to SlideShow or not to SlideShow…

Wśród grupki znajomych wykluła się ostatnio ciekawa dyskusja, zapoczątkowana wpisem Samuela Nowaka na Facebooku dotyczącym przygotowywania prezentacji na zajęcia. Generalnie zarysowały się trzy stanowiska: radykalnych przeciwników slajdów (do których i ja się zaliczam), umiarkowanych przeciwników (Samuel?) oraz umiarkowanych zwolenników. Od razu chcę jednak wyjaśnić: chyba nikt z nas nie jest przeciwnikiem stosowania podczas zajęć materiałów wizualnych czy multimedialnych – trudno zresztą byłoby sobie wyobrazić takie zajecia na kulturoznawstwie-filmo- i medioznawczym. Problem dotyczył kilku rzeczy: po pierwsze, sensowności prezentowania  ważnych teoretycznych tekstów w postaci „punktów”, po drugie: narzucenia pewnej linearnej struktury, jaka wpisana jest w same programy (PowerPointa czy Keynote). Mówię tutaj za siebie, o moich doświadczeniach – generalnie slajdy w większości wyzwalają w studentach odruch przepisywania (podobnie, jak w przypadku, kiedy w wywodzie pojawi się jakakolwiek data:-), co dużo mówi o tym, jak wygląda polska edukacja w szkołach średnich. Być może dzięki takim wyniesionym ze szkoły (albo z kiepskich zajęć) przyzwyczajeniom w ankietach oceny pracowników pojawia się później zarzut, że „do egzaminu i tak trzeba było samemu czytać teksty” (autentyk z mojej ankiety). Uważam, że zupełnym dramatem i zaprzeczeniem studiowania jest wcale nie tak rzadko spotykana praktyka pokazywania slajdow z tekstem, który „wykładowca” najczęściej odczytuje. Ironią (grubą) jest to, że takie zajęcia byłyby według kryteriów z niektórych artykułów  i komentarzy w Wyborczej (niestety, nie mam pod ręką stosownych linków, tylko pamięć, więc mogę przekłamywać) uznane za „multimedialne”, bo pojawił się ekran, komputer i PowerPoint. Innym skandalem (w moim zupełnie osobistym i subiektywnym przekonaniu)  jest przekazywanie studentom takich gotowców jako podstawy zaliczenia kursu… Wszyscy znamy takie konferencje, podczas których mogłoby nie być prelegenta, wystarczyłaby prezentacja, bo prelegent czyta własne slajdy… Oczywiście zagadnienie jest bardziej skomplikowane, bo czymś innym jest wykład, czymś innym ćwiczenia, konwersatorium oraz 15-minutowe wystąpienie konferencyjne, kiedy trzeba przekazać maksimum treści w krótkim czasie (istnieją zresztą  całe poradniki, samouczki i tutoriale na temat strategii posługiwania się PowerPointem).

Kiedyś też używałam prezentacji (oczywiście) – w pewnym momencie spostrzegłam, że bardziej skupiam się na tym, żeby zrealizować założoną narrację niż na czymkolwiek innym. I głęboko zakorzeniona  tendencja do dygresji – zawsze rujnowała każdą linearną strukturę. Dało mi  też do myślenia wystąpienie Michaela Darrocha podczas konferencji „Intermedial City” w Montrealu dwa lata temu. Michael miał fascynujące wystąpienie w trakcie którego nawet nie podłączył rzutnika. Nie epatował nas obrazkami, skupił się na prezentacji tekstu, który częsciowo był czytany. Na pozór – nuda, antywsytąpienie. W rzeczywistości wszyscy słuchaliśmy z zapartym tchem, a pojawiało się sporo mcluhanowskiej terminologii, jak przystało na kogoś z uniwersytetu toronckiego. W kuluarach toczyła się podobna rozmowa – czy nie byłoby lepiej z prezentacją. Do dzisiaj pamiętam argumentację Michaela: studentom coraz trudniej skupić się na treści, jeśli chcemy naprawdę popracować i pomyśleć, może lepiej zrezygnowac z obrazków. Teza, jak dla mnie, w dużej części uzasadniona. Co nie znaczy, że nie posługuję się multimediami, tyle tylko, że ich funkcja nie powinna polegać na epatowaniu efektami albo na streszczaniu kolejnych pozycji lekturowych. (Co ciekawe, ten sam Michael na innej, wcześniejszej o rok konferencji miał wystąpienie z inną badaczką ilustrowane przez slajdy, choć były „obrazkowe” a nie „opisowe”). To oczywiście każe zadać kolejne pytanie – na czym w ogóle ma polegać studiowanie? Będę się upierać, że na myśleniu, a nie po prostu przyswajaniu lektur z takiej czy innej listy. Jeśli dałoby się zdać egzamin na piątkę przy korzystaniu wyłącznie z notatek z zajęć, uważałabym, że zajęcia były klęską. Co w gruncie rzeczy oznacza postawę głęboko krytyczną wobec modelu szkolnictwa wyższego rozumianego jako kursy zawodowe i wpisanego w całą machinę technokratycznej dominacji zasad rynku – wyksztalcenie wyższe to nie pakiet, który się odbiera na kolejnych zajęciach, podany do łatwej konsumpcji, a wydaje się, że coraz częściej tego się od nas oczekuje (sądząc przynajmniej po artykułach i komentarzach do nich na Onecie). Być może dlatego tak uwierają dzisiaj studia humanistyczne (ulubiony chłopiec/ dziewczynka do bicia tych samych artykułów) – bo tutaj nie da się podać zbyt wielu rzeczy w postaci gotoego produktu i wbrew temu, co można przeczytać tamże, również uczą myślenia, nie mniej niż matematyka (a przynajmniej powinny). To jednak temat na inny wątek, którego nie omieszkam kiedyś poruszyć.

Wracając do prezentacji. Ciekawym narzędziem są mapy, które stosowałam / stosuję w praktyce, rzadziej lub częściej. Właśnie znalazłam fajne narzędzie online, Mind Meister. Wielkim fanem map jest np. Howard Rheingold, kolekcjonujący je za pomocą zakladek w delicious. Pamiętam też stały wątek w jego Tweetach przez jakiś czas – o tym, że zachęca studentów do tego, żeby nie korzystać z PowerPointa. Podrzucił też około setki alternatywnych i interaktywnych najczęściej narzędzi służących do prezentacji. Czy mapy w czymś pomagają? Jest na ten temat oczywiście cala teoria kognitywistów i psychologów, wersja pop to chyba Tony Buzan. wiem jedno: samo przejście z linearnie zorganizowanych notatek na mapy jest świetnym treningiem bardziej kreatywnego myślenia (w tym sensie, że trzeba zmienić przyzwyczajenia, a może wręcz – wyjść poza tresurę, której podlegamy od momentu, kiedy zaczynamy uczyć się pisać), swoistym zdeprogramowaniem (brzydkie słowo, wiem) i dobrym ćwiczeniem na rozważenie kwestii ideologicznego znaczenia domknięcia dyskursu (czyli sprawiania wrazżenia, że wsztko jest jasne, oczywiste, przejrzyste i zrozumiałe – ideał neopozytywistycznej wizji nauki)

Pewnie coś jest w argumentach, że prezentacja w Power Poincie pomaga zrozumieć, chociaż… Swego czasu jednym z internetowych memów była prezentacja, która służyła amerykanskim dowódcom jako ilustracji złożoności strategii połączonych sił wojsk amerykańskich i NATO w Afganistanie – tytuł z New York Timesa „We Have Met the Enemy and He Is Power Point” był bardzo trafny… Znaczący cytat z tego artykułu: „Program [Power Point], który po raz pierwszy pojawił się na sprzedaż w 1987 roku i wkrótce został kupiony przez Microsoft, jest głęboko zakorzeniony w kulturze militarnej, która zaczęła polegać na Power Pointowym hierarchicznym strukturowaniu nieuporządkowanego świata.”

Reklamy

About nytuan

Moje oficjalne bio akademickie: Dr Anna Nacher – asystent w Katedrze Mediów Audiowizualnych Instytutu Sztuk Audiowizualnych. Jej zainteresowania naukowe koncentrują się na teorii mediów w perspektywie kulturoznawczej, studiach genderowych, antropologii audiowizualności, nowych zjawiskach w kulturze współczesnej, przemianach związanych z procesami globalizacyjnymi. Aktualne tematy badań własnych: analiza przemian dyskursu przestrzeni w mediach nowej generacji (przestrzeń hybrydowa, locative media), praktyki dyskursywne Internetu drugiej generacji (folksonomia i architektura informacji). Prowadzi także zajęcia na Podyplomowych Studiach z Zakresu Gender. Pasjonuje się muzyką współczesną i elektroniczną (zwłaszcza elektroakustyczną, improwizowaną i awangardową wokalistyką), w wolnych chwilach prowadzi własny projekt muzyczny. Wolny czas najchętniej spędza podróżując na rowerze bądź uprawiając trekking w górach Europy i Azji. Miłośniczka przestrzeni wielkomiejskich i dzikiej przyrody. W 2006 roku obroniła (z wyróżnieniem) na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej doktorat dotyczący kategorii gender w telewizji. Autorka książki Telepłeć. Gender w telewizji doby globalizacji, Kraków 2008: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Inne ważniejsze publikacje: Reality TV niebezpieczne związki z rzeczywistością [w:] Rzeczywistość a dokument, red. M. Miśkowiec, M. Kozień-Świca, Kraków 2008: Muzeum Historii Fotografii; Cyborg jako kłącze – polityka produktywnych sprzeczności [w:] red. Radkiewicz M., Gender – konteksty, Kraków 2004: Rabid, “Przygody nowoczesności poza euroamerykańskim centrum” [w:] „Przegląd Kulturoznawczy” nr 3 / 2007, “Pasaże ekstazy” [w:] „Przegląd Kulturoznawczy”, nr 2 / 2007; „Kulturoznawstwo – studia nad płcią. O potrzebie aliansu” [w:] „Kultura Współczesna”, nr 2 (52) / 2007, „Zagubiony w gatunkowym labiryncie – kilka uwag o modelu analizy gatunkowej w telewizji” [w:] „Kultura Popularna”, nr 1 (15)/2006. Aktywna także jako tłumaczka tekstów anglojęzycznych z zakresu teorii mediów, teorii gender i kulturoznawstwa. Od roku 2007 uczestniczy w dwuletnim ministerialnym projekcie badawczym „Miasto w sztuce – sztuka miasta: analiza kulturowa przestrzeni miejskich przełomu XX/XXI w.” Studentów uczestniczących w prowadzonych przeze mnie kursach zapraszam z korzystania z materiałów zamieszczonych na https://nytuan.wordpress.com oraz do współtworzenia bloga.

Posted on 29/10/2010, in zajęcia - sylabusy, opisy, literatura. Bookmark the permalink. 3 Komentarze.

  1. Marta Anna Raczek

    Zgadzam się, że uśredniona praktyka (a nawet nie tak bardzo uśredniona) jest straszna, a jej skutki opłakane. Sama widziałam wydruki moich studentów z moich prezentacji, znam też takich którzy je teraz wykorzystują w swojej własnej praktyce dydaktycznej (casus lekko poprawionego wykładu o surrealizmie ;-), ale ci pierwsi albo nie zdawali (jeśli nie umieli przeanalizować sceny – a tego nie było w PP i przeprowadzić obszernej wypowiedzi), albo zdawali bardzo słabo, a tym drugim zostało wybaczone 😉

    Ja jednak badzo precyzyjnie oddzielam funkcję dydaktyczną i naukową jakie pełnię. W tej pierwszej wiele z moich teoretycznych i również ahistorycznych w rozumieniu, które zakładam z autorką bloga podzielamy, przekonań zostawiam za drzwiami. Tak mi zostało po wykładach z dydaktyki, w których brałam udział podczas studiów doktoranckich, gdzie padło wiele bardzo do dziś dla mnie istotnych myśli. Moim celem jest jednak dotarcie z wiedzą i to jemu poświęcam siły i środki (także linearne jeśli to konieczne) i zaprezentowanie jej w sposób tak atrakcyjny, co zrozumiały i zostający w pamięci. Dostrzegam różnice w grupie i staram się uśredniać przekaz, bo orły i tak same „przeczytają skrypt i lektury dodatkowe” by znów przywołać „Mona Lisa Smile”, a przy moderato może się udać przekazać pewne quantum wiedzy także najsłabszym. Że taka postawa działa widzę potem w praktyce. Jeśli wykładowca mówi językiem niezrozumiałym i dygresyjnym to studentowi same zamykają się uszy i niestety – to już kwestia wychowania w rodzinie akademickich dydaktyków od dziadka poczynając, a na matce kończąc – wpojone mi zasady mówią, że to niedopuszczalne, że umysły trzeba rozbudzać, a nie zamykać i że niedotarcie do studenta z wiedzą to w dużej mierze moja, jako wykładowcy porażka, bo to ja jestem tą stroną, która może żąglować swoją wiedzą na dowolnym poziomie trudności, a wiedza na tym nie ucierpi, bo można o trudnych rzeczach i prosto i trudno, a prosto nie oznacza banalnie rzecz jasna.

    Mało mnie obchodzi, czego się ode mnie oczekuje na poziomie ogólności ekonomicznej. Dla mnie solidna definicja to początek, a potem zaczyna się zabawa i bawimy się całkiem nieźle intelektualnie, a już na zaocznych na KA bawię się wybitnie wyśmienicie, dyskusje trwają nieustannie (i to w dodatku na temat), a zamieszczenie paru trafiających w teortyczny punkt cytatów z Levi-Straussa, Barthesa i Baudillarda i zamieszczenie ich w prezentacji, bynajmniej tych dyskusji nie wychładza, nie opóźnia i w ogóle im nie przeszkadza, raczej pomaga, bo mamy punkt wyjścia…

    Ale myślę, że nie da się, pomimo tego wszystkie, co tu napisałam, wypracować jedynie słusznego stanowiska w sprawie PP, zwłaszcza, że jedynie słuszne stanowiska to pojęcie abstrakcyjne….;-)

    Polubienie

  2. Marta Anna Raczek

    Wszystko to brzmi bardzo pięnie, ale z paroma zastrzeżeniami. Podejście „mapowe” sprawdza się znakomicie w sytuacji, w której mamy do czynienia ze studentami w typie młodych członkiń koledżu, w którym uczyła Julia Roberts w filmie „Mona Lisa Smile”. Gdy przyszła na pierwszą lekcję i puściła przygotowane slajdy, okazało się, że uczennice przyswoiły już nie tylko skrypt, lecz także lektury dodatkowe. Oczywiście opinie przez nie wygłaszane były zapożyczone, ale jednocześnie umiały rozpoznać dzieła i przypisać je do określonych stylistyk i okresów, jednym słowem miały bazę potrzebną do tego, żeby z etapu „lekcja jako przekazywanie wiedzy bazowej, której w inny sposób uczen nie miał szans pozyskać” przeszła na poziom „dyskusja nad nowymi sprawami”. Problem polega na tym, że jeśli młody człowiek po szkole nie posiada praktycznie żadnej wiedzy bazowej (a tak niestety jest coraz częściej), to trudnością staje się użycie przez wykładowcę niektórych słów z zakresu słownika wyrazów obcych (np. koherencja), a cóż dopiero przekazanie nowych danych (doświadczenia na podstawie KA, UJ, UP – wszędzie takie same w uśrednieniu). Dygresje są piękne, problem polega na tym, że nie gubimy się w nich tylko my, podczas gdy studenci gubią się bardzo szybko i wtedy niestety zaczynamy doceniać linearny tryb narracji, zwłaszcza jak mamy do przekazania quantum wiedzy na trzy semestry w jeden. Gdyby studia nie były ustawiane przez same uniwersytety jako szkoły zawodowe, gdyby nie ograniczano godzin programowych, gdyby… Casus filmoznawstwa – gdy je studiowałam miało trzy semestry historii sztuki, gdy zaczęłam sama wykładać ten przedmiot ograniczono go do dwóch semestrów, na dygresjach w tym układzie daleko się nie zajedzie, na linearnej narracji znacznie dalej. To jak z drogą, fajnie jest skręcać w każdą boczną uliczkę, znacznie gorzej wylądować o północy w szczerym polu z -4 stopniami za oknem, czesem więc lepiej nie zbaczać z drogi. Takie „zboczenia”, „mapowanie” itp świetnie się sprawdza na ćwiczeniach, tudzież na seminariach i tam nawet do głowy mi nie przyjdzie stosować PowerPointa z definicjami, jednak jeśli wykład z kierunków filmu współczesnego ma tylko 30 godzin, a do omówienia tematów na co najmniej 60, to wypisanie kluczowych punktów bardzo się przydaje. I jeszcze jedno, ostatnio na konferencji UP poza materiałem dokumentującym instalacje multimedialne miałam w prezentacji także cztery definicje. Po wykładzie podszedł do mnie jeden z profesorów i powiedział, że jest mi bardzo wdzięczny, bo w chaosie nadmiaru czasem warto rzecz sprowadzić do sedna i dobrze, że to sedno wyświetlało się za mną, gdy prowadziłam swoje dygresyjne wywody, więc ja jednak chyba zostanę umiarkowaną zwolenniczką, nieprzeładowanych i z sensem ułożonych prezentacji. A co do tego, czy dawać prezentacje czy nie. Na wielu zachodnich uczelniach to żaden problem (vide MIT), problem polega na tym, jeśli nie uczuli się studentów (a następnie konsekwentnie tej zasady nie stosuje przy ocenianiu), że sama prezentacja to tylko baza do dalszej nauki, która zostanie sprawdzona na egzaminie. Wtedy nic złego sie nie dzieje, ale jeśli dajemy, a potem jak student ładnie wyrecytuje, to głaszczemy po główce i stawiamy piątkę, to nie student ma problem, tylko my, jako pedagodzy.

    Polubienie

    • Hmmm… Ale czy nie idziemy jednak na łatwiznę uznając, że linearna narracja jest panaceum…Wiem, przemawia przeze mnie teoretyczka (którą jestem w istocie) i antyhistoryczka (jeśli traktować historię właśnie jako linearne ciągi narracji do zapamiętania). Bardzo szlachetne to założenie, że uczuli się studentów, że slajdy w Power Poincie to tylko baza itp., ale w praktyce (uśrednionej) to często jedyne materiały, jakimi dysponują (nasłuchałam się jeżdżąc autobusami do Akademii Krakowskiej oraz spożywając coś czasem w naszym barku na Łojasiewicza :-). Owszem, stworzenie soldinych podstaw, sprawdzanie i precyzowanie definicji, urguntowanie wiedzy – to podstawa uczenia i co do tego nie ma wątpliwości. Obawiam się jednak, że w obecnym klimacie społecznym oraz dominującym dyskursie, w którym wiedza nieodwołalnie sprzęga się z gospodarką (w sloganie „gospodarka oparta na wiedzy”), oczekuje się od nas, żeby a tym poprzestać. Gospodarce nie są potrzebni mślący krytycznie młodzi ludzie, tylko takie czy inne automaty (celowo retorycznie przesadzam). Power Pointowe prezentacje są znakomitą socjalizacją. Zbt rzadko widzę je twórczo wykorzystywane, żeby zdobyć się na inne stanowisko. Ale… zastanawiam się, czy w goóle da się je twórczo wykorzystać i niewykluczone, że zacznę próbować w pewnym momencie, żeby nie zasklepić się w tym co „wiem”:-)

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s