P.S.

Muszę kilka rzeczy we wczorajszym poście doprecyzować (Panie Arturze, dziękuję za uwagi!). Po pierwsze, kiedy piszę o błędach gramatycznych, to mam na myśli rzeczy dużego kalibru (np. „napiętnowująca wypowiedź” w artykule o ks. Bonieckim – ki diabeł? – albo powszechne, szkolne błędy w rodzaju niespójności podmiotu zdania głównego z imiesłowowym równoważnikiem zdania, typu „wychodząc z domu, padał deszcz”). Nie pamiętam już dokładnie gdzie, ale widziałam ostatnio wręcz w którymś z artykułów gazety, że „rząd karze” i nie chodziło wcale o ukaranie… Zainspirowana jednak wyżej wspomnianą uwagą (przekazaną kanałami nieformalnymi) pokażę teraz na własnym przykładzie, co się dzieje, kiedy traktujemy „globalnie” rzeczy (zjawiska, sytuacje), które są zniuansowane i rozpadają się na szereg  pośrednich poziomów – trochę po Latourowsku, żeby trzymać się pograniczy dyskursu naukowego. Otóż Latour w „Nigdy nie byliśmy nowocześni” pokazuje, jak często zbyt szybko „totalizujemy”,  przechodząc na poziom „globalny” i pomijając po drodze etapy pośrednie (trzeba pamiętać, że Latour pisze o dyskursie naukowym). Dotyczy to oczywiście świata, który daje się sensownie ująć tylko za pomocą naczelnego Latourowskiego terminu, czyli sieci. Mówiąc najprościej, jak się da, chodzi o zestawy połączeń czynników ludzkich i nieludzkich – co dzisiaj, w dobie zsieciowanych technologii komunikacyjnych, w których istotnymi partnerami w komunikacji stają się np. programy i interfejsy, zrozumieć całkiem nietrudno. Na marginesie: brak wielkich liter z polską diakrytyką w moich postach jest wynikiem faktu, że ten konkretny „template” WordPressa nie pozwala mi na wpisanie wielkiego „ś”, a literówki mogą być efektem tego, że WordPress w godzinach wieczornych reaguje z pewnym opóźnieniem na sygnały z mojej klawiatury. To, że – wg Latoura – „nawet najdłuższa sieć we wszystkich punktach pozostaje lokalna”, najlepiej wyjaśnia następujący fragment: „Czy kolej jest lokalna czy globalna? Ani taka, ani taka. W każdym swoim punkcie jest lokalna, ponieważ wszędzie znajdziecie przejazdy kolejowe, kolejarzy, a czasem też stacje i automaty do sprzedaży biletów. Jest jednocześnie globalna, skoro może cię zawieźć z Madrytu do Berlina i z Brześcia do Władywostoku.” (B. Latour, Nigdy nie byliśmy nowocześni. Studium z antropologii symetrycznej, przeł. M. Gdula, Warszawa 2011, s. 166). Jesteśmy najczęściej skłonni pomijać w swoim myśleniu fakt, że sieci są globalne i lokalne jednocześnie – czyli że Onet nie składa się tylko z mojego ulubionego chłopca do bicia (działu informacyjnego), ale że ma też zazwyczaj dość sensownie redagowany dział Kultura. Nade wszystko pomija się zaś tę rozciągliwą, zróżnicowaną strukturę sieci: czyli że Onet nie składa się tylko z szefów działów podejmujących decyzje, co ma iść na główną stronę i jak ma wyglądać materiał. Ta sieć jest znacznie rozleglejsza: obejmuje inteligentnych ludzi pracujących w środku molocha (i czasem może też wstydzących się za to, co pojawia się na głównej stronie) starających się rzetelnie wykonywać swoją robotę; mało tego, składa się zapewne ze sprzątaczek pojawiających się zanim ktokolwiek siądzie za biurkiem, ze środków czystości używanych do sprzątania biura (które powodują u co bardziej wrażliwych jednostek ból głowy i problemy z soczewkami kontaktowymi); z serwerów, które same w sobie są sieciami (prąd, metal, kable, półprzewodniki, interfejsy). To wciąż nie koniec – na sieć „Onet” składa się także szereg przekonań i standardów zawodowych, motywowanych profesjonalnie i komercyjnie,  przyjmujących postać hipotezy „czy ludzie będą to klikać” (by nie rzec, „co ja paczę”), a nawet z rytuałów towarzyskich, w trakcie których ustala się, co jest „żenua”, a co jest całkiem sensowne. Tych elementów byłoby znacznie więcej. Siadając do pisania i poddając się emocjom piszę odruchowo „Onet” wyświetlając sobie w pamięci wszystkie te momenty, kiedy kuriozalność artykułów powodowała falę gorąca uderzającą do głowy. Podobnie, jak blokujący strony rządowe, kiedy słyszą ACTA. Mówimy „Nie dla ACTA” – i bardzo, bardzo rozbudowana sieć w ułamku sekundy kompresuje się do płaskiego żetonu, którym posłużymy się w rozgrywce, w której od tego momentu liczy się już tylko to, czy „nasi” wygrają. Lokalność sieci jest nieco ryzykowna (bo nie pozwala kurczowo trzymać się „racji”), ale daje oddech, bo pozwala zobaczyć za molochem „kolej” konkretnego kolejarza, miłego człowieka, który wyjaśnił nam, że nasz wagon ma awarię ogrzewania, ale możemy w związku z tym przejść do wagonu pierwszej klasy.

Jakość ad ACTA?

Jednym z dużych plusów żywiołowej (choć czasem też histerycznej) dyskusji wokół ACTA jest to, że pojawia się mnóstwo tematów pobocznych, spoza głównego nurtu debaty, ale nie mniej ważnych. Jeden z nich wyartykułował Paweł Goźliński w dzisiejszej Gazecie Wyborczej, pytając o jakość mediów w darmowym internecie. Uznaję to za niezwykle ironiczne. Spółka Agora oferuje nam bowiem portal gazeta.pl, który stacza się nieustannie (jeśli chodzi o jakość materiałów) i momentami sięga brukowego poziomu onet.pl (najzwyklejsze błędy gramatyczne i ortograficzne nie należą do rzadkości – to w dziedzinie szczegółów, w których tkwi diabeł; większą jednak wadą są artykuły pisane z myślą o odbiorcach na poziomie ameby, bo składające się głównie ze streszczeń tego, co już na dany temat najczęściej gazeta napisała). Jeszcze gorzej ma się sprawa z aplikacją Wyborczej na iPada. Dawałam jej szansę dwukrotnie i za każdym razem po 3 dniach (góra!) pozbywalam się jej ochoczo. Od elektronicznej prasy oczekuję przede wszystkim tego, że będzie do czytania – wzorów wcale nie trzeba szukać daleko. Kiedy New York Times wprowadził 28. marca 2011 odpłatność za wersję elektroniczną, wielu uważało, że to gwóźdź do trumny poczytnego tytułu. Jak się rzekło, diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach i jednym dużym „ale”. Szczegóły polegają na dosyć wyrafinowanym modelu, który jest właściwie kombinacją darmowego udostępniania (20 artykułów w miesiącu można przeczytać za darmo) i mikroodpłatności (z wieloma wersjami uwzględniającymi prenumeratę na tablet + komputer, tablet + iPhone + komputer oraz prenumeratę gazety papierowej). Miesięczny dostęp w wersji tablet + komputer miał kosztować 20$ – przez pierwsze kilka miesięcy promocyjna zniżka wynosiła jednak niemal 90%. I jest jeszcze podstawowe duże „ale”: „New York Times” nie zrezygnował z solidnych, rzetelnych (kilkustronicowych…) materiałów, wychodząc – słusznie – z założenia, że jeśli czytelnicy mają płacić za zawartość, to musi to być coś, po co warto sięgnąć. W konsekwencji nie zastanawiałam się nawet przez chwilę – wolę wydać 20$ (choć w rzeczywistości znacznie mniej) na zawartość mojej ulubionej gazety, niż irytować się za każdym razem, kiedy sięgam po darmową, ale zupełnie bezwartościową aplikację Wyborczej na iPada. To samo zresztą dotyczy portalu gazeta.pl, która dostarcza mi wątpliwej rozrywki w rodzaju kuriozalnych tytułów i zawartości na żenującym czasem poziomie. Byłabym natomiast skłonna zapłacić za sensownie zrobioną aplikację „Dużego Formatu” oraz wersję elektroniczną „Magazynu Swiątecznego”, bo to są resztki dobrego dziennikarstwa w Polsce.

P.S. w kolejnym wpisie.

Another Story na marginesie ACTA

Trochę z przekory, bo sieciosfera żyje od kilku dni SOPA, PIPA i ACTAmi, rzecz będzie o fotografii. Zresztą z perspektywy Moderna Museet w Sztokholmie i tego, co robili oglądający wystawę „En annan historia / Another Story. 1000 Photographs from the Moderna Museet Collection”, cała ta historia jawi się jeszcze inaczej. Nie, żeby lekceważyć nieustanną presję korporacji zawiadujących zawartością i dobrami kultury – celowo nie chcę tutaj posługiwać się terminem „własnosci intelektualnej” w świetle nadzwyczaj wątpliwych praktyk (rownież w świecie akademickim) zupełnie zmieniających sens tego określenia – ale obserwacja codziennych praktyk każe przede wszystkim współczuć politykom oderwanym od rzeczywistości i najwyraźniej nieświadomym tego, że nie zmienią już biegu rzeki. Otóż na wystawie prezentującej niezwykle bogatą kolekcję fotograficzną ze zbiorów Moderna Museet (a jest to jedna z najcenniejszych kolekcji w Europie) fotografowali wszyscy. Niektórzy nawet nie pokusili się o wyłączenie w swoich smartfonach lamp błyskowych. Dołączyłam się i ja, co nie wywołało żadnej reakcji stojącej za moimi plecami strażniczki. Nie mogłam sobie przecież odmówić takiego oto obrazka: Jest to bowiem skondensowana historia fotografia zamknięta w jednym geście: sfotografowanego za pomocą iPhone’a (i od razu zamieszczonego w sieci) dagerotypu nieznanego autora z 1845 roku. Na wystawie, jak już wspomniałam, robili to wszyscy. Najwyraźniej personel muzeum wychodzi ze zdroworozsądkowego przekonania, że trudno byłoby w tym przypadku zupełnie zignorować istotną zmianę kultury, jaka dokonała się na naszych oczach. Wbrew temu, co wydaje się legislatorom i ich mocodawcom (uroczy zwrot często stosowany w czasach minionych), zmiany już się dokonały – teraz chodzi już tylko o to, żebyśmy wszyscy byli świadomi, o czym mówimy, mówiąc o „prawach własności intelektualnej”. Czy chodzi także o korporacyjne posunięcia wydawców ksiażek naukowych, którzy domagają się scedowania na nich całości praw? Czy zabezpieczenie tych praw zawsze musi oznaczać dychotomię złodziej – okradany? A może nie ma żadnej kradzieży w sensie, do którego przyzwyczaił nas świat atomów (żeby posłużyć się niezbyt już aktualnym rozróżnieniem na świat atomów i świat bitów)? Dobrze, że wreszcie ta dyskusja w Polsce przestaje być karykaturą rzetelnej debaty, (chyba) niedobrze, że zaangażowane jest w to tyle emocji. Nie odnosiłam wrażenia, żeby Szwedzi spacerujący po ulicach Sztokholmu ruszali na barykady w obronie wolnosci (a to w końcu kraj, w którym działa Pirate Bay i narodzila się partia Piratów), w Polsce natomiast od razu pachnie powstaniem i słychać szczęk broni – może dlatego, że nie jesteśmy przyzwyczajeni do batalii na argumenty.

Wracając jednak do wystawy Another Story – jej ciekawy układ sprawił, że wyraźnie uwidoczniona została kwestia znaczenia pewnych konwencji reprezentacji. Fotografia bardzo silnie jest wciąż kojarzona z mimetycznym odzwierciedleniem, traktuje si ęją jako znak o charakterze wręcz indeksalnym, mającym namacalny i rzeczywisty związek z rzeczywistością – to interpretacja ugruntowana i przez Susan Sontag („O fotografii”) i (zwłaszcza) przez piękną skądinąd książkę Rolanda Barthesa „Swiatło obrazu”. Podążanie za narracją zaproponowaną przez kuratorow wystawy, Daniela Birnbauma i Anne-Sofi Noring, pozwala bardzo mocno zobaczyć, jak silnie o wrażeniu realizmu decydowały aktualne konwencje sztuki wizualnej. Portrety autorstwa Nadara, Julii Margaret Cameron (na marginesie – to naprawdę spory zbiór zdjęć tej wciąż nieznanej fotografki) czy Carla Jacoba Malmberga (nic dziwnego, że fotografia skandynawska jest reprezentowana pbficie) ujawnia obecność konwencji wypracowanych jeszcze w malarstwie portretowym. Ta cecha wczesnej fotografii jest wręcz uderzająca, gdyż najwcześniejsze obiekty, z lat 1840-1930, mieszczą się w części trzeciej, zatytułowanej „Written in Light”. Docieramy do tej sali przemierzając wcześniej dwie inne:”See the World” 1920-1980 i „Possessed by the Camera” 1970-2010, a więc w porządku odwrotnym, zrywającym z linearnością tradycyjnego ujęcia historycznego. Inną ciekawą refleksją, jaka narzuca się w czasie totalnego zanurzenia w fotografię, jest myśl o płynności kategoryzacji. Fotografia reportażowa spod znaku Henri Cartiera-Bressona, agencji Magnum i magazynu „Life” ma dziisaj wyraźnie estetyzujący charakter. To wiąże się z kolejną refleksją „na gorąco” – fotografia była pierwszym medium obrazowym, które sprawiło, że podział na kopię i oryginał stał się problematyczny. A jednak… oglądanie oryginałów odbitek Steichena, Steglietza, Adamsa ma dzisiaj charakter kontaktu z dziełem sztuki, bo ujawniają one dzisiaj działanie czasu; długo po tym, jak zakończył się sam proces fotochemiczny. Krótko mówiąc, fotografia (obiekt, artefakt) żyje długo po swoim zaistnieniu. Nie da się także ukryć, że na widok fotografii Wiliama Foxa Talbota z 1844 roku zatytułowanej „Cztery półki z książkami”, ogarnia widza wzruszenie i ekscytacja. I jest wreszcie coś w tym, że złote lata fotografii, jej swoisty „wiek klasyczny” to fotografia czarno-biała, w dodatku amerykańska. Coś być może jest takiego w amerykanskiej wrażliwości, że nawet reporterskie zdjęcią Weegee’go są najwyższą formą sztuki fotograficznej. Nie umniejsza to genisuzu Brassaia, Atgeta, Nadara, Sandera (żeby pozostać przy konwencjonalnej historii fotografii) – niemniej jednak to dla Amerykanów i w amerykańskich realiach fotografia staje się tym szczególnym środkiem wyrazu ujawniającym specyficzny związek z przestrzenią (miejską lub pejzażem).

Nieliczne polskie akcenty na wystawie to Zofia Kulik i…Julia Pirotte, polskiej Zydowki z Warszawy (wyemigrowala z Polski w 1934 roku po to, żeby powrocić w 1946 roku i udokumentować okres po pogromie kieleckim w 1946 roku),  której autoportret z Marsylii, z 1942 roku, jest bardzo świadomą, autotematyczną i refleksyjną wypowiedzią na temat medium fotografii:

Niemal trzygodzinny, nieśpieszny spacer po wielu zakątkach tej wystawy, to i tak zbyt mało – prócz samych fotografii do dyspozycji zwiedzajacych są albumy, katalogi i książki (w każdej z trzech części), poswięcone wybranym tematom. Moim odkryciem była czarno-biała fotografia skandynawska, czyli Åke Hedström, Tuija Lindström, Georg Oddner, Tom Sandberg, Gunnar Smolianksy i – zwłaszcza – Gerry Johansson. W dobie nieustannego eksploatowania intymności – często z irytującym wręcz narcyzmem – na uwagę zasługuje niezwykle zmysłowy, mocny cykl Evy Klasson z 1976 roku, The Third Angle i późniejszy z 1978, Ur serien Parasiten.

I jeszcze na zakończenie: czy i jak naruszyłam prawa własności intelektualnej zamieszczając pierwsze ze zdjęć w tym wpisie? Co przedstawia to zdjęcie? Nagród nie będzie. Mam nadzieję pozostawać na wolności jeszcze przez jakiś czas, choć w ramach treningu wybrałam w Sztokholmie hostel mieszczący się w byłym więzieniu na wyspie Långholmen.

Baranki Boże

Julia Curyło „Baranki boże”

Jeszcze zanim zagłębiłam się w lekturę tysiąca lat tarnowskiej nowoczesności, innego rodzaju przygoda intelektualna związana byla z finisażem wystawy Odpusty i cudowne widzenia Julii Curyło w Galerii Strefa A. Ponieważ zaproszono mnie do udziału w dyskusji na temat sztuki, która, jak się okazało, nie pozostawia obojętnym, to rozpoczęłam od szperania i ostatecznie wylądowałam z ekranem pełnym notatek oraz poczuciem sporej dawki przyjemności zaczerpniętej po obejrzeniu prac młodej malarki.

O Julii Curyło pisala także co nieco Iza Kowalczyk na swoim blogu, spory artykuł („Kicz, magia, religia. Katolicka popkultura w obrazach Julii Curyło”) Ewy Sułek ukazał się także w Artmixie.

Moderatorka naszej dyskusja zmierzala w dość oczywiste rejony, co zresztą znalazło wcześniej także wyraz i w tekście Ewy Sułek, i we wzmiankach w prasie, i w opisach wystaw czy artykułach na temat historii z usunięciem pracy Baranki Boże ze stacji metra. Kilka wrażeń z moich notatek, niekoniecznie w jakimś szczególnym porządku:

- intrygująca relacja i dialog ze sztuką krytyczną ujawnia rzadko przywoływana praca, „Piramida”:

której nawiązanie do „Piramidy zwierząt” Katarzyny Kozyry jest dosyć oczywiste (pracę zamieszczam bez wiedzy autorki, ale jest dostępna także na jej stronie internetowej). Zważywszy na szczególne okoliczności powstania „Piramidy zwierząt” i nabrzmiałe, wielowarstwowe dyskusje, jakie jej towarzyszyły, ta wypowiedź nie jest pozbawiona rysu pewnego, hmmm, okrucieństwa;

- Sądze, że większy opór może w tych pracach budzić tak oczywiste przywołanie przyjemności kiczu i połączenie jej ze sztuką (niewzykle zresztą dowcipnie, prace Julii Curyło to najklasyczniejsze malarstwo, olej na płótnie) niż przywoływane konteksty religijne. Wbrew temu, co wydają się sądzić niektórzy dziennikarze i krytycy, polska sfera publiczna jest zdecydowanie bardziej polifoniczna i otwarta na dialogi różnego rodzaju niż kiedykolwiek wcześniej. Tak odczytywałabym interwencję graficiarza na nieszczęsnych (a tak uwodzących wizualnie) „Barankach Bożych” – „Chłam, nie sztuka” byłoby tutaj raczej wypowiedzią na temat radosnej „kiczowatości” niż symtomem obrazy uczuć religijnych – oddzielna sprawa to nadwrażliwość urzędników, którzy zdecydowali o usunięciu pracy;

- Celna wydaje się intuicja Leszka Knaflewskiego, który opisywał prace Julii Curyło w taki oto sposób: „Jej prace są jak świetnie skomponowany i zmiksowany utwór, gdzie ilość sampli jest bez znaczenia, gdyż zostaly tak przetworzone, że stanowią jednorodną formułę, która pozwala na mutowanie znaczeń i symboli” – (to z artykułu Agaty Saraczyńskiej we wrocławskiej Wyborczej) Kategoria remiksu wydaje się tutaj jak najbardziej na miejscu i pozwala wyjść poza nieco toporny język wpisujące te prace wyłącznie w ostro zarysowane spory konserwatyści – postępowcy :-)

- malarstwo Julii Curyło jest czymś, co daje wolnosc odbiorcy, jest taką przestrzenią oddechu, gry, kampowej przyjemności – te religijne motywy mogą być traktowane z przymrużeniem oka, ale są także szalenie sensualne w swojej kolorystyce, plastyczności, znakomitej technice, wyczuciu form lekkich, połyskliwych i nadmuchiwanych. Taka lekkość i taka gra z konwencjami oferuje odpoczynek od prowokacji stosowanej coraz częściej tak, jak stosuje się inne zabiegi retoryczne, w celach marketingowych – w pewnym sensie te prowokacje brutalizują przestrzeń publiczną  i znieczulają. Przyzwyczajamy się do nich, jeśli są stosowane na rowni przez sztukę i przez kampanie reklamowe, to tracą walor impulsu do dyskusji, a stają się zwykłymi zanieczyszczeniami przestrzeni mentalnej (dla mnie takim zanieczyszczeniem była oparta na radykalnych prowokacjach z zastosowaniem ważnych kulturowo symboli, ciężkich i dużej sile rażenia, kampania galerii Abnormals w Poznaniu).

- Ważna jest chyba także cala sfera uroczego „kiczu” ludoweych form religijności – nie są one wbrew pozorom, tylko katolickie; w Indiach można dostać cudnej urody plakatyz  niebieskim Chrystusem, któremu bliżej do Pana Kriszny, nie mówiąc już o podobiznach różnych postaci Saraswati, Lakshmi czy Ganesha (sama posiadam kilka znakomitych artefaktów). W ogóle zbyt często piszemy „religijność” a czytamy wyłącznie „chrześcijaństwo” (lub co gorsza, wyłącznie „katolicyzm”)

I wreszcie: problemy artystów z ingerencją instytucji nie są tylko polską specyfiką. Czy słowo cenzura jest tutaj właściwe? Nie jestem przekonana.

 

Karpaty: 1000 lat nowoczesności

Pracując nad kilkoma (!) nowymi projektami, planem książki dla Galerii „Arsenał” podsumowującej moje roczne wykłady w Poznaniu oraz tekstem dla antologii w ramach Mindware – jak to zwykle bywa – sięgnęłam po zupełnie inne na pozór inspiracje. Antologia Tarnów: 1000 lat nowoczesności pod redakcją Ewy Lączyńskiej-Widz i Dawida Radziszewskiego, bardzo starannie i pomysłowo wydana przez Wydawnictwo 40 000 Malarzy okazała się wymarzoną inspiracją i wstępem do wytężonej intelektualnej pracy, bo jest książką, którą czyta się z zapartym tchem i olbrzymią dozą niekłamanej przyjemności – w dużej części jest ona efektem wyraźnej radości i zapału, z jaką ten projekt był realizowany. Jest więc może więcej o Mościcach, niż o samym Tarnowie  – Mościcach, nic dziwnego, widzianych okiem Wilhelma Sasnala, ale także Grzegorza Piątka, który ze swadą i znawstwem opowiada o wyzwaniach projektowania w (dla) przestrzeni; Sebastiana Cichockiego, który przybliża nietuzinkową postać samego Ignacego Mościckiego w intrygującym dialogu z równoważnym wątkiem interpretacji strategii artystycznych Sasnala czy Barbary Bułdys oprowadzającej czytelnika po fenomenie Mościc. Są także eseje fotograficzne Nicolasa Grospierre’a czy Jana Smagi a nie można też pominąć fascynujących rozmów prowadzonych przez redaktorów tomu (i współautorow szerszego projektu, którego częścią jest książka): z wspomnianym już Wilhelmem Sasnalem czy Otto Schierem. Całkowitą rewelacją jest rozdział przybliżający postać wizjonera architektury, Jana Głuszaka Dagaramy, autora projektów, które w pewnym sensie można porównać z Nowym Babilonem Constanta Nieuwenhuisa (członka Międzynarodówki Sytuacjonistycznej i legendarnej grupy COBRA). Wśród projektów Głuszaka, który jest postacią tragiczną, można znaleźć pomysły np. zaprojektowanych specjalnie dla Zakopanego Heliotropów, które mogłyby wędrować za słońcem (czy ta propozycja nie ziściła się dzisiaj w jakimś sensie w projekcie fasady najsłynniejszego hotelu Dubaju, Burj Al Arab, którego fasada staje się o zmierzchu jednym wielkim ekranem odzwierciedlającym barwy zachodu słońca?). Głuszak, jako schizofrenik, przez całe lata funkcjonował na zupełnym marginesie, sklejając pudełka w Spółdzielni Inwalidów czy pracując jako stróż w Muzeum Etnograficznym w Tarnowie, póki nie został „odkryty” przez Jerzego Hryniewieckiego, a jego futurologiczne, inspirowane m.in. prozą Stanisława Lema nie zostały pokazane podczas dwóch Międzynarodowych Wystaw Architektury Intencjonalnej Terra 1 i Terra 2, gdzie oprócz Dagaramy pojawiły się także prace Zofii i Oskara Hansenów, Araty Isozakiego, Rema Koolhasa, Aldo Rossiego.

Wydawnictwo świetnie pokazuje, że małe miasta nie muszą być skazane na małomiasteczkowość. I choć Tarnów wcale nie jest małym miasteczkiem, to jednak utrata statusu miasta wojewódzkiego chyba przyczyniła się – jak w wielu przypadkach innych byłych miast wojewodzkich – do pewnej prowncjonalizacji. Jest to także znakomity przykład twórczego podejścia do tradycji: miasta i miasteczka łuku Karpat mają również – oprócz często  zbyt folklorystycznie i skansenowo traktowanej „kultury tradycyjnej” – inną historię: historię XIX-wiecznej i późniejszej nowoczesności, mają swoją kulturę przemysłową, która często pokazuje, że to, co w latach 50-tych uważano za budowę społeczeństwa industrialnego, w istocie było pewną kontynuacją czy może raczej przyszpieszeniem (i nieuniknioną ideologizacją) czegoś, co istniało już wcześniej. Intrygujące jest, że towarzysząca choćby Gorlicom historia wydobycia ropy w Karpatach oraz pozyskiwania z niej nafty (pierwsze w Austro-Węgrzech oświetlenie naftowe pojawiło się we Lwowie, w którym – prócz Gorlic – pracował przecież Ignacy Lukasiewicz, a nafta stosowana w oświetleniu jednego z wiedeńskich dworców pochodziła właśnie z Karpat, z Drohobycza), mogłaby być powodem do nakreślenia nieco odmiennej logiki układu centrum – peryferie niż ta zmitologizowana wersja centralnego dla Austro-Węgier Wiednia i całej peryferyjnej reszty. Mogłaby też pomóc w odmiennej wersji rewitalizacji regionu, który dzisiaj stacza się ku kulturowej pustce, jakiej nie wypełnią kolejne wersje folderowych obrazków folkloryzmu i Lemkowszczyzny (jej polityczna niewygoda jest w tym turystyczno-folderowym wydaniu przycinana maksymalnie). To prawda, że to dziedzictwo nie zawsze jest łatwe, jak to pokazuje budynek Gorlickiego Centrum Kultury , którego architektura zachwyciła mnie kiedyś specyficznym – nieco złowieszczym, przyznaję – tchnieniem lat 50.:

Wchodząc do sali widowiskowej, w której miały się odbywac koncerty festiwalu Ambient (2006), mialam poczucie, że zaraz rozpocznie się jakaś akademia z tamtych lat lub że ledwo skończyła się jakaś płomienna samokrytyka. To było zupełnie namacalne poczucie tego, co nazywamy duchem czasów. Jednocześnie przecież znam indywidualne i prywatne historie ludzi, dla których praca w Gliniku była właśnie taką życiową szansą, powiewem nowoczesności, otwarciem na coś innego; wiem także, że jest to raczej jeden z wielu zazębiających się ze sobą w przedziwny sposób epizodów historii nowoczesności w Karpatach – jednym z takich ogniw byłaby historia Jozefa Petzvala, Czecha z Moraw, optyka i matematyka ze Spišskiej Beli z doktoratem z Budapesztu i posadą m.in.na uniwersytecie wiedeńskim, któremu fotografia i wczesne kino zawdzięczają słynne obiektywy Petzvala (rownież obiektyw szerokokątny); takim ogniwem mogłaby być o pokolenie późniejsza postać innego mieszkanca tego samego miasteczka, doktora Michala Greisigera, jednej z typowych postaci XIX w., wszechstronnego badacza regionu (lekarz, przyrodnik, geolog i etnograf w jednym). Tylko te dwa ostatnie przykłady są dowodem na to, że warto odwiedzać prowincjonalne muzea w sennych karpackich miasteczkach mijanych po drodze podczas rowerowych wypraw.

To właśnie o takich wycieczkach i o takich inspiracjach przypomniała mi „tarnowska” antologia – i jeszcze o tym, że kontury historii nowoczesności w Karpatach dopiero zaczynamy dostrzegać. Kiedy wyłonią się nieco wyraźniej, ani historie tego tak fascynującego regionu, ani historie nowoczesności nie będą już takie same.