał, czy pracownicy naukowi mają wakacje.

Powyższe tłumaczy mnie (być może, być może, częściowo) trochę z pierwszej w tym sezonie czterotygodniowej przerwy na tym blogu oraz w innych miejscach / przerwach w życiorysie. W najbliższym czasie może być równie trudno. Czeka rozdział zbioru o grach, poświęcony pervasive games, w toku podwójny numer Kultury Popularnej, nad którym właśnie pracujemy z Mirkiem Filiciakiem, w toku cykl wykładów na temat kultury popularnej, które od stycznia będę raz w miesiącu prowadzić w poznańskiej Galerii Arsenał. Pomniejszych projektów w rodzaju konferencji i kilku artykułów nie liczę. To tyle, gdyby ktoś pytał, czy pracownicy naukowi mają przerwę świąteczną.

A wszystko to do wtóru pięciopłytowego wydania albumu „A Story” Yoko Ono. Dlatego, że dzisiaj oczywiście jest 8-mego grudnia. Jak zwykle kiepscy dziennikarze serwują nam opowieść o pełnym sukcesów artystycznych (=komercyjnych) wcieleniu Lennona w wersji z grzywką oraz o schyłkowym okresie, kiedy zaczął się zadawać z pewną artystką konceptualną znaną głównie w nowojorskich loftach. W ramach tej narracji umyka jakoś, że np. do nagrywających płytę Imagine w Tittenhurst Park przyjechał m.in. Regis Debray, co można było zobaczyć w dokumencie, który po raz n-ty mogliśmy zobaczyć w telewizji w sobotnie albo poniedziałkowe popołudnie (raczej poniedziałkowe, dni w grudniu zlewają się w jeden ciąg). Zauważyło to także czuwające nad Lennonem FBI (to troszkę tylko a propos WikiLeaks), rzadko zauważają to nasi mainstreamowi dziennikarze, może dlatego, że ich wiedza o świecie nie wykracza poza popularne wydanie Encyklopedii Rocka. Posłucham sobie więc wszystkich pięciu albumów + moja ulubiona płyta Yoko „Rising Mixes”, z remiksami m.in. Thurstona Moore’a i Tricky’ego (z tych lepszych czasów). Warto posłuchać najbardziej znienawidzonej kobiety showbiznesu przed spotkaniem na temat „obmapywania postmodenrnizmu” (a na pewno znienawidzonej przez Wojciecha Manna, który w zamierzchłej-ale-nie-tak-odległej-żeby-nie-pamiętać przeszłości miał w zwyczaju zapowiadać jej utwory „puszczam płytę Yoko Ono i wychodzę ze studia”).